RECENZJA FILMU „PEŁZAJĄCA ŚMIERĆ” (2019)

Nie ukrywam, że animal attack to jeden z moich ulubionych rodzajów horrorów. Nie ukrywam też, że byłem podekscytowany zbliżającą się premierą „Pełzającej śmierci” po obejrzeniu zwiastuna. […]

Nie ukrywam, że animal attack to jeden z moich ulubionych rodzajów horrorów. Nie ukrywam też, że byłem podekscytowany zbliżającą się premierą „Pełzającej śmierci” po obejrzeniu zwiastuna. Huragan, aligatory, ograniczone przestrzenie, lubiana przeze mnie aktorka, reżyser i producent znający realia gatunku – czy coś mogło pójść nie tak?

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures, źródło: IMDb.

Kaya Scodelario gra Haley Keller, studentkę Uniwersytetu Florydy, która zdaje się aspirować do miana zawodowej pływaczki (ciekawostka – drużyna sportowa tego uniwersytetu nazywa się Florida Gators i wśród swoich wychowanków ma bardzo dużą ilość złotych medalistów olimpijskich). Jej siostra dzwoni do niej, bo oto do wybrzeża Florydy zbliża się huragan piątej kategorii. To jeden z największych grzechów fabularnych Pełzającej śmierci. W rzeczywistości ostatni tego typu huragan, Michael, uderzył we Florydę 10 października 2018 roku zostawiając ogromne zniszczenia. Miałem okazję śledzić towarzyszące tej tragedii wydarzenia w relacjach telewizyjnych amerykańskich stacji i nie daje mi spokoju jak lekceważąco podeszli do tej kwestii twórcy obrazu. Osoby znajdujące się na drodze Michaela były ewakuowane obowiązkowo. Niewątpliwie nie oznacza to, że nikomu się nie udało od tego uciec, ale uniwersytety były zamknięte dzień wcześniej, a sama ewakuacja zaczęła się na dwa dni przed uderzeniem. Ogromna ilość ludności w ogóle nie czekała na władze, tylko uciekała jak najdalej i jak najprędzej. Nie rozumiem zatem jak film próbuje przekonać widza, że w dniu uderzenia dziewczęta uczestniczą w zawodach, a główna bohaterka dopiero po telefonie siostry zaczyna zastanawiać się nad tym, czy mieszkający w pobliżu ojciec jest bezpieczny. Haley postanawia wyruszyć na poszukiwania ojca, który nie odbiera telefonów, oczywiście wbrew zaleceniom wszystkich dookoła. W jego mieszkaniu znajduje tylko psa (zapamiętajcie, w razie huraganu o ogromnej sile zniszczenia, zostawcie swoje zwierzaki na pewną śmierć) i rusza dalej, do starego domu rodzinnego, który podobno został sprzedany lata temu (logiczne, że najlepiej szukać zaginionych w miejscach, w których nie mają interesu się znajdować). Ojca – w tej roli nie byle kto, bo Barry Pepper znany między innymi z Szeregowca Ryana (1998), Zielonej Mili (1999), czy Prawdziwego męstwa (2010) – ostatecznie udaje się odnaleźć w piwnicy. Jest nieprzytomny, a do paska ma przytwierdzony zestaw małego budowlańca. Najwidoczniej domowe naprawy w piwnicy to najlepszy sposób na zabicie czasu w oczekiwaniu na niszczycielską siłę. Nasza protagonistka, próbując wyciągnąć ojca z piwnicy, cudem uchodzi z życiem swoim i rodzica, po spotkaniu z żądnym krwi aligatorem. Budowlaniec w końcu dochodzi do siebie i oboje muszą walczyć z powodzią i stadem olbrzymich gadów, podczas gdy widzowie zmuszeni są toczyć jeszcze bardziej wymagającą walkę z kiepskim scenariuszem.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures, źródło: IMDb.

Mam nadzieję, że nie zostanę źle zrozumiany, horror – zwłaszcza taki z atakującymi zwierzętami czy potworami – to jak najbardziej miejsce na pewne ustępstwa. Nie mam nic przeciwko zwierzętom zniekształconym, zmutowanym czy unikatowym, tak długo jak coś uzasadnia ich istnienie. Reżyser, Alexandre Aja, w wywiadach przyznał jednak, że nie chciał opowiadać o radioaktywnych potworach z chęcią zemsty, tylko pokazać gady takimi, jakie są w rzeczywistości, więc… oparł swoje badania na filmikach znalezionych w internecie. Ojciec Haley też zapewnia swoją córkę, że doskonale zna zachowania aligatorów, podrzucając widzom, od czasu do czasu, jakąś ciekawostkę. Cóż, obu poleciłbym zmianę źródeł wiedzy o tych gadach. Gatunek, z którym mamy tu do czynienia, to aligator amerykański (Alligator mississippiensis), rzeczywiście tak popularny na Florydzie, że można go spotkać przy większości zbiorników wodnych. Zgadzają się również jego gigantyczne rozmiary, samce mogą osiągnąć nawet niecałe pięć metrów i ważyć prawie pół tony. Podczas huraganu zwierzęta zdecydowanie mają też prawo być bardziej rozdrażnione niż w innych warunkach. Ale czy rzeczywiście to tak agresywne, polujące na ludzi bestie? Zdecydowanie nie. Według danych Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody, w latach 2000-2007, na Florydzie odnotowano średnio niecałe jedenaście ataków aligatorów na ludzi w skali roku. Poniżej 6% z tych ataków okazało się śmiertelne, czyli delikatnie upraszczając, można przyjąć, że w całym stanie Floryda z powodu ataku aligatorów zginęło około pięciu osób w ciągu tych siedmiu lat. Nie zdradzając szczegółów napiszę tylko, że Pełzająca śmierć nic sobie z tych statystyk nie robi. Podobnie jak z innych faktów zresztą. Przykładowo nasza pływaczka jest w stanie uciekać w wodzie aligatorom. Medaliści olimpijscy osiągają maksymalną prędkość w wodzie wynoszącą około 6-8 km/h, a aligatory amerykańskie około 30 km/h. Sytuacji nie poprawia też fakt, że niskobudżetowe efekty komputerowe wyglądają mizernie. Oczywiście wielokrotnie w kinie udowadniano, że widz nie musi widzieć potwora, żeby się go bać, ale tutaj twórcy postanowili jednak całkiem sporo pokazać i skutek jest marny.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures.

