RECENZJE FILMÓW KRÓTKOMETRAŻOWYCH JEANA VIGO

Gdy poprzednim razem pisałem o twórczości Jeana Vigo, pomyślałem, że oprócz „Atalanty” (1934), chciałbym Wam przybliżyć również jego filmy krótkometrażowe. Takowe powstały „aż” trzy, więc całą filmografię tego przedwcześnie zmarłego reżysera można obejrzeć jednego wieczoru. Cóż jest lepszego na smutne jesienne wieczory, niż odrobina wartościowej klasyki kinematografii?

Gdy poprzednim razem pisałem o twórczości Jeana Vigo, pomyślałem, że oprócz „Atalanty (1934), chciałbym Wam przybliżyć również jego filmy krótkometrażowe. Takowe powstały „aż” trzy, więc całą filmografię tego przedwcześnie zmarłego reżysera, można obejrzeć jednego wieczoru, a cóż jest lepszego na smutne jesienne wieczory, niż odrobina klasyki kinematografii?

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pała ze sprawowania” (1933), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Nie chcę się powtarzać, więc jeśli ktoś nie zaznajomił się jeszcze z postacią Vigo, to polecam lekturę wpisu Recenzja filmu „Atalanta” (1934). Nie przedłużając, poniżej znajdziecie trzy krótkie recenzje filmów krótkometrażowych w reżyserii wybitnego Francuza.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „A propos Nicei” (1930).

A PROPOS NICEI (1930)

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „A propos Nicei” (1930).

Debiut Vigo to niemy dokument przedstawiające urywki „codziennego” życia Nicei, popularnego miejsca wypoczynku na Lazurowym Wybrzeżu. Reżyser zestawił w nim kilka obrazków z życia najniższej warstwy społecznej miasta w kontraście do tego, jak czas spędzają w nim bogacze. Samoloty, samochody, statki, nowoczesna architektura, kasyna, tańce, futra i lubieżność kontra bród, śmieci i bieda. Elitarne sporty, takie jak tenis, żeglowanie czy wyścigi samochodowe kontra rozrywki uliczne w postaci na przykład gry w karty. Pracujący ludzie ubodzy i wypoczywająca burżuazja. Nie da się ukryć, że jest to dość sarkastyczny portret miasta, ukazujący jego prawdziwe oblicze (albo przynajmniej oblicze, które widział Vigo).

Fragment kadru z filmu "A propos Nicei" (1930).
Fragment kadru z filmu „A propos Nicei” (1930).

Film jest arcydziełem od strony technicznej. Wraz z Borisem Kaufmanem, Vigo w 1930 roku dokonywał rzeczy niemal niemożliwych, a na pewno bardzo awangardowych. Zdjęcia z lotu ptaka, z żabiej i ptasiej perspektywy, różnego rodzaju ruchy kamerą, przyspieszone i zwolnione tempo, niesamowita rytmiczność montażu. Jeśli do tego dodamy, że przedmioty i ludzie w obiektywie są arcyciekawi, to z tego działania wyłania się dzieło unikatowe, które absolutnie trzeba znać.

Fragment kadru z filmu "A propos Nicei" (1930).
Fragment kadru z filmu „A propos Nicei” (1930).

Całość zamyka się w nieco ponad dwudziestu minutach i nawet jeśli kogoś nie przekonuje warstwa „fabularna”, to zdecydowanie warto zapoznać się z tym tytułem choćby dla samych zdjęć, które są zwyczajnie piękne i bardzo innowacyjne, jak na swoje czasy.

Ikona oceny 5.

TARIS, ROI DE L’EAU (1931)

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Taris, roi de l’eau” (1931), źródło: IMDb.

W 1931 roku nadeszła pora na kolejny film Vigo. Ponownie jest to dokument, choć tym razem trwający tylko około dziesięć minut. Jego tematem jest Jean Taris, urodzony w 1909 roku francuski pływak, który brał udział Letnich Igrzyskach Olimpijskich w latach 1928, 1932 i 1936. W trakcie tej drugiej imprezy, Tarisowi udało się zdobyć srebrny medal w pływaniu na 400 metrów stylem dowolnym. Co ciekawe, w finale uległ Busterowi Crabbe’owi, który oprócz pływania „uprawiał” również aktorstwo w Hollywood. Różnica w czasie pomiędzy tymi dwoma panami wyniosła – uwaga – 0,1 sekundy! Nawet nie chcę myśleć, jak taka porażka musiała zaboleć – z jednej strony tak blisko, a z drugiej tak daleko.

Fragment kadru z filmu "Taris, roi de l'eau" (1931).
Fragment kadru z filmu „Taris, roi de l’eau” (1931), źródło: IMDb.

W Taris, roi de l’eau reżyser (ponownie wraz z Borisem Kaufmanem) opowiada o pływaku i sztuce pływania w ogóle. Nie brzmi specjalnie porywająco i muszę przyznać, że rzeczywiście nie jest to zbyt interesujące, aczkolwiek ponownie mamy tu do czynienia z niezwykłą pracą operatorską. Twórcy zastosowali w tym filmie wiele innowacyjnych technik, z których na pierwszy plan wyłaniają się oczywiście zdjęcia podwodne. Była to swego rodzaju rozgrzewka przed najciekawszą chyba sceną Atalanty (ponownie odsyłam do wspomnianej na początku recenzji). Reasumując – ten dokument o Jeanie Tarisie może w XXI wieku nikogo nie powali na kolana, ale jest tak krótki, że warto go zobaczyć dla samych zdjęć, które są bardzo nietypowe i ten aspekt filmu wyróżnia się do dziś.

Ikona oceny 4.

PAŁA ZE SPRAWOWANIA (1933)

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pała ze sprawowania” (1933), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Ostatni film krótkometrażowy Vigo to rok 1933 i tym razem mamy do czynienia z dziełem fabularnym. Przenosimy się do francuskiej szkoły z internatem, której uczniowie postanawiają zbuntować się przeciwko swoim opresyjnym nauczycielom. Ten bunt prowadzi do rebelii, a ta z kolei – do przejęcia szkoły przez dzieciaki. Reżyser inspiracje dla tej historii czerpał z własnych doświadczeń. Sam bowiem nie wspominał zbyt dobrze swojej nauki w tego typu szkole. W związku z tym, tematyka podatności dzieci na bycie okrutnie traktowanym przez dorosłych jest potraktowana z dużą dozą powagi i współczucia. Cała reszta tego ponad czterdziestominutowego filmu już poważna nie jest, wręcz można powiedzieć, że Pała ze sprawowania jest uroczo pokręcona, zabawna, a momentami nawet dosyć wulgarna.

Fragment kadru z filmu "Pała ze sprawowania" (1933).
Fragment kadru z filmu „Pała ze sprawowania” (1933), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Nie każdemu taki zestaw cech może odpowiadać, ale tak samo, jak w przypadku A propos i Tarisa, tę pozycję również warto zobaczyć dla samych zdjęć (tak, w wykonaniu Borisa Kaufmana oczywiście). Podczas dziecięcej walki z establishmentem, zobaczymy kilka ujęć, które przeszły do historii kinematografii, jak na przykład kadry ze zwycięskimi chłopcami na dachu czy „uroczysty” przemarsz w zwolnionym tempie pomiędzy opadającym z rozerwanych poduszek puchem.

Fragment kadru z filmu "Pała ze sprawowania" (1933).
Fragment kadru z filmu „Pała ze sprawowania” (1933), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Ideologiczny przekaz Pały ze sprawowania można odczytywać na symbolicznym poziomie. Mowa oczywiście o przebranej za uczniów i nauczycieli walce klas, którą Vigo poruszył w swoim debiucie i choć zdaję sobie sprawę, że nie każdego może zauroczyć taki lewicujący wydźwięk czy wspomniana wcześniej wulgarność, to nie da się ukryć, że ten utwór ma status kultowego i jeśli przykładowo chcecie obejrzeć wszystkie filmy z listy 1001 filmów, które musisz zobaczyć, to od razu uprzedzam, że Pały ze sprawowania nie ominiecie.

Ikona oceny 5.