Skoro reżyser nie zna się na huraganach i drapieżnych gadach, to może chociaż zna się na ludziach? Śmiem twierdzić, że też nieszczególnie. W tle całej historii rozbrzmiewa smętny dramat rodzinny. Rodzice Haley się rozstali, ojciec od dziecka wmawiał jej, że jest stworzona do pływania, i że nie może się poddawać, bohaterka żyje z poczuciem winy i tak dalej. Te scenki z domowego życia przerywają co rusz akcję, dłużąc się niemiłosiernie. Oglądając je, przyszedł mi na myśl inny film o kobiecie walczącej z drapieżnikiem, 183 metry strachu (2016), ale tam, oprócz podobnej klasy motywów rodzinnych, przynajmniej mogliśmy przeżywać osamotnienie bohaterki. Tutaj mamy tylko usypiającą dyskusję córki z ojcem. Najlepszą recenzją tej części Pełzającej śmierci niech będzie fakt, że po około godzinie zaśmiałem się w kinie pod nosem, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że od jakiejś chwili kibicuję aligatorom.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures, źródło: IMDb.

Scenariusz zatem nie broni się pod żadnym względem. Za tę mało ambitną lekturę odpowiedzialni są bracia, Michael i Shawn Rasmussen, którzy wcześniej sami wyreżyserowali dwa, nieprzyjęte zbyt ciepło, horrory. Za ich największe osiągnięcie uznałbym współpracę z Johnem Carpenterem przy Oddziale (2010), aczkolwiek to dzieło również spotkało się z negatywną krytyką. Podobnie niezachwycające jest CV reżysera, którego życiowym osiągnięciem była nominacja do Złotej Palmy w Cannes, za najlepszy film krótkometrażowy w 1997 roku. Od tego wydarzenia francuski twórca kręcił co najwyżej przeciętnie oceniane horrory jak Wzgórza mają oczy (2006), Pirania (2010) czy Rogi (2013). Warto wywołać do tablicy jeszcze dwa nazwiska, które z pewnością wyróżniają się na plakatach i w zapowiedziach filmu. Pierwsze z nich należy do producenta, Sama Raimiego. Nazwisko rzeczywiście dość znaczące, ale nie należy zapominać, że jako producent ten pan już nie jedno fiasko widzom zaserwował i tak jest również w tym przypadku. Poniekąd nie ma co się dziwić, dla niego najważniejsze jest żeby film zarabiał, a z tym akurat jest dość łatwo w przypadku niskobudżetowych horrorów. Czy może więc chociaż ostatnie nazwisko uratuje honor Pełzającej śmierci? Niezupełnie, ale wspomniana już wcześniej Kaya Scodelario naprawdę dała popis solidnej gry aktorskiej i przynajmniej jej nie mam nic do zarzucenia. Na plus zaliczyłbym jeszcze ukłony składane w stronę klasyków gatunku takich jak Szczęki (1975) czy Park Jurajski (1993), ale wiele więcej walorów tego obrazu niestety nie znalazłem.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures, źródło: IMDb.

Pojawiające się recenzje filmu są raczej pozytywne. Krytycy chwalą go za solidną porcję rozrywki przy wiaderku prażonej kukurydzy, a widzowie są zachwyceni intensywnością przeżyć podczas seansu. Może jeśli ktoś ma mgliste pojęcie o huraganach i aligatorach, nie przeszkadza mu sztuczność efektów z komputera, nielogiczne wybory bohaterów, oraz nudne i oklepane dramaty rodzinne, to znajdzie w tym horrorze coś dla siebie. Osobiście wolę popłynąć pod prąd i napisać, że Pełzająca śmierć jest znośna, ale na pewno nie dobra i postarać się o niej zapomnieć, przynajmniej do czasu premiery, zdaje się, że nieuchronnego już sequela.

Ikona oceny 3.

RECENZJA FILMU „ATALANTA” (1934)

Jean Vigo zmarł w wieku 29 lat, czyli dokładnie w takim wieku, w jakim jestem spisując te słowa. Ten francuski reżyser zrealizował zaledwie cztery filmy, w tym tylko jeden pełnometrażowy. Ostatni z nich okazał się być ukoronowaniem jego kariery i gwoździem do trumny jednocześnie. […]