Recenzowanie tak starych filmów nie należy do spraw ani łatwych, ani popularnych. Dlatego w najbliższej przyszłości nie planuję recenzować filmów innych, niż te, które obejrzę w kinie. Niemniej jednak cieszę się, że udało mi się niniejszym zrecenzować całą twórczość Jeana Vigo, którego zaliczam do grona moich ulubionych reżyserów. To taki mały ukłon ode mnie w jego stronę i choć Francuza od bardzo dawna nie ma już na tym świecie, to może chociaż w ten sposób zachęcę jakiegoś czytelnika (albo czytelniczkę) do sięgnięcia po jego dzieła. Bezwzględnie warto.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pała ze sprawowania” (1933), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

RECENZJA GRY „METAL SLUG X” (1999)

„Metal Slug X” to wydana na nowo, poprawiona wersja „Metal Slug 2” (1998). Gra ukazała się w 1999 roku i przez te dwadzieścia lat nie straciła nic na grywalności. […]

„Metal Slug X” to wydana na nowo, poprawiona wersja „Metal Slug 2” (1998). Gra ukazała się w 1999 roku i przez te dwadzieścia lat nie straciła nic na grywalności.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Metal Slug X” (1999), wszelkie prawa należą do SNK.

Podobnie jak w Metal Slagu z 1996 roku, tutaj również wcielamy się w jednego z wybranych przez nas żołnierzy do zadań specjalnych, a następnie biegniemy od lewej do prawej strony ekranu, po drodze siejąc zniszczenie na niewyobrażalną skalę. Świat trzeba uratować za wszelką cenę, więc do wrogów strzelamy i rzucamy czym popadnie i jak popadnie. Jest nawet mały fabularny twist (zwiastowany już w pierwszej misji) i nawiązanie do popularnego filmu w finale, tak więc szczypta kultury w tym olbrzymim kotle rozrywki też się znalazła.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Metal Slug X” (1999), wszelkie prawa należą do SNK.

Nigdy nie zapomnę jak wysokie mniemanie miałem o tej serii będąc dzieckiem. Czy to na „automatach”, czy też w domowo-konsolowym zaciszu – gry z tego uniwersum zawsze kojarzyły mi się z niesamowitą ilością dobrej zabawy, wieloma trudnymi do ukończenia poziomami i sporą dawką dobrego humoru. Gdy ukończyłem recenzowaną pozycję na Xboxie One X, moje przemyślenia były bardzo zbliżone do tych z dzieciństwa. Czar nie prysł, zabawy wciąż jest masa, humor też, jedynie poziom trudności przy standardowych ustawieniach okazał się nie być wyzwaniem.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Metal Slug X” (1999), wszelkie prawa należą do SNK.

Dla bardziej wymagających graczy znalazła się możliwość podniesienia poziomu trudności, jest też trochę osiągnięć do zdobycia. Całość nie powinna zająć nikomu więcej niż kilka godzin, więc grę można potraktować jako luźniejszą odskocznię od tytułów AAA. Względem części pierwszej twórcy dodali tu między innymi nowe pojazdy (moim faworytem jest uzbrojony wielbłąd), transformację bohaterów (można przytyć od zbyt dużej ilości jedzenia i w tej grubszej formie atakować wrogów widelcem w miejsce noża) czy nowe postaci. Natomiast Metal Slug X względem części drugiej to na przykład nowe bronie, przeciwnicy i sporo poprawionych błędów. W trakcie mojej rozgrywki, gdy na ekranie działo się wiele rzeczy naraz, grze zdarzało się tracić klatki i teraz pytanie – czy to efekt zamierzony, przypominający o dawnych czasach, czy też może jest to nienaprawiony błąd, prześladujący graczy dwadzieścia lat po premierze? Jeśli to drugie, to sam nie wiem czy śmiać się, czy uderzyć dłonią w czoło, więc wolę zostać przy myśleniu o tym na zasadzie – it’s not a bug, it’s a feature.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Metal Slug X” (1999), wszelkie prawa należą do SNK.

Oprawa wizualna i muzyczna oczywiście nieco trąci myszką, ale nawet dziś gra nie wygląda i nie brzmi źle. Poza tym w serii Metal Slug najważniejsza jest sama grywalność, a pod tym względem trudno mi napisać coś negatywnego. W dzieciństwie spędziłem sporo czasu na ten tytuł z kolegami, więc postanowiłem zrobić eksperyment i zaprosiłem do wspólnej gry moją żonę. Ku mojemu zaskoczeniu, jej brak doświadczenia w tego typu zabawie nie przeszkodził frajdzie i szybko ukończyliśmy wspólnie wszystkie poziomy. Czasem dobrze coś takiego odkurzyć i pokazać komuś, kto jeszcze nie miał przyjemności się z tym zapoznać. Niektóre pozycje bawią tak samo dobrze przez wiele, wiele lat.

Ikona oceny 5.

RECENZJA GRY „THE GARDENS BETWEEN” (2018)

Czy w dzieciństwie zawarliście przyjaźń, która trwa do dziś? Jeśli tak, to pozostaje tylko pozazdrościć, bo większość tego typu znajomości ma nieco pod górkę wraz z upływem lat i o tym właśnie opowiada „The Gardens Between”. […]

Czy w dzieciństwie zawarliście przyjaźń, która trwa do dziś? Jeśli tak, to pozostaje tylko pozazdrościć, bo większość tego typu znajomości ma nieco pod górkę wraz z upływem lat i o tym właśnie opowiada „The Gardens Between”.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „The Gardens Between” (2018), wszelkie prawa należą do The Voxel Agents.

Dwójka nastolatków, Arina i Frendt, mieszkają obok siebie i spędzają wspólnie czas. Grają na konsoli, bawią się w deszczu, chowają w domku na drzewie i tak dalej. Chociaż niezupełnie są do siebie podobni (dziewczynka jest bardziej otwarta i przebojowa, a chłopiec przypomina podręcznikowego introwertyka), to łączy ich przyjaźń. Taka niewinna i dziecięca, pełna wygłupów, ale też małych gestów świadczących o tym, że dbają o siebie nawzajem. Ta sympatia zostanie wystawiona na próbę i tutaj właśnie pojawia się miejsce dla gracza, który powalczy o tę przyjaźń w metaforycznym świecie pełnym wspomnień.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „The Gardens Between” (2018), wszelkie prawa należą do The Voxel Agents.

Esencją rozgrywki są zagadki logiczne. Manipulujemy do pewnego stopnia czasem i otoczeniem. Jeśli jakiś przedmiot spadł z miejsca, w którym się znajdował, możemy cofnąć naszych bohaterów do tyłu i ten przedmiot powróci na swoje miejsce. Oczywiście to tylko najprostszy przykład mechaniki, którą można wykorzystywać na rozmaite, czasem abstrakcyjne niemal sposoby. Całość obsługujemy za pomocą zaledwie kilku przycisków, ale wcale nie oznacza to, że zagadki są łatwe do rozwiązania. Trzeba umieć myśleć nieszablonowo i przyznam, że niektóre poziomy pokonywałem bez większego zastanawiania się, aczkolwiek też było kilka takich, w których „utknąłem” na dłuższą chwilę (choć na marginesie trzeba zaznaczyć, że bardzo znikome objaśnienia podczas rozgrywki chwilami mnie dezorientowały). Na Xbox One X nie znalazłem za to ani jednego buga, co cieszy, bo nie jest to wcale tak częste doświadczenie w świecie gier.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „The Gardens Between” (2018), wszelkie prawa należą do The Voxel Agents.

Ambientowa muzyka i brak dialogów, w połączeniu z prostą, ale atrakcyjną dla oka grafiką, tworzą poniekąd relaksującą atmosferę. Poniekąd, ponieważ pomimo umiejętności manipulowania czasem, w trakcie gry czujemy jakby dzieciństwo bohaterów wymykało się przez nasze palce. Nie zdradzę zakończenia, ale w trakcie rozgrywki często zastanawiałem się czy jak śpiewał Freddie Mercury „friends will be friends”? Czy też może bliżej była Anna Jantar śpiewając, że „nic nie może przecież wiecznie trwać”? Na szczęście na odpowiedź nie trzeba czekać długo, ukończenie tego tytułu nie powinno zająć nikomu więcej niż kilka godzin.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „The Gardens Between” (2018), wszelkie prawa należą do The Voxel Agents.