Jean Vigo zmarł w wieku 29 lat, czyli dokładnie w takim wieku, w jakim jestem spisując te słowa. Ten francuski reżyser zrealizował zaledwie cztery filmy, w tym tylko jeden pełnometrażowy. Ostatni z nich okazał się być ukoronowaniem jego kariery i gwoździem do trumny jednocześnie. 85 lat później postanowiłem sprawdzić dlaczego do dziś budzi zarówno kontrowersje, jak i wywołuje okrzyki zachwytu.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Vigo urodził się w 1905 roku, w Paryżu. Jego ojciec, Eugène Bonaventure Jean-Baptiste Vigo, był dziennikarzem, anarchistą, socjalistą i wielkim przeciwnikiem wojny. Zmarł w więzieniu, w wieku 34 lat, najprawdopodobniej zamordowany. Jean był wtedy tylko chłopcem i dla bezpieczeństwa został wysłany pod fałszywym nazwiskiem do szkoły z internatem. Do matki wrócił u progu dorosłości, a naukę kontynuował w liceum i następnie na studiach. W 1929 roku, Vigo ożenił się z poznaną kilka lat wcześniej córką łódzkiego przemysłowca, Elżbietą Łozińską, co ciekawe ciotką innego reżysera, Marcela Łozińskiego. Na tym polskie akcenty się nie kończą. Dzięki teściowi Vigo wszedł w posiadanie swojej pierwszej kamery i zaczął pracę nad swoim debiutem reżyserskim. W tamtym czasie poznał też urodzonego w Białymstoku operatora Borisa Kaufmana, brata Dzigi Vertova (urodzonego jako Dawid Abelowicz Kaufman) i Michaiła Kaufmana. Ci ostatni dwaj znani byli i są nadal przede wszystkim z Człowieka z kamerą (1929), który był bardzo innowacyjny wizualnie jak na tamte czasy. Tym też filmem zainspirował się Vigo tworząc swoje pierwsze dzieło, A propos Nicei (1930). Razem z Borisem udowodnili, że są twórcami wyjątkowymi również w kolejnych dwóch krótkich metrażach, przy czym dla Atalanty ważniejszy jest ten drugi w dorobku reżysera, Taris, roi de l’eau (1931). To właśnie na planie tego około dziesięciominutowego dokumentu o francuskim pływaku olimpijskim, Vigo i Kaufman opanowali ujęcia podwodne, które zostały wykorzystane w najpiękniejszej, moim zdaniem, scenie Atalanty.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Tytułowa „L’Atalante” to nazwa barki, na której swój „miesiąc miodowy” zamierza spędzić jej kapitan, Jean (Jean Dasté), wraz z dopiero co poślubioną Juliette (Dita Parlo). Oprócz małżonków załogę statku stanowią jeszcze Jules (Michel Simon) i jego młodziutki pomocnik (Louis Lefebvre). Statek ma za zadanie dostarczyć towar do Paryża. Świeżo upieczona żona fantazjuje zaś o wielkomiejskim życiu. Sama wychowywała się na wsi, więc z zainteresowaniem słucha starego Julesa i ogląda niesamowite pamiątki w jego kabinie (między innymi dłonie starego przyjaciela zakonserwowane w słoiku). Marynarz jest dla niej czymś egzotycznym, choć idealnie wpisuje się w archetyp wilka morskiego – przesądny, wytatuowany od stóp do głów, posiadający całe stado kotów pokładowych i jeszcze więcej historii do opowiedzenia. To zafascynowanie kończy się niestety szybko. Jean nie jest zadowolony z tego, że jego żona spędza czas w kajucie Julesa. Szybko wpada w szał i swoim ekscesem traumatyzuje Juliette. Po dotarciu do Paryża, para udaje się na tańce. Tam kobieta trafia na zalotnika i dobra zabawa jest po raz kolejny zakończona przez zazdrosnego męża. Finał złości Jeana przypada na odkrycie, że jego żona wymknęła się z barki, by pozwiedzać miasto. Wściekły kapitan postanawia odpłynąć bez niej i para zostaje rozdzielona. Uczucie kończy się w tym momencie i w pewnym sensie dopiero zaczyna. Jean szybko zaczyna żałować swojej decyzji i wpada w depresję. Juliette wprawdzie postanawia kupić bilet na pociąg zmierzający do kolejnego celu podróży „Atalanty”, ale ktoś kradnie jej torebkę i tym samym skazuje ją na szukanie schronienia i pracy.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Rozłąka małżeństwa skutkuje też dwiema najbardziej fascynującymi scenami filmu. Najpierw zrozpaczony mężczyzna przypomina sobie ludowe wierzenie, o którym opowiedziała mu wcześniej żona – twarz prawdziwej miłości można ponoć zobaczyć w wodzie. Podczas gdy stary Jules naprawia chyba jeszcze starszy gramofon (celem pocieszenia szefa muzyką), Jean w pośpiechu zanurza głowę w wiaderku. Kiedy nie przynosi to oczekiwanego skutku, skacze za burtę. Tutaj wchodzi do gry kunszt Vigo i Kaufmana w postaci zjawiskowych zdjęć podwodnych pływającego kapitana. Próbę odnalezienia jego miłości przeplatają nałożone na taśmę kadry z Juliette w sukni ślubnej. Jean „dostrzega” ją w wodzie i w ten sposób zyskuje całkowitą pewność swojego uczucia. Scena zdaje się znajdować na pograniczu jawy i snu, jest poetycka, romantyczna i niesamowicie ciepła jednocześnie. Warto w tym miejscu wyróżnić jeszcze fenomenalną ścieżkę dźwiękową okraszającą tę i wiele innych scen. Człowiek za nią odpowiedzialny to Maurice Jaubert, kompozytor dla między innymi Renoira, Duviviera czy Carné. To kolejna wspaniała kariera filmowa przerwana w tragicznych okolicznościach, Jaubert zmarł na wojnie w wieku 40 lat.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Po wyjściu z wody Jean postanawia odnaleźć małżonkę. On szuka jej, ona szuka jego – taki romantyczny banał, Vigo przekuł na jedną z najciekawszych scen erotycznych w historii kina. Poszukujący się wzajemnie bohaterowie są zmuszeni do spędzenia kolejnej nocy w osobnych łóżkach, oddaleni od siebie. Śniąc, Jean przesuwa delikatnie ręką po swojej klatce piersiowej. Za pomocą montażu równoległego widzimy delikatnie wybudzającą się Juliette, która wsuwa swoją dłoń pod koszulę nocną i gładzi się po piersi. Zmęczeni i stęsknieni za sobą kochankowie ruszają się we śnie niczym pogrążeni w gorączce. Wcześniejsza wizja kapitana znajduje swoje potwierdzenie – małżeństwo w końcu ulega synchronizacji uczuć. Są razem, choć osobno. Połączeni, choć rozdzieleni. Po ich ciałach przesuwają się cienie i dłonie. Całość jest surowa, bezwstydna i bezwzględnie magiczna. Pożądanie, tęsknota, zwierzęca niemal seksualność i przede wszystkim – miłość.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Tego typu opowiadanie obrazem wyprzedzało znacznie epokę Vigo. Peter Bradshaw, krytyk „The Guardian”, napisał: „Atalancie udaje się być bardziej nowoczesną, niż cokolwiek tworzonego współcześnie”[1]W pełni się z tym zgadzam. Vigo był prawdziwym wizjonerem i tym filmem zapoczątkował w kinie realizm poetycki, kierunek obierany przez reżyserów aż do wojny. Francuz wprowadził do kina ludzi, których sam obserwował w dzieciństwie – biednych, niezatrudnionych, zubożałych czy kryminalistów – i dał im taką samą szansę na miłość i nienawiść jaką mieli do tej pory przedstawiciele klas wyższych. Tym stylizowanym realizmem inspirowali się później włoscy neorealiści i francuscy nowofalowcy. W Atalancie zakochał się Truffaut, hołd oddał jej Bertolucci i Godard, a Jim Jarmusch wymienił ją w swoim top 10 ulubionych filmów. W rankingach wszech czasów „Sight & Sound” to dzieło pojawiała się wielokrotnie, znalazło się też w książce 1001 filmów, które musisz zobaczyć i jest jedną z nielicznych pozycji ze stuprocentowym wynikiem w agregatorze Rotten Tomatoes. Sam Vigo niestety tych wyróżnień nie doczekał. Zimno i wilgoć na planie Atalanty tylko pogarszały stan reżysera, który kilka lat wcześniej zaraził się gruźlicą. Chociaż sam się nigdy nie wycofał, w końcowych etapach produkcji był już przykuty do łóżka. W kwietniu 1934 roku odbyła się przedpremiera filmu, który spotkał się z bardzo negatywną krytyką. Producenci postanowili wykorzystać niezdolność Jeana do obrony swojego utworu. Znacznie skrócili Atalantę, zmienili jej tytuł na Le chaland qui passe (w moim nieprofesjonalnym przekładzie – Barka przepływa), dokładnie taki sam, jak wypuszczona rok wcześniej piosenka Lys Gauty, którą też zresztą umieścili w filmie. Wrześniowa premiera pokazała, że zabiegi producentów zdały się na nic – obraz po raz kolejny zebrał fatalne recenzje i stał się komercyjną porażką. Dopiero po wojnie Atalanta zaczęła być odkrywana na nowo. Do dziś zbiera wiele pozytywnych recenzji i co jakiś czas jest odnawiana przy wykorzystaniu nowych technologii i znajdowanych kopii filmu. Z całym przekonaniem uważam, że jest to absolutne arcydzieło kinematografii, utwór kultowy, przepiękny wizualnie i w swojej wymowie. Być może osoby, które dziś nie doceniają tego geniuszu, nie są w stanie dostrzec w wodzie prawdziwej miłości i zamiast tego widzą to, co 85 lat temu producenci i krytycy – nudną miłostkę z przepływającą barką w tle. Jean Vigo zmarł 5 października 1934 roku. U jego boku do końca była ukochana Elżbieta. Ostatnie tchnienie wydał podobno krótko po tym, jak uliczny artysta za oknem zaczął śpiewać Le chaland qui passe