Grę stworzyło australijskie studio The Voxel Agents, które do tej pory zajmowało się wyłącznie pozycjami na urządzenia mobilne. Mam nadzieję, że ten eksperyment okazał się być dla nich opłacalny i za jakiś czas zobaczymy kolejną grę z tej „stajni” wydaną na konsole stacjonarne. The Gardens Between to ciekawa i ładna gra logiczna, której warstwa fabularna stawia ważne pytania i skłania gracza do refleksji, a momentami jest w stanie nawet wydobyć z nas drobne wzruszenie. Pozycja zdecydowanie warta czasu (kalambur zamierzony).

Ikona oceny 4.

RECENZJA SERIALU „TUCA I BERTIE” (2019)

Kategorie przypisane do serialu „Tuca i Bertie” na Netflixie to: absurd, sprośne, dziwaczne. Zgadza się, serial jest absurdalny, sprośny i dziwaczny, ale momentami jest też sensowny, łagodny i całkiem niewymyślny. […]

Kategorie przypisane do serialu „Tuca i Bertie” na Netflixie to: absurd, sprośne, dziwaczne. Zgadza się, serial jest absurdalny, sprośny i dziwaczny, ale momentami jest też sensowny, łagodny i całkiem niewymyślny.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Tytułowe bohaterki to mieszkające ze sobą antropomorficzne kobieto-ptaki, mające po około trzydzieści lat, ale przede wszystkim – przyjaciółki na śmierć i życie. Tuca jest beztroska, impulsywna i nieco zwariowana, w przeciwieństwie do Bertie, która jest znerwicowana, dość twardo stąpająca po ziemi i pełna różnych aspiracji. Razem tworzą wybuchową wprost mieszankę i przeżywają masę różnych przygód, które obserwujemy od momentu wyprowadzenia się Tuci, ustępującej miejsca chłopakowi przyjaciółki, Cętkowi.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Serial to dzieło Lisy Hanawalt, producentki i współtwórczyni BoJacka Horsemana (2014-dziś), z którego twórcą, Raphaelem Bobem-Waksbergiem przyjaźni się od czasów szkoły średniej. BoJack należy do ścisłej czołówki moich ulubionych utworów. Pomimo animowanej oprawy graficznej, jest to opowieść o głęboko tkwiącej traumie, depresji, autoagresji i wielu innych aspektach ludzkiej psychiki. Jeśli ktoś może powiedzieć, że z żadnym takim przykrym problemem nie utożsamia się choćby w niewielkim stopniu, to albo mamy do czynienia z represją, albo szczerą zazdrością takiej sytuacji ze strony chyba większości społeczeństwa. Tuca i Bertie to produkt określany przez marketingowców jako pochodzący „od twórców BoJacka”, więc pierwsza myśl jaka się nasuwa, to pytanie czy ten serial również będzie tak umiejętnie traktował o rzeczach ważnych i trudnych zarazem.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Wybiegnę nieco do przodu i od razu odpowiem – tak, tutaj również nie ma unikania niewygodnych zazwyczaj tematów. Wręcz można powiedzieć, że jest to przede wszystkim wnikliwa analiza przyjaźni. Obie protagonistki zdają się nie być gotowe na dorosłe życie i obie pragną być kochane, choć każda na specyficzny dla siebie sposób. Ich wspólne relacje są poddawane rozmaitym próbom. W otoczeniu tak „codziennych” rzeczy jak kariera, monotonia, choroby czy problemy finansowe, bohaterki mierzą się z kłopotami i jedyną recepturą na sukces zdaje się być wzajemne zrozumienie i wsparcie.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Osobny akapit należy się aktorom i aktorkom, którzy użyczyli swoich głosów postaciom. Pierwsze skrzypce to oczywiście Tiffany Haddish (Tuca) i Ali Wong (Bertie). Tworzone przez nie głosowe kreacje są bardzo charakterystyczne, a zarazem naturalne i pasujące do bohaterek. W drugim planie kapitalnie spisał się Reggie Watts (Ciastecki Pete) i Steven Yeun (Cętek) – oboje pojawili się w zdecydowanej większości odcinków. Do tego należy dołożyć jeszcze świetne głosy postaci pojawiających się jednorazowo lub epizodycznie. Wśród ich właścicieli znajdziemy takie sławy jak Isabella Rossellini, Jane Lynch, Richard E. Grant, Taraji P. Henson czy Awkwafina.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Humor Tuci i Bertie opiera się w dużej mierze na dwóch misternie wymieszanych składnikach – absurdzie i odniesieniach do codziennego życia. Te dwa elementy w pierwszej chwili zdają się wzajemnie wykluczać, ale wystarczy chwila i zdajemy sobie sprawę, że oglądamy serialowy ekwiwalent solonego karmelu. Cętek uwielbiający swój własny dziwaczny portret, kadrowa bardziej przejmująca się życiem w mediach społecznościowych niż dobrem pracowników, Tuca dosłownie wychodząca ze skóry przed potencjalnym chłopakiem i Bertie przyznająca się, że korzystając z toalety w krótkim kombinezonie tylko odchyla nogawkę. Wszystko to jest nieco szalone, ale jednocześnie odwołuje się do naszych codziennych doświadczeń i właśnie dlatego działa.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Warta uwagi jest również animacja. Cała masa narkotycznych wizji, feeria barw i ekscentryczne absurdy podane w niemiłosiernym tempie. Momentami serialowi zdarza się nawet zapomnieć, że jest animacją i otrzymujemy wtedy na przykład pokaz pacynek. Nigdy nie wiadomo co zobaczmy za chwilę i na tym polega nieodparty urok tej produkcji.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Tuca i Bertie jest stworzony przez kobiety i z myślą o kobietach (co absolutnie nie oznacza, że pozostałe osoby znajdą tu niewiele dla siebie). Bohaterki nie są tutaj obiektem wykorzystywanym przez mężczyzn, nie są też do nich dodatkiem, a o złym traktowaniu przez nich mówią głośno. Nie boją się również poruszać tematów związanych z seksualnością, a sposób w jakim ten wątek się przewija przez kolejne odcinki jest bardzo świadomy i zupełnie nie przypomina popularnego „męskiego” spojrzenia, upraszczającego intymność do potrzeby prokreacji. Bohaterki albo czują się komfortowo ze swoją seksualnością (jak Tuca), albo próbują się z nią oswoić (jak Bertie z Cętkiem). Żyjemy w czasach (wciąż!), w których męski sutek jest w porządku, ale kobiecy zakrawa o pornografię, więc cieszy mnie, że w serialu znalazło się na przykład miejsce na chodzenie topless bez wyraźnego powodu czy podtekstu. Emancypacja ciała i seksualności zdaje się przecież być naturalnym krokiem w naszej społecznej ewolucji.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

24 lipca, po zaledwie jednym sezonie, Netflix ogłosił, że nie będzie kontynuował prac nad serialem. Ta informacja spotkała się z bardzo negatywną reakcją w mediach (i to nie tylko społecznościowych). Fani i krytycy poczuli się rozczarowani – utwór tak unikalny umknął uwadze wielu osób, najprawdopodobniej przez niezbyt wprawny marketing w wykonaniu Netflixa właśnie. Wśród wielu specjalnych hashtagów i petycji, pojawiła się informacja od samej autorki serialu, która wyznała, że netflixowy algorytm nigdy nie zaproponował jej obejrzenia Tuci i Bertie. Być może jeszcze nie wszystko stracone, bo przecież nieraz zdarzała się w takiej sytuacji „przeprowadzka” do innej sieci. Autorzy i autorki są chętni na kontynuowanie dzieła, więc pozostaje trzymać kciuki, żeby się udało.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Jeśli przyjąć, że BoJack Horseman to serial tworzony przez ludzi na antydepresantach, to Tuca i Bertie zdecydowanie musiał być tworzony z pomocą LSD. Z początku wraz z bohaterkami czujemy euforię, mamy kolorowe halucynacje, a z czasem dociera do nas rzeczywistość poruszanego tematu. Obawa przed życiem w samotności, lęki związane z dorosłością i samodzielnością, czy problemy z samorealizacją – to tylko niektóre z poruszanych tematów. Wystarczy do tego dodać humor, piękną animację i świetną grę aktorskich głosów, a otrzymamy kolejny kapitalny i bardzo odważny serial animowany dla dorosłych, który trzeba znać.

Ikona oceny 5.

RECENZJA GRY „ABZÛ” (2016)

Czy współczesne gry muszą być długie, trudne i stresujące? Niekoniecznie, czego dobrym przykładem jest recenzowany tytuł, który jest krótki, łatwy i relaksujący. Tak dla odmiany. […]

Czy współczesne gry muszą być długie, trudne i stresujące? Niekoniecznie, czego dobrym przykładem jest recenzowany tytuł, który jest krótki, łatwy i relaksujący. Tak dla odmiany.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Abzû” (2016), wszelkie prawa należą do Giant Squid Studios.

Abzû to gra z 2016 roku, która dotychczas została opublikowana na Xboxie One, Switchu, Playstation 4 i komputerach z systemem Windows. Produkowana była przez trzynastoosobowy zespół w ciągu trzech lat. Reżyser, Matt Nava, był jednym z artystów odpowiedzialnych za Journey (2012), do którego zresztą ta pozycja jest często porównywana. Nava jest miłośnikiem nurkowania, więc zamarzyła mu się gra o przemierzaniu podwodnych światów.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Abzû” (2016), wszelkie prawa należą do Giant Squid Studios.

Całość opowiedziana jest bez słów. Tylko obraz i dźwięki. Do minimum sprowadzona jest również historia – budzimy się jako nieokreślony bliżej nurek (w dziennikach deweloperów podobno był opisywany jako nurek płci żeńskiej) i eksplorujemy rozmaite warstwy oceanu. Z gry usunięte są również wszelkie aspekty survivalowe. Nie kończy się nam ani czas, ani tlen i nic nie próbuje nas zabić czy zjeść. Nawet menu i sterowanie są banalnie proste. Dodajmy do tego możliwość medytowania w dwunastu różnych obszarach i wychodzi nam absolutnie uspokajające doświadczenie.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Abzû” (2016), wszelkie prawa należą do Giant Squid Studios.

Niesamowity jest design, który garściami czerpie z mitologii sumeryjskiej i motywu cosmic ocean, przewijającego się przez rozmaite systemy wierzeń. Grafika w grze może nie powala na kolana pod względem, na przykład, detali, ale tworzy spójną kompozycję charakterystyczną dla niezależnych deweloperów i „małych” gier. W grze jest bardzo kolorowo, a każdy obszar różni się znacząco od poprzedniego. Każde napotkane w wodzie zwierzę posiada indywidualne AI, przez co wszystkie reagują na gracza i siebie nawzajem inaczej. Te wszystkie detale można i chce się chłonąć godzinami.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Abzû” (2016), wszelkie prawa należą do Giant Squid Studios.

Za muzykę odpowiedzialny jest Austin Wintory, autor ścieżki dźwiękowej do między innymi Journey czy Assassin’s Creed: Syndicate (2015), który pomimo młodego wieku, częstokroć był już nominowany (w tym do Grammy) i nagradzany w branży. Kompozytor sam wielokrotnie pokonywał kolejne poziomy Abzû, żeby lepiej dopasować muzykę do konkretnego momentu w grze i emocji, które ta chwila wywołuje u gracza. Efekt końcowy rzeczywiście sprawdza się wprost idealnie.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Abzû” (2016), wszelkie prawa należą do Giant Squid Studios.

Ukończenie gry i zdobycie wszystkich osiągnięć zajęło mi kilka godzin. W trakcie zabawy (Xbox One X) nie napotkałem się na żadne większe problemy, czy nawet jakieś rzucające się w oczy bugi (jeden achievement został zaliczony nieco później niż powinien, ale to wszystko). W zasadzie jedyny zarzut jaki jestem w stanie wyciągnąć przeciwko grze, to – jak na ironię – brak głębi. Abzû bardzo nie lubi odpowiadać na pytania, które pojawiają się w trakcie rozgrywki i nie psując nikomu zakończenia, pewne wątki pozostawia bez odpowiedzi. Mechaniki gry, choć proste, są prawie pozbawione tłumaczenia i mogą minimalnie poirytować ludzi, którzy nie przepadają za odkrywaniem samemu jak coś działa. Jest to jednak śmiesznie niewielka cena jaką przyjdzie nam zapłacić za eksplorowanie bogactwa wód Abzû, a to właśnie jest najważniejszy i najlepszy element gry. W połączniu z kojącą muzyką i prostotą, otrzymujemy kapitalne antidotum na „ciężkość” współczesnych gier i bardzo relaksujące doświadczenie, które polecam każdemu, nawet (a może zwłaszcza) tym niegrającym na co dzień.

Ikona oceny 5.

RECENZJA FILMU „OSTATNIA GÓRA” (2019)

K2 jeszcze nikomu nie udało się zdobyć zimą. Sama próba wejścia na ten szczyt jest ekstremalnie trudna. W tym roku widzowie na całym świecie mogą towarzyszyć polskim wspinaczom w ich podejściu do ośmiotysięcznika i to nie ryzykując życiem, a co najwyżej upadkiem z fotela. Z wrażenia. […]

K2 jeszcze nikomu nie udało się zdobyć zimą. Sama próba wejścia na ten szczyt jest ekstremalnie trudna. W tym roku widzowie na całym świecie mogą towarzyszyć polskim wspinaczom w ich podejściu do ośmiotysięcznika i to nie ryzykując życiem, a co najwyżej upadkiem z fotela. Z wrażenia.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ostatnia góra” (2019), wszelkie prawa należą do Mayfly.

Dokument opowiada o losach wyprawy na drugą co do wysokości górę świata, która odbyła się pomiędzy rokiem 2017 a 2018. Kierował nią jeden z najbardziej wybitnych w historii wspinaczy, Krzysztof Wielicki, dla którego była to już kolejna próba zdobycia tego szczytu zimą. Jego ekipie udało się osiągnąć poziom około 7400 metrów nad poziomem morza. Z powodu przedłużającej się niekorzystnej sytuacji pogodowej i namnażających się problemów, po aż ponad dwóch miesiącach spędzonych na ośmiotysięczniku, wyprawa została zakończona.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ostatnia góra” (2019), wszelkie prawa należą do Mayfly.

Byłem przerażony oglądając po raz pierwszy Everest (2015). Film wprawdzie miał swoje problemy z warstwą narracyjną, ale same zdjęcia i świadomość, że to inscenizacja prawdziwych wydarzeń, przyprawiały o lekkie zawroty głowy. Ostatnia góra to zapis dokumentalny, więc odczucia podczas seansu są dodatkowo spotęgowane. Na ekranie widzimy niemałą część problemów, na jaki natknęli się wspinacze. Między innymi: rany, nieporozumienia, niemal cudowne uniknięcia śmierci, rozmowy z bliskimi czekającymi w domu oraz oczywiście próba ratowania Tomasza Mackiewicza i Elisabeth Revol, którą śledziły w mediach miliony, nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ostatnia góra” (2019), wszelkie prawa należą do Mayfly.

Reżyserem Ostatniej góry jest Dariusz Załuski, wspinacz, a przy tym filmowiec, który jest również odpowiedzialny za część wykonanych zdjęć. Wiadomo, w takich warunkach trudno wymagać czegokolwiek, nie można liczyć na dodatkowe oświetlenie czy powtórzenie nagrania. Często trzeba się zadowolić tym co jest, więc pozostałą część zdjęć wykonali inni członkowie ekipy Wielickiego. Złożenie wszystkich nagrań w jedną i spójną kompozycję na pewno było nie lada wyzwaniem. Reżyserowi jednak się to udało, a moim zdaniem efekt końcowy jest więcej niż zadowalający. Dokument od samego początku unika zbędnych wprowadzeń i rzuca widza prosto w wir wydarzeń. Tempo nigdy nie zwalnia, chociaż w rzeczywistości oczywiście wspinaczom zdarzały się „przestoje”, które tutaj zostały umiejętnie wycięte. Co więcej, całość jest zmontowana tak, by opowiadać pomniejsze historie z wyprawy, czerpiąc przy tym z rozmaitych gatunków i podgatunków filmowych. Mamy do czynienia na przykład z thrillerem, gdy wspinacze mierzą się uciekającym czasem, lawiną i spadającymi kamieniami. Jest oczywiście wątek dramatyczny w postaci konfliktu pomiędzy grupą a Denisem Urubko, który w pewnym momencie postanawia zdobyć szczyt samodzielnie i bez pozwolenia. Jest przygoda, dużo wątków komediowych i elementy komediodramatu. Przy akcji ratunkowej pojawiają się znamiona filmu katastroficznego i ponownie tragicznego dramatu (nawet psychologicznego) po odnalezieniu samej Revol. Taka mieszanina w przypadku dokumentów to rzadkość i element podkreślający wyjątkowość Ostatniej góry. Umiejętnie prowadzona „narracja”, piękne i przytłaczające zdjęcia, prawdziwy ludzki dramat, który angażuje widza – czegóż więcej można wymagać?

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ostatnia góra” (2019), wszelkie prawa należą do Mayfly.

Zdecydowanie jest to jeden z najwybitniejszych filmów nagranych kiedykolwiek na tak dużej wysokości. Nawet jeśli zdobywanie szczytów nie leży w kręgu zainteresowań potencjalnego widza, to nie wyobrażam sobie jak mógłby on oglądać Ostatnią górę i nie poczuć szybciej bijącego serca. To jeden z tych przypadków, w których rzeczywistość jest od fikcji bardziej przerażająca i ciekawa zarazem.

Ikona oceny 5.

RECENZJA FILMU „PEŁZAJĄCA ŚMIERĆ” (2019)

Nie ukrywam, że animal attack to jeden z moich ulubionych rodzajów horrorów. Nie ukrywam też, że byłem podekscytowany zbliżającą się premierą „Pełzającej śmierci” po obejrzeniu zwiastuna. […]

Nie ukrywam, że animal attack to jeden z moich ulubionych rodzajów horrorów. Nie ukrywam też, że byłem podekscytowany zbliżającą się premierą „Pełzającej śmierci” po obejrzeniu zwiastuna. Huragan, aligatory, ograniczone przestrzenie, lubiana przeze mnie aktorka, reżyser i producent znający realia gatunku – czy coś mogło pójść nie tak?

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures, źródło: IMDb.

Kaya Scodelario gra Haley Keller, studentkę Uniwersytetu Florydy, która zdaje się aspirować do miana zawodowej pływaczki (ciekawostka – drużyna sportowa tego uniwersytetu nazywa się Florida Gators i wśród swoich wychowanków ma bardzo dużą ilość złotych medalistów olimpijskich). Jej siostra dzwoni do niej, bo oto do wybrzeża Florydy zbliża się huragan piątej kategorii. To jeden z największych grzechów fabularnych Pełzającej śmierci. W rzeczywistości ostatni tego typu huragan, Michael, uderzył we Florydę 10 października 2018 roku zostawiając ogromne zniszczenia. Miałem okazję śledzić towarzyszące tej tragedii wydarzenia w relacjach telewizyjnych amerykańskich stacji i nie daje mi spokoju jak lekceważąco podeszli do tej kwestii twórcy obrazu. Osoby znajdujące się na drodze Michaela były ewakuowane obowiązkowo. Niewątpliwie nie oznacza to, że nikomu się nie udało od tego uciec, ale uniwersytety były zamknięte dzień wcześniej, a sama ewakuacja zaczęła się na dwa dni przed uderzeniem. Ogromna ilość ludności w ogóle nie czekała na władze, tylko uciekała jak najdalej i jak najprędzej. Nie rozumiem zatem jak film próbuje przekonać widza, że w dniu uderzenia dziewczęta uczestniczą w zawodach, a główna bohaterka dopiero po telefonie siostry zaczyna zastanawiać się nad tym, czy mieszkający w pobliżu ojciec jest bezpieczny. Haley postanawia wyruszyć na poszukiwania ojca, który nie odbiera telefonów, oczywiście wbrew zaleceniom wszystkich dookoła. W jego mieszkaniu znajduje tylko psa (zapamiętajcie, w razie huraganu o ogromnej sile zniszczenia, zostawcie swoje zwierzaki na pewną śmierć) i rusza dalej, do starego domu rodzinnego, który podobno został sprzedany lata temu (logiczne, że najlepiej szukać zaginionych w miejscach, w których nie mają interesu się znajdować). Ojca – w tej roli nie byle kto, bo Barry Pepper znany między innymi z Szeregowca Ryana (1998), Zielonej Mili (1999), czy Prawdziwego męstwa (2010) – ostatecznie udaje się odnaleźć w piwnicy. Jest nieprzytomny, a do paska ma przytwierdzony zestaw małego budowlańca. Najwidoczniej domowe naprawy w piwnicy to najlepszy sposób na zabicie czasu w oczekiwaniu na niszczycielską siłę. Nasza protagonistka, próbując wyciągnąć ojca z piwnicy, cudem uchodzi z życiem swoim i rodzica, po spotkaniu z żądnym krwi aligatorem. Budowlaniec w końcu dochodzi do siebie i oboje muszą walczyć z powodzią i stadem olbrzymich gadów, podczas gdy widzowie zmuszeni są toczyć jeszcze bardziej wymagającą walkę z kiepskim scenariuszem.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures, źródło: IMDb.

Mam nadzieję, że nie zostanę źle zrozumiany, horror – zwłaszcza taki z atakującymi zwierzętami czy potworami – to jak najbardziej miejsce na pewne ustępstwa. Nie mam nic przeciwko zwierzętom zniekształconym, zmutowanym czy unikatowym, tak długo jak coś uzasadnia ich istnienie. Reżyser, Alexandre Aja, w wywiadach przyznał jednak, że nie chciał opowiadać o radioaktywnych potworach z chęcią zemsty, tylko pokazać gady takimi, jakie są w rzeczywistości, więc… oparł swoje badania na filmikach znalezionych w internecie. Ojciec Haley też zapewnia swoją córkę, że doskonale zna zachowania aligatorów, podrzucając widzom, od czasu do czasu, jakąś ciekawostkę. Cóż, obu poleciłbym zmianę źródeł wiedzy o tych gadach. Gatunek, z którym mamy tu do czynienia, to aligator amerykański (Alligator mississippiensis), rzeczywiście tak popularny na Florydzie, że można go spotkać przy większości zbiorników wodnych. Zgadzają się również jego gigantyczne rozmiary, samce mogą osiągnąć nawet niecałe pięć metrów i ważyć prawie pół tony. Podczas huraganu zwierzęta zdecydowanie mają też prawo być bardziej rozdrażnione niż w innych warunkach. Ale czy rzeczywiście to tak agresywne, polujące na ludzi bestie? Zdecydowanie nie. Według danych Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody, w latach 2000-2007, na Florydzie odnotowano średnio niecałe jedenaście ataków aligatorów na ludzi w skali roku. Poniżej 6% z tych ataków okazało się śmiertelne, czyli delikatnie upraszczając, można przyjąć, że w całym stanie Floryda z powodu ataku aligatorów zginęło około pięciu osób w ciągu tych siedmiu lat. Nie zdradzając szczegółów napiszę tylko, że Pełzająca śmierć nic sobie z tych statystyk nie robi. Podobnie jak z innych faktów zresztą. Przykładowo nasza pływaczka jest w stanie uciekać w wodzie aligatorom. Medaliści olimpijscy osiągają maksymalną prędkość w wodzie wynoszącą około 6-8 km/h, a aligatory amerykańskie około 30 km/h. Sytuacji nie poprawia też fakt, że niskobudżetowe efekty komputerowe wyglądają mizernie. Oczywiście wielokrotnie w kinie udowadniano, że widz nie musi widzieć potwora, żeby się go bać, ale tutaj twórcy postanowili jednak całkiem sporo pokazać i skutek jest marny.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures.

Skoro reżyser nie zna się na huraganach i drapieżnych gadach, to może chociaż zna się na ludziach? Śmiem twierdzić, że też nieszczególnie. W tle całej historii rozbrzmiewa smętny dramat rodzinny. Rodzice Haley się rozstali, ojciec od dziecka wmawiał jej, że jest stworzona do pływania, i że nie może się poddawać, bohaterka żyje z poczuciem winy i tak dalej. Te scenki z domowego życia przerywają co rusz akcję, dłużąc się niemiłosiernie. Oglądając je, przyszedł mi na myśl inny film o kobiecie walczącej z drapieżnikiem, 183 metry strachu (2016), ale tam, oprócz podobnej klasy motywów rodzinnych, przynajmniej mogliśmy przeżywać osamotnienie bohaterki. Tutaj mamy tylko usypiającą dyskusję córki z ojcem. Najlepszą recenzją tej części Pełzającej śmierci niech będzie fakt, że po około godzinie zaśmiałem się w kinie pod nosem, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że od jakiejś chwili kibicuję aligatorom.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures, źródło: IMDb.

Scenariusz zatem nie broni się pod żadnym względem. Za tę mało ambitną lekturę odpowiedzialni są bracia, Michael i Shawn Rasmussen, którzy wcześniej sami wyreżyserowali dwa, nieprzyjęte zbyt ciepło, horrory. Za ich największe osiągnięcie uznałbym współpracę z Johnem Carpenterem przy Oddziale (2010), aczkolwiek to dzieło również spotkało się z negatywną krytyką. Podobnie niezachwycające jest CV reżysera, którego życiowym osiągnięciem była nominacja do Złotej Palmy w Cannes, za najlepszy film krótkometrażowy w 1997 roku. Od tego wydarzenia francuski twórca kręcił co najwyżej przeciętnie oceniane horrory jak Wzgórza mają oczy (2006), Pirania (2010) czy Rogi (2013). Warto wywołać do tablicy jeszcze dwa nazwiska, które z pewnością wyróżniają się na plakatach i w zapowiedziach filmu. Pierwsze z nich należy do producenta, Sama Raimiego. Nazwisko rzeczywiście dość znaczące, ale nie należy zapominać, że jako producent ten pan już nie jedno fiasko widzom zaserwował i tak jest również w tym przypadku. Poniekąd nie ma co się dziwić, dla niego najważniejsze jest żeby film zarabiał, a z tym akurat jest dość łatwo w przypadku niskobudżetowych horrorów. Czy może więc chociaż ostatnie nazwisko uratuje honor Pełzającej śmierci? Niezupełnie, ale wspomniana już wcześniej Kaya Scodelario naprawdę dała popis solidnej gry aktorskiej i przynajmniej jej nie mam nic do zarzucenia. Na plus zaliczyłbym jeszcze ukłony składane w stronę klasyków gatunku takich jak Szczęki (1975) czy Park Jurajski (1993), ale wiele więcej walorów tego obrazu niestety nie znalazłem.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures, źródło: IMDb.

Pojawiające się recenzje filmu są raczej pozytywne. Krytycy chwalą go za solidną porcję rozrywki przy wiaderku prażonej kukurydzy, a widzowie są zachwyceni intensywnością przeżyć podczas seansu. Może jeśli ktoś ma mgliste pojęcie o huraganach i aligatorach, nie przeszkadza mu sztuczność efektów z komputera, nielogiczne wybory bohaterów, oraz nudne i oklepane dramaty rodzinne, to znajdzie w tym horrorze coś dla siebie. Osobiście wolę popłynąć pod prąd i napisać, że Pełzająca śmierć jest znośna, ale na pewno nie dobra i postarać się o niej zapomnieć, przynajmniej do czasu premiery, zdaje się, że nieuchronnego już sequela.

Ikona oceny 3.

RECENZJA FILMU „ATALANTA” (1934)

Jean Vigo zmarł w wieku 29 lat, czyli dokładnie w takim wieku, w jakim jestem spisując te słowa. Ten francuski reżyser zrealizował zaledwie cztery filmy, w tym tylko jeden pełnometrażowy. Ostatni z nich okazał się być ukoronowaniem jego kariery i gwoździem do trumny jednocześnie. […]

Jean Vigo zmarł w wieku 29 lat, czyli dokładnie w takim wieku, w jakim jestem spisując te słowa. Ten francuski reżyser zrealizował zaledwie cztery filmy, w tym tylko jeden pełnometrażowy. Ostatni z nich okazał się być ukoronowaniem jego kariery i gwoździem do trumny jednocześnie. 85 lat później postanowiłem sprawdzić dlaczego do dziś budzi zarówno kontrowersje, jak i wywołuje okrzyki zachwytu.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Vigo urodził się w 1905 roku, w Paryżu. Jego ojciec, Eugène Bonaventure Jean-Baptiste Vigo, był dziennikarzem, anarchistą, socjalistą i wielkim przeciwnikiem wojny. Zmarł w więzieniu, w wieku 34 lat, najprawdopodobniej zamordowany. Jean był wtedy tylko chłopcem i dla bezpieczeństwa został wysłany pod fałszywym nazwiskiem do szkoły z internatem. Do matki wrócił u progu dorosłości, a naukę kontynuował w liceum i następnie na studiach. W 1929 roku, Vigo ożenił się z poznaną kilka lat wcześniej córką łódzkiego przemysłowca, Elżbietą Łozińską, co ciekawe ciotką innego reżysera, Marcela Łozińskiego. Na tym polskie akcenty się nie kończą. Dzięki teściowi Vigo wszedł w posiadanie swojej pierwszej kamery i zaczął pracę nad swoim debiutem reżyserskim. W tamtym czasie poznał też urodzonego w Białymstoku operatora Borisa Kaufmana, brata Dzigi Vertova (urodzonego jako Dawid Abelowicz Kaufman) i Michaiła Kaufmana. Ci ostatni dwaj znani byli i są nadal przede wszystkim z Człowieka z kamerą (1929), który był bardzo innowacyjny wizualnie jak na tamte czasy. Tym też filmem zainspirował się Vigo tworząc swoje pierwsze dzieło, A propos Nicei (1930). Razem z Borisem udowodnili, że są twórcami wyjątkowymi również w kolejnych dwóch krótkich metrażach, przy czym dla Atalanty ważniejszy jest ten drugi w dorobku reżysera, Taris, roi de l’eau (1931). To właśnie na planie tego około dziesięciominutowego dokumentu o francuskim pływaku olimpijskim, Vigo i Kaufman opanowali ujęcia podwodne, które zostały wykorzystane w najpiękniejszej, moim zdaniem, scenie Atalanty.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Tytułowa „L’Atalante” to nazwa barki, na której swój „miesiąc miodowy” zamierza spędzić jej kapitan, Jean (Jean Dasté), wraz z dopiero co poślubioną Juliette (Dita Parlo). Oprócz małżonków załogę statku stanowią jeszcze Jules (Michel Simon) i jego młodziutki pomocnik (Louis Lefebvre). Statek ma za zadanie dostarczyć towar do Paryża. Świeżo upieczona żona fantazjuje zaś o wielkomiejskim życiu. Sama wychowywała się na wsi, więc z zainteresowaniem słucha starego Julesa i ogląda niesamowite pamiątki w jego kabinie (między innymi dłonie starego przyjaciela zakonserwowane w słoiku). Marynarz jest dla niej czymś egzotycznym, choć idealnie wpisuje się w archetyp wilka morskiego – przesądny, wytatuowany od stóp do głów, posiadający całe stado kotów pokładowych i jeszcze więcej historii do opowiedzenia. To zafascynowanie kończy się niestety szybko. Jean nie jest zadowolony z tego, że jego żona spędza czas w kajucie Julesa. Szybko wpada w szał i swoim ekscesem traumatyzuje Juliette. Po dotarciu do Paryża, para udaje się na tańce. Tam kobieta trafia na zalotnika i dobra zabawa jest po raz kolejny zakończona przez zazdrosnego męża. Finał złości Jeana przypada na odkrycie, że jego żona wymknęła się z barki, by pozwiedzać miasto. Wściekły kapitan postanawia odpłynąć bez niej i para zostaje rozdzielona. Uczucie kończy się w tym momencie i w pewnym sensie dopiero zaczyna. Jean szybko zaczyna żałować swojej decyzji i wpada w depresję. Juliette wprawdzie postanawia kupić bilet na pociąg zmierzający do kolejnego celu podróży „Atalanty”, ale ktoś kradnie jej torebkę i tym samym skazuje ją na szukanie schronienia i pracy.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Rozłąka małżeństwa skutkuje też dwiema najbardziej fascynującymi scenami filmu. Najpierw zrozpaczony mężczyzna przypomina sobie ludowe wierzenie, o którym opowiedziała mu wcześniej żona – twarz prawdziwej miłości można ponoć zobaczyć w wodzie. Podczas gdy stary Jules naprawia chyba jeszcze starszy gramofon (celem pocieszenia szefa muzyką), Jean w pośpiechu zanurza głowę w wiaderku. Kiedy nie przynosi to oczekiwanego skutku, skacze za burtę. Tutaj wchodzi do gry kunszt Vigo i Kaufmana w postaci zjawiskowych zdjęć podwodnych pływającego kapitana. Próbę odnalezienia jego miłości przeplatają nałożone na taśmę kadry z Juliette w sukni ślubnej. Jean „dostrzega” ją w wodzie i w ten sposób zyskuje całkowitą pewność swojego uczucia. Scena zdaje się znajdować na pograniczu jawy i snu, jest poetycka, romantyczna i niesamowicie ciepła jednocześnie. Warto w tym miejscu wyróżnić jeszcze fenomenalną ścieżkę dźwiękową okraszającą tę i wiele innych scen. Człowiek za nią odpowiedzialny to Maurice Jaubert, kompozytor dla między innymi Renoira, Duviviera czy Carné. To kolejna wspaniała kariera filmowa przerwana w tragicznych okolicznościach, Jaubert zmarł na wojnie w wieku 40 lat.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Po wyjściu z wody Jean postanawia odnaleźć małżonkę. On szuka jej, ona szuka jego – taki romantyczny banał, Vigo przekuł na jedną z najciekawszych scen erotycznych w historii kina. Poszukujący się wzajemnie bohaterowie są zmuszeni do spędzenia kolejnej nocy w osobnych łóżkach, oddaleni od siebie. Śniąc, Jean przesuwa delikatnie ręką po swojej klatce piersiowej. Za pomocą montażu równoległego widzimy delikatnie wybudzającą się Juliette, która wsuwa swoją dłoń pod koszulę nocną i gładzi się po piersi. Zmęczeni i stęsknieni za sobą kochankowie ruszają się we śnie niczym pogrążeni w gorączce. Wcześniejsza wizja kapitana znajduje swoje potwierdzenie – małżeństwo w końcu ulega synchronizacji uczuć. Są razem, choć osobno. Połączeni, choć rozdzieleni. Po ich ciałach przesuwają się cienie i dłonie. Całość jest surowa, bezwstydna i bezwzględnie magiczna. Pożądanie, tęsknota, zwierzęca niemal seksualność i przede wszystkim – miłość.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Tego typu opowiadanie obrazem wyprzedzało znacznie epokę Vigo. Peter Bradshaw, krytyk „The Guardian”, napisał: „Atalancie udaje się być bardziej nowoczesną, niż cokolwiek tworzonego współcześnie”[1]W pełni się z tym zgadzam. Vigo był prawdziwym wizjonerem i tym filmem zapoczątkował w kinie realizm poetycki, kierunek obierany przez reżyserów aż do wojny. Francuz wprowadził do kina ludzi, których sam obserwował w dzieciństwie – biednych, niezatrudnionych, zubożałych czy kryminalistów – i dał im taką samą szansę na miłość i nienawiść jaką mieli do tej pory przedstawiciele klas wyższych. Tym stylizowanym realizmem inspirowali się później włoscy neorealiści i francuscy nowofalowcy. W Atalancie zakochał się Truffaut, hołd oddał jej Bertolucci i Godard, a Jim Jarmusch wymienił ją w swoim top 10 ulubionych filmów. W rankingach wszech czasów „Sight & Sound” to dzieło pojawiała się wielokrotnie, znalazło się też w książce 1001 filmów, które musisz zobaczyć i jest jedną z nielicznych pozycji ze stuprocentowym wynikiem w agregatorze Rotten Tomatoes. Sam Vigo niestety tych wyróżnień nie doczekał. Zimno i wilgoć na planie Atalanty tylko pogarszały stan reżysera, który kilka lat wcześniej zaraził się gruźlicą. Chociaż sam się nigdy nie wycofał, w końcowych etapach produkcji był już przykuty do łóżka. W kwietniu 1934 roku odbyła się przedpremiera filmu, który spotkał się z bardzo negatywną krytyką. Producenci postanowili wykorzystać niezdolność Jeana do obrony swojego utworu. Znacznie skrócili Atalantę, zmienili jej tytuł na Le chaland qui passe (w moim nieprofesjonalnym przekładzie – Barka przepływa), dokładnie taki sam, jak wypuszczona rok wcześniej piosenka Lys Gauty, którą też zresztą umieścili w filmie. Wrześniowa premiera pokazała, że zabiegi producentów zdały się na nic – obraz po raz kolejny zebrał fatalne recenzje i stał się komercyjną porażką. Dopiero po wojnie Atalanta zaczęła być odkrywana na nowo. Do dziś zbiera wiele pozytywnych recenzji i co jakiś czas jest odnawiana przy wykorzystaniu nowych technologii i znajdowanych kopii filmu. Z całym przekonaniem uważam, że jest to absolutne arcydzieło kinematografii, utwór kultowy, przepiękny wizualnie i w swojej wymowie. Być może osoby, które dziś nie doceniają tego geniuszu, nie są w stanie dostrzec w wodzie prawdziwej miłości i zamiast tego widzą to, co 85 lat temu producenci i krytycy – nudną miłostkę z przepływającą barką w tle. Jean Vigo zmarł 5 października 1934 roku. U jego boku do końca była ukochana Elżbieta. Ostatnie tchnienie wydał podobno krótko po tym, jak uliczny artysta za oknem zaczął śpiewać Le chaland qui passe

Ikona oceny 5 z serduszkiem.

BIBLIOGRAFIA

Bradshaw P., L’Atalante – review, 2012, https://www.theguardian.com/film/2012/jan/19/l-atalante-review, 4.10.2019.

PRZYPISY

[1] P. Bradshaw, L’Atalante – review, 2012, https://www.theguardian.com/film/2012/jan/19/l-atalante-review, 4.10.2019.

RECENZJA FILMU „SZEŚCIORACZKI” (2019)

Prawdopodobieństwo urodzenia się pięcioraczków szacowane jest na 0,0000024%. Ciąże z większą ilością dzieci są jeszcze rzadsze, czego najlepszym przykładem jest to, że pierwsze polskie sześcioraczki przyszły na świat niecałe trzy miesiące przed premierą „Sześcioraczków”. […]

Prawdopodobieństwo urodzenia się pięcioraczków szacowane jest na 0,0000024%. Ciąże z większą ilością dzieci są jeszcze rzadsze, czego najlepszym przykładem jest to, że pierwsze polskie sześcioraczki przyszły na świat niecałe trzy miesiące przed premierą „Sześcioraczków”. Patrząc na opis i „okładkę” nowego filmu Michaela Tiddesa nie spodziewałem się jednak zobaczyć w nim niczego unikatowego czy zjawiskowego.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Sześcioraczki” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Ciekawe liczby stoją również za wspomnianym reżyserem – w agregatorze Rotten Tomatoes jego najlepszy film do tej pory zdobył „okazałe” 10% pozytywnych recenzji, a jego ostatni, również wyprodukowany dla Netflixa Nago, zdobył okrągłe 0% pozytywnych recenzji. Większość filmów Tiddesa posiada jeszcze jeden wspólny mianownik w postaci Marlona Wayansa, który te wątpliwe dzieła sponsoruje. Tym razem ten ostatni postanowił zaszaleć przywołując na myśl popisy Eddiego Murphy’ego z lat dziewięćdziesiątych, z czego z uwagi na wykorzystanie tak zwanego fatsuitu, najbardziej pasuje porównanie do Grubego i chudszego (1996). Podobnie też do tego przeboju, mamy tutaj odrobinę efektów z komputera i sporo charakteryzacji. Wayans dwoi się i troi (a może nawet sześciorzy?), ale daleko mu do filmu z Murphym, a jeszcze dalej do jego sukcesu kasowego i Oscara.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Sześcioraczki” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Zarys fabularny Sześcioraczków po raz pierwszy został zapewne zapisany na samoprzylepnej karteczce, a później było już tylko gorzej. Protagonistą (granym przez Wayansa) jest nie znający swojej rodziny Alan, który niedługo ma zostać ojcem. Za namową partnerki, postanawia wyruszyć na poszukiwania swojej biologicznej matki. Szybko odkrywa, że jest jednym z tytułowych sześcioraczków, które postanawia odnaleźć. Każdego innego „raczka” również gra nikt inny jak Wayans, a więc mamy do czynienia z siedmioma rolami jednego aktora (siedmioma, bo pojawia się w filmie jeszcze jedna postać powołana do życia przez Wayansa). Zamieszania i przygód po drodze jest sporo. Jakości nie ma wcale.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Sześcioraczki” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Z wyjątkiem „normalnego” Alana, każdy członek jego rodziny jest niemiłosiernie przerysowany. Jest niewychodzący z domu grubas, rudy szpieg o jasnej karnacji, oszust ubierający się jak sutener sprzed pół wieku, olbrzymia „tancerkę egzotyczną” prosto z więzienia i chory na polio, dla którego nie ma nadziei (o czym film pamięta może przez pięć minut). Na próżno szukać w jakiejś próby wytłumaczenia co sprawiło, że sześć osób urodzonych z tej samej ciąży jest tak kompletnie innych. Z podobnym powodzeniem skończyłyby się poszukiwania autentycznie zabawnej sceny, czy nawet gagu. W filmie jest natomiast cała masa stereotypów, niesmacznych żartów, krzyczenia i robienia głupich min.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Sześcioraczki” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Sytuacji nie ratuje przyzwoity drugi plan z Breshą Webb, Glynnem Turmanem i Molly Shannon na czele, ani nawet fakt, że za zdjęcia odpowiada nominowany do Oscara operator. Mowa tutaj o Donie Burgessie, wielokrotnym współpracowniku Roberta Zemeckisa i Jamesa Wana, który nominowany był za Forresta Gumpa (1994), a oprócz tego pracował między innymi przy Kontakcie (1997), Cast Away: Poza światem (2000), Obecności 2 (2016) i Aquamanie (2018). Parafrazując klasyka, zdjęcia w filmie są podobne zupełnie do niczego i nie wiem jak można od Forresta przejść do Sześcioraczków, ale wielka szkoda, że tak znane nazwisko dopisuje do swojego życiorysu takie artystyczne dno. Może więc chociaż trochę sytuację ratuje gra aktorska Wayansa? Odniosłem wrażenie, że chyba tylko on bawił się przy tej produkcji dobrze i będzie chciał ją zapamiętać. Na pewno nie można odmówić mu chęci, wszak tego typu role do łatwych nie należą. Niestety trudno o dobry efekt końcowy gdy komediant jest nieśmieszny, scenariusz nieciekawy, a oprawa wizualna mało atrakcyjna. Przykre, bo Wayans talent komiczny zdecydowanie posiada i jeszcze bardziej zdecydowanie go marnuje.

Ikona oceny 1.

RECENZJA FILMU „GRZECZNI CHŁOPCY” (2019)

Od momentu debiutu w „Pokoju” (2015), Jacob Tremblay wpisał do swojego CV już co najmniej kilka filmów i zarazem ról, którymi nie powstydziłby się chyba żaden starszy aktor. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ten kanadyjski Wonder Kid, dopiero za nieco ponad sześć tygodni od opublikowania tej recenzji, skończy trzynaście lat. […]

Od momentu debiutu w „Pokoju” (2015), Jacob Tremblay wpisał do swojego CV już co najmniej kilka filmów i zarazem ról, którymi nie powstydziłby się chyba żaden starszy aktor. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ten kanadyjski Wonder Kid, dopiero za nieco ponad sześć tygodni od opublikowania tej recenzji, skończy trzynaście lat. Podobnie fortuna stoi po stronie innego Kanadyjczyka, Setha Rogena, który posługując się stosunkowo niewielkimi budżetami, produkuje filmy, które zarabiają co najmniej dobrze, jeśli nie świetnie. Spotkanie tych dwóch rodaków ze złotym dotykiem wydawało się kwestią czasu i tak właśnie się stało.

Fragment kadru z filmu „Grzeczni chłopcy” (2019), wszelkie prawa należą do Universal Pictures, źródło: The Movie Database.

Chociaż Rogen wydaje się być „mózgiem” operacji Grzeczni chłopcy, to reżyserem filmu jest debiutant w tej roli i jednocześnie scenarzysta, Gene Stupnitsky. Do tej pory znany był głównie właśnie ze scenariuszy pisanych wraz z panem o nazwisku Lee Eisenberg. Ta dwójka wspólną karierę zaczęła od Biura (2005-2013), a później napisali między innymi Rok pierwszy (2009) i Złą kobietę (2011). Poziom tych dzieł jest zróżnicowany, ale istnieje jeden wspólny mianownik – wszystkie są, chociaż momentami, zabawne. Scenariusz Grzecznych chłopców również napisali we dwoje i pytanie o to jak wyjdzie tym razem, samo cisnęło się na usta przed seansem.

Fragment kadru z filmu „Grzeczni chłopcy” (2019), wszelkie prawa należą do Universal Pictures, źródło: Universal Pictures.

Pomysł na film zdaje się być skopiowany z innego filmu Rogena, Supersamca (2007). Tam mamy do czynienia z trzema chłopakami kończącymi liceum, którzy czując nadchodzący czas zmian i korzystając ze zbliżającej się imprezy, na której będzie „każdy”, zamierzają zaimponować rówieśnikom spożywaniem alkoholu i straceniem dziewictwa. W Grzecznych chłopcach jest prawie to samo – licealistów zamieniono tu na amerykańskich szóstoklasistów (11-12 lat), wódkę na trzy (maksymalnie cztery) łyki piwa, a utratę dziewictwa na pierwszy pocałunek. To co wyjątkowe w tej komedii, to próba nadania bohaterom, Maxowi, Lucasowi i Thorowi, nieco głębi. Max jako pierwszy z trójki czuje popęd seksualny i podkochuje się w jednej z dziewczyn. Rodzice Lucasa się rozwodzą, a sam chłopiec jest bardziej rozwinięty emocjonalnie od rówieśników. Thor natomiast, marzy o karierze piosenkarza i zawzięcie walczy o bycie zaakceptowanym przez innych.

Fragment kadru z filmu „Grzeczni chłopcy” (2019), wszelkie prawa należą do Universal Pictures, źródło: Universal Pictures.

Podobnie do bohaterów Supersamca, tutaj również mamy do czynienia z przeróżnymi przygodami po drodze na zapowiedzianą od początku imprezę. Jest jednak coś bardziej niewinnego i szczerego w tej trójce prawie nastolatków. Pomimo przeciwności, które skazują przyjaciół na kontakt między innymi z erotyką, przemocą, alkoholem i narkotykami – w głębi duszy rzeczywiście są oni grzecznymi chłopcami, którzy nie tyle chcą się dopasować do tych niegrzecznych, co nie widzą innego wyjścia. Do utrzymania tego wrażenia znacznie przyczyniają się aktorzy i aktorki, w tym również, a może nawet zwłaszcza, to ich młodsze pokolenie. Wspomniany Jacob Tremblay trzyma bardzo wysoki poziom, a Keith L. Williams i Brady Noon w rolach pozostałej dwójki, niewiele mu ustępują. Do tego otrzymaliśmy wspaniały drugi plan z tak wspaniałymi komikami jak Will Forte, Stephen Merchant czy Retta. Dzięki tym zabiegom scenariuszowym i aktorskim, film wypada dość świeżo i przez większość czasu jest naturalnie zabawny.

Fragment kadru z filmu „Grzeczni chłopcy” (2019), wszelkie prawa należą do Universal Pictures, źródło: Universal Pictures.

Jak na złość, pomimo elementów wyjątkowych, na całość składa się również całkiem sporo niezbyt ciekawych rozwiązań. Największym grzechem filmu jest powtarzanie gagów. Przykładowo nieświadomość z jaką chłopcy podchodzą do gadżetów erotycznych znalezionych w sypialniach rodziców jest urocza i zabawna… za pierwszym, drugim i może trzecim razem, ale nawet najlepszy dowcip powtarzany w nieskończoność przestaje być śmieszny, a komedia powtarzająca się, to komedia, która się tylko dłuży. Podobnie jest z przeklinaniem, które w ustach jedenastolatka za pierwszym razem brzmi szokująco komicznie, ale po kilkunastu razach zdaje się być odrobinę niesmaczne. Przez tego typu podejście, film traci szansę na bycie komedią dla osób w każdym wieku – tych, którzy problemy bohaterów właśnie przeżywają, oraz tych, którzy te problemy już przeżyli. Końcowy produkt jest godny polecenia, ale tylko niektórym. Wymaga nieco dystansu i niespecjalnie nadaje się jako źródło inspiracji dla dzieci. Szkoda. Mogła być rewelacja, a wyszła nienajgorsza komedyjka o dzieciakach, którą większość z nas zapomni równie szybko, jak pierwsze wagary.

Ikona oceny 3.