Ikona oceny 5 z serduszkiem.

BIBLIOGRAFIA

Bradshaw P., L’Atalante – review, 2012, https://www.theguardian.com/film/2012/jan/19/l-atalante-review, 4.10.2019.

PRZYPISY

[1] P. Bradshaw, L’Atalante – review, 2012, https://www.theguardian.com/film/2012/jan/19/l-atalante-review, 4.10.2019.

RECENZJA FILMU „SZEŚCIORACZKI” (2019)

Prawdopodobieństwo urodzenia się pięcioraczków szacowane jest na 0,0000024%. Ciąże z większą ilością dzieci są jeszcze rzadsze, czego najlepszym przykładem jest to, że pierwsze polskie sześcioraczki przyszły na świat niecałe trzy miesiące przed premierą „Sześcioraczków”. […]

Prawdopodobieństwo urodzenia się pięcioraczków szacowane jest na 0,0000024%. Ciąże z większą ilością dzieci są jeszcze rzadsze, czego najlepszym przykładem jest to, że pierwsze polskie sześcioraczki przyszły na świat niecałe trzy miesiące przed premierą „Sześcioraczków”. Patrząc na opis i „okładkę” nowego filmu Michaela Tiddesa nie spodziewałem się jednak zobaczyć w nim niczego unikatowego czy zjawiskowego.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Sześcioraczki” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Ciekawe liczby stoją również za wspomnianym reżyserem – w agregatorze Rotten Tomatoes jego najlepszy film do tej pory zdobył „okazałe” 10% pozytywnych recenzji, a jego ostatni, również wyprodukowany dla Netflixa Nago, zdobył okrągłe 0% pozytywnych recenzji. Większość filmów Tiddesa posiada jeszcze jeden wspólny mianownik w postaci Marlona Wayansa, który te wątpliwe dzieła sponsoruje. Tym razem ten ostatni postanowił zaszaleć przywołując na myśl popisy Eddiego Murphy’ego z lat dziewięćdziesiątych, z czego z uwagi na wykorzystanie tak zwanego fatsuitu, najbardziej pasuje porównanie do Grubego i chudszego (1996). Podobnie też do tego przeboju, mamy tutaj odrobinę efektów z komputera i sporo charakteryzacji. Wayans dwoi się i troi (a może nawet sześciorzy?), ale daleko mu do filmu z Murphym, a jeszcze dalej do jego sukcesu kasowego i Oscara.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Sześcioraczki” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Zarys fabularny Sześcioraczków po raz pierwszy został zapewne zapisany na samoprzylepnej karteczce, a później było już tylko gorzej. Protagonistą (granym przez Wayansa) jest nie znający swojej rodziny Alan, który niedługo ma zostać ojcem. Za namową partnerki, postanawia wyruszyć na poszukiwania swojej biologicznej matki. Szybko odkrywa, że jest jednym z tytułowych sześcioraczków, które postanawia odnaleźć. Każdego innego „raczka” również gra nikt inny jak Wayans, a więc mamy do czynienia z siedmioma rolami jednego aktora (siedmioma, bo pojawia się w filmie jeszcze jedna postać powołana do życia przez Wayansa). Zamieszania i przygód po drodze jest sporo. Jakości nie ma wcale.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Sześcioraczki” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Z wyjątkiem „normalnego” Alana, każdy członek jego rodziny jest niemiłosiernie przerysowany. Jest niewychodzący z domu grubas, rudy szpieg o jasnej karnacji, oszust ubierający się jak sutener sprzed pół wieku, olbrzymia „tancerkę egzotyczną” prosto z więzienia i chory na polio, dla którego nie ma nadziei (o czym film pamięta może przez pięć minut). Na próżno szukać w jakiejś próby wytłumaczenia co sprawiło, że sześć osób urodzonych z tej samej ciąży jest tak kompletnie innych. Z podobnym powodzeniem skończyłyby się poszukiwania autentycznie zabawnej sceny, czy nawet gagu. W filmie jest natomiast cała masa stereotypów, niesmacznych żartów, krzyczenia i robienia głupich min.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Sześcioraczki” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Sytuacji nie ratuje przyzwoity drugi plan z Breshą Webb, Glynnem Turmanem i Molly Shannon na czele, ani nawet fakt, że za zdjęcia odpowiada nominowany do Oscara operator. Mowa tutaj o Donie Burgessie, wielokrotnym współpracowniku Roberta Zemeckisa i Jamesa Wana, który nominowany był za Forresta Gumpa (1994), a oprócz tego pracował między innymi przy Kontakcie (1997), Cast Away: Poza światem (2000), Obecności 2 (2016) i Aquamanie (2018). Parafrazując klasyka, zdjęcia w filmie są podobne zupełnie do niczego i nie wiem jak można od Forresta przejść do Sześcioraczków, ale wielka szkoda, że tak znane nazwisko dopisuje do swojego życiorysu takie artystyczne dno. Może więc chociaż trochę sytuację ratuje gra aktorska Wayansa? Odniosłem wrażenie, że chyba tylko on bawił się przy tej produkcji dobrze i będzie chciał ją zapamiętać. Na pewno nie można odmówić mu chęci, wszak tego typu role do łatwych nie należą. Niestety trudno o dobry efekt końcowy gdy komediant jest nieśmieszny, scenariusz nieciekawy, a oprawa wizualna mało atrakcyjna. Przykre, bo Wayans talent komiczny zdecydowanie posiada i jeszcze bardziej zdecydowanie go marnuje.

Ikona oceny 1.

RECENZJA FILMU „GRZECZNI CHŁOPCY” (2019)

Od momentu debiutu w „Pokoju” (2015), Jacob Tremblay wpisał do swojego CV już co najmniej kilka filmów i zarazem ról, którymi nie powstydziłby się chyba żaden starszy aktor. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ten kanadyjski Wonder Kid, dopiero za nieco ponad sześć tygodni od opublikowania tej recenzji, skończy trzynaście lat. […]

Od momentu debiutu w „Pokoju” (2015), Jacob Tremblay wpisał do swojego CV już co najmniej kilka filmów i zarazem ról, którymi nie powstydziłby się chyba żaden starszy aktor. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ten kanadyjski Wonder Kid, dopiero za nieco ponad sześć tygodni od opublikowania tej recenzji, skończy trzynaście lat. Podobnie fortuna stoi po stronie innego Kanadyjczyka, Setha Rogena, który posługując się stosunkowo niewielkimi budżetami, produkuje filmy, które zarabiają co najmniej dobrze, jeśli nie świetnie. Spotkanie tych dwóch rodaków ze złotym dotykiem wydawało się kwestią czasu i tak właśnie się stało.

Fragment kadru z filmu „Grzeczni chłopcy” (2019), wszelkie prawa należą do Universal Pictures, źródło: The Movie Database.

Chociaż Rogen wydaje się być „mózgiem” operacji Grzeczni chłopcy, to reżyserem filmu jest debiutant w tej roli i jednocześnie scenarzysta, Gene Stupnitsky. Do tej pory znany był głównie właśnie ze scenariuszy pisanych wraz z panem o nazwisku Lee Eisenberg. Ta dwójka wspólną karierę zaczęła od Biura (2005-2013), a później napisali między innymi Rok pierwszy (2009) i Złą kobietę (2011). Poziom tych dzieł jest zróżnicowany, ale istnieje jeden wspólny mianownik – wszystkie są, chociaż momentami, zabawne. Scenariusz Grzecznych chłopców również napisali we dwoje i pytanie o to jak wyjdzie tym razem, samo cisnęło się na usta przed seansem.

Fragment kadru z filmu „Grzeczni chłopcy” (2019), wszelkie prawa należą do Universal Pictures, źródło: Universal Pictures.

Pomysł na film zdaje się być skopiowany z innego filmu Rogena, Supersamca (2007). Tam mamy do czynienia z trzema chłopakami kończącymi liceum, którzy czując nadchodzący czas zmian i korzystając ze zbliżającej się imprezy, na której będzie „każdy”, zamierzają zaimponować rówieśnikom spożywaniem alkoholu i straceniem dziewictwa. W Grzecznych chłopcach jest prawie to samo – licealistów zamieniono tu na amerykańskich szóstoklasistów (11-12 lat), wódkę na trzy (maksymalnie cztery) łyki piwa, a utratę dziewictwa na pierwszy pocałunek. To co wyjątkowe w tej komedii, to próba nadania bohaterom, Maxowi, Lucasowi i Thorowi, nieco głębi. Max jako pierwszy z trójki czuje popęd seksualny i podkochuje się w jednej z dziewczyn. Rodzice Lucasa się rozwodzą, a sam chłopiec jest bardziej rozwinięty emocjonalnie od rówieśników. Thor natomiast, marzy o karierze piosenkarza i zawzięcie walczy o bycie zaakceptowanym przez innych.

Fragment kadru z filmu „Grzeczni chłopcy” (2019), wszelkie prawa należą do Universal Pictures, źródło: Universal Pictures.

Podobnie do bohaterów Supersamca, tutaj również mamy do czynienia z przeróżnymi przygodami po drodze na zapowiedzianą od początku imprezę. Jest jednak coś bardziej niewinnego i szczerego w tej trójce prawie nastolatków. Pomimo przeciwności, które skazują przyjaciół na kontakt między innymi z erotyką, przemocą, alkoholem i narkotykami – w głębi duszy rzeczywiście są oni grzecznymi chłopcami, którzy nie tyle chcą się dopasować do tych niegrzecznych, co nie widzą innego wyjścia. Do utrzymania tego wrażenia znacznie przyczyniają się aktorzy i aktorki, w tym również, a może nawet zwłaszcza, to ich młodsze pokolenie. Wspomniany Jacob Tremblay trzyma bardzo wysoki poziom, a Keith L. Williams i Brady Noon w rolach pozostałej dwójki, niewiele mu ustępują. Do tego otrzymaliśmy wspaniały drugi plan z tak wspaniałymi komikami jak Will Forte, Stephen Merchant czy Retta. Dzięki tym zabiegom scenariuszowym i aktorskim, film wypada dość świeżo i przez większość czasu jest naturalnie zabawny.

Fragment kadru z filmu „Grzeczni chłopcy” (2019), wszelkie prawa należą do Universal Pictures, źródło: Universal Pictures.

Jak na złość, pomimo elementów wyjątkowych, na całość składa się również całkiem sporo niezbyt ciekawych rozwiązań. Największym grzechem filmu jest powtarzanie gagów. Przykładowo nieświadomość z jaką chłopcy podchodzą do gadżetów erotycznych znalezionych w sypialniach rodziców jest urocza i zabawna… za pierwszym, drugim i może trzecim razem, ale nawet najlepszy dowcip powtarzany w nieskończoność przestaje być śmieszny, a komedia powtarzająca się, to komedia, która się tylko dłuży. Podobnie jest z przeklinaniem, które w ustach jedenastolatka za pierwszym razem brzmi szokująco komicznie, ale po kilkunastu razach zdaje się być odrobinę niesmaczne. Przez tego typu podejście, film traci szansę na bycie komedią dla osób w każdym wieku – tych, którzy problemy bohaterów właśnie przeżywają, oraz tych, którzy te problemy już przeżyli. Końcowy produkt jest godny polecenia, ale tylko niektórym. Wymaga nieco dystansu i niespecjalnie nadaje się jako źródło inspiracji dla dzieci. Szkoda. Mogła być rewelacja, a wyszła nienajgorsza komedyjka o dzieciakach, którą większość z nas zapomni równie szybko, jak pierwsze wagary.

Ikona oceny 3.

RECENZJA FILMU „CICHE MIEJSCE” (2018)

W postapokaliptycznej scenerii, rodzice wraz z trójką dzieci robią „zakupy”, zabierając z niegdyś sklepu tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Porozumiewają się między sobą za pomocą języka migowego i wyraźnie starają się nie hałasować.
[…]

W postapokaliptycznej scenerii, rodzice wraz z trójką dzieci robią „zakupy”, zabierając z niegdyś sklepu tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Porozumiewają się między sobą za pomocą języka migowego i wyraźnie starają się nie hałasować. Najmłodszemu chłopcu, marzącemu o podróży w kosmos, zostaje odmówiony zabawkowy prom kosmiczny. W tym świecie dźwięk to niebezpieczeństwo, a zabawka to niepotrzebne ryzyko. Sposobem na przetrwanie w nowej rzeczywistości jest zachowanie ciszy, gdyż polujące na ludzi potwory korzystają z wyjątkowo czułej echolokacji. Wracając do domu, boso i po ułożonej z piasku ścieżce, rodzina odkrywa przerażający fakt. Chłopczyk, ulegając dziecięcej pokusie, zabrał zabawkę ze sobą. Jego niesłysząca siostra niczym sparaliżowana obserwuje ojca zrywającego się do biegu w stronę brata i matkę, która w ciągu sekundy wpada w skrajną rozpacz. Moment, w którym do dziewczynki dociera pełen obraz sytuacji, uderza również w widza, któremu w podobnej bezsilności pozostaje obserwować jak tragiczne w skutkach może być wydawanie dźwięku w tym świecie.

Fragment kadru z filmu „Ciche miejsce” (2018), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures.

Reżyser Cichego miejsca, John Krasinski, kojarzony jest raczej z roli poczciwego Jima Halperta w Biurze (2005-2013), niż z kręcenia horrorów. Przeznaczenie zapukało do drzwi, gdy w lipcu 2016 roku trafił do niego zarys scenariusza napisany przez Bryana Woodsa i Scotta Becka. Oto ojciec dwóch córek, z których młodsza dopiero co się urodziła, otrzymał materiał o rodzicach gotowych poświęcić wszystko, by ratować swoje dzieci. Do zrealizowania filmu zachęcała reżysera żona, również parająca się aktorstwem, Emily Blunt. Krasinski pomógł ukończyć scenariusz, a Blunt po jego przeczytaniu zdecydowała, że musi zagrać w filmie męża. Ostatecznie oboje zostali obsadzeni w rolach rodziców i choć prawdziwe pary na ekranie już się w przeszłości zdarzały, to trudno mi sobie przypomnieć kiedy ostatnio oglądałem dwójkę tak naturalnie czułych, dbających o siebie ludzi. W jednej ze scen małżeństwo bardzo cicho i powoli tańczy, słuchając muzyki na jednej parze słuchawek. On odgarnia delikatnie jej włosy, ona kładzie jego rękę na swoim brzuchu, w którym rośnie ich kolejne dziecko. Nie widzą poza sobą i swoimi dziećmi świata. Świata, którego w istocie poniekąd już przecież nie ma.

Fragment kadru z filmu „Ciche miejsce” (2018), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures.

Na uwagę zasługuje również młodziutka Millicent Simmonds grająca córkę pary. Reżyser uparł się, by obsadzić w tej roli niesłyszącą aktorkę. Chciał dzięki temu mieć cały czas na planie kogoś, kto pomagałby mu rozumieć życie bez dźwięku. W scenie, w której dziewczyna buntuje się przed ojcem i oboje kłócą się w języku migowym, jesteśmy świadkami tego jak długą drogę razem przebyła ze sobą zarówno dwójka bohaterów, jak i aktorów.

Fragment kadru z filmu „Ciche miejsce” (2018), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures.

Posługując się tak niewielką ilością dialogów, to na warstwie wizualnej spoczywa ciężar opowiadania historii. Również na tym polu udało się twórcom odnieść niemały sukces. Zdjęcia Charlotte Bruus Christensen, nagrodzonej w Cannes za Polowanie (2012), są zarówno piękne, jak i funkcjonalne. Operatorka umiejętnie bawi się zarówno sztucznym i naturalnym światłem, nadając filmowi nieco westernowego charakteru. Całość, nagrana na taśmie 35 mm, została również bardzo umiejętnie pocięta i zmontowana (Chistopher Tellefsen). Ani jedna klatka nie wydaje się być zbędna. Równie starannie została wykonana scenografia, za którą odpowiada Jeffrey Beecroft, nominowany wcześniej do Oscara za Tańczącego z Wilkami (1990). Dekoracje na planie, zwłaszcza wystrój rodzinnej farmy, również rozwijają fabułę. Regał pełen ziół, które hoduje matka, powieszone na ścianach zdjęcia, czy snopki pokryte kocami snopki służące za łóżka, sprawiają, że dom wydaje się rzeczywiście być zamieszkały. Tylko kilka scen zostało nagranych w studiu, reszta to wyszukane lokacje zaadaptowane na potrzeby filmu, łącznie z ogromnym polem kukurydzy wyhodowanym specjalnie przez lokalnych rolników. Tego rodzaju praktyczne podejście to – w dobie generowania wszystkiego w komputerze – prawdziwa rzadkość.

Fragment kadru z filmu „Ciche miejsce” (2018), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures.

Ciche miejsce jest też filmem wyjątkowym na tle wielu horrorów, których twórcy rozleniwili się i uzależnili swoje dzieła od prawie nieobecnego tutaj dźwięku. To, że mniej często znaczy więcej, brzmi trochę banalnie, ale należy pamiętać, że wiele niemych filmów grozy z początku XX wieku radziło sobie wyśmienicie bez ciągłych jump scare’ów i hektolitrów krwi na ekranie. Cisza, w połączeniu z małymi, czułymi scenami rodzinnymi, nadaje Cichemu miejscu tak intymnego charakteru, iż momentami możemy zapomnieć, że oglądamy film i mieć wrażenie jakbyśmy sami byli uczestnikami ukazywanych wydarzeń. Zamiast bać się dźwięków, boimy się wydać dźwięk, a zamiast bać się tego co nęka naszych bohaterów, boimy się o nich.

Ikona oceny 4.

ZACZNIJMY OD KOŃCA, CZYLI MAKING OF BLOGA

Wiosną 2017 roku byłem już całkiem pewien, że w październiku zostanę studentem filmoznawstwa i wiedzy o nowych mediach. Po latach czytania i pisania różnych tekstów na temat audiowizualnej kultury i rozrywki (z których większość trafiła do „szuflady”), podjąłem decyzję o założeniu bloga, który mógłby być moją wizytówką w sieci, miejscem do publikacji moich tekstów i powolnego promowania swojego nazwiska w branży. Pomyślałem, że robiąc to na tak wczesnym etapie studiów, pewnie przegonię w tym moje koleżanki i moich kolegów. Pewnie by i tak było, gdyby nie fakt, że kiedy coś robię, to lubię się do tego przyłożyć. W ten sposób rozpocząłem proces, który okazał się być długi, męczący i kosztowny, a swój finał znalazł dopiero dziś, 15 sierpnia 2019 roku. W niniejszym wpisie inauguracyjnym postaram się nieco przybliżyć proces powstawania bloga. […]

Wiosną 2017 roku byłem już całkiem pewien, że w październiku zostanę studentem filmoznawstwa i wiedzy o nowych mediach. Po latach czytania i pisania różnych tekstów na temat audiowizualnej kultury i rozrywki (z których większość trafiła do „szuflady”), podjąłem decyzję o założeniu bloga, który mógłby być moją wizytówką w sieci, miejscem do publikacji moich tekstów i powolnego promowania swojego nazwiska w branży. Pomyślałem, że robiąc to na tak wczesnym etapie studiów, pewnie przegonię w tym moje koleżanki i moich kolegów. Pewnie by i tak było, gdyby nie fakt, że kiedy coś robię, to lubię się do tego przyłożyć. W ten sposób rozpocząłem proces, który okazał się być długi, męczący i kosztowny, a swój finał znalazł dopiero dziś, 15 sierpnia 2019 roku. W niniejszym wpisie inauguracyjnym postaram się nieco przybliżyć proces powstawania bloga.

SESJA PRZED PIERWSZĄ SESJĄ

Uznałem, że zanim bloga założę, postaram się o profesjonalne zdjęcia swojej osoby. Na udzielenie mi pomocy udało się namówić fotografkę, która była moim pierwszym wyborem, Sylwię Łęcką. Tą wspaniałą artystkę poznałem wiele lat temu i całe szczęście, bo sesja zdjęciowa wykonana przez kogoś, kto wielokrotnie publikował zdjęcia w prasie (w tym między innymi w tak legendarnym piśmie jak „Playboy”), była swego rodzaju zaszczytem. Dodam jeszcze, że w drobnych poprawkach przed korektą cyfrową, pomogła rewelacyjna makijażystka, którą znam chyba równie długo co Sylwię, ale którą dodatkowo gdzieś między pierwszym spotkaniem, a tą sesją, namówiłem również, by została moją żoną. Taki poziom profesjonalizmu sprawił, że sesji nie zepsuła ani moja aparycja, ani brak doświadczenia w modelingu. Kilka efektów tej pracy możecie obejrzeć na stronie O sobie, nieco dłużej i kontakt. Mnie pozostaje natomiast dziękować i polecić Wam komercyjną współpracę zarówno z Anią, jak i z Sylwią.

PIERWSZA PRÓBA I NIEPOWODZENIE

Kolejnym krokiem było podjęcie decyzji o tym, jak będzie się blog nazywał i jak go stworzyć od strony, nazwijmy to, technicznej. Pierwszy zamysł był taki, aby blog miał możliwie neutralną nazwę związaną z jego tematyką. Taki wybór sprawiłby, że blog byłby „otwarty” dla ewentualnych współautorów i był czymś więcej niż tylko blogiem osobistym. Pozwolę sobie nie wymieniać tutaj nazw, nad którymi myślałem, a napiszę tylko, że dwie różne domeny zarejestrowałem idąc za tym pomysłem (pierwsza była darmowa przez jakiś czas, za drugą zapłaciłem niewielką kwotę). Drugą z tych domen zarejestrowałem przez komercyjną wersję WordPressa, którą uznałem za najlepszą metodę prowadzenia bloga ze względu na sporą prostotę obsługi, mnogość szablonów i domenę .blog, która wyjątkowo przypadła mi do gustu. Wybrałem jeden z bezpłatnych szablonów, opublikowałem pierwszy wpis i… w zasadzie na tym skończyła się moja praca. Prosty, darmowy szablon nie pozwalał na zbyt wiele, nie miałem pomysłu na to jak graficznie można byłoby wzbogacić bloga, a ilość niezbędnej pracy okazała się zbyt duża w perspektywie codziennej pracy, studiowania i pozostałych zajęć. Po roku domena wygasła, a ja zdecydowałem o podjęciu próby jeszcze raz, po uprzednim doinwestowaniu w projekt.

DRUGA PRÓBA…

Od początku bieżącego roku powoli pracowałem nad blogiem. Zmieniłem koncept i postanowiłem, że będzie to blog osobisty, na którym będę publikował tylko ja, ewentualnie ktoś inny gościnnie. Zdecydowałem się też poprosić o pomoc w tworzeniu oprawy wizualnej kogoś, kto zna się na rzeczy, bo ja w tej kwestii posiadam jedynie podstawowe umiejętności. Znalezienie odpowiedniej osoby było poważnym wyzwaniem. Bardzo nie lubię szukać tego typu współpracy „w ciemno”, więc zacząłem wypytywać znajomych, ale chętnych nie znalazłem. Dopiero w czerwcu, użalając się nad moim losem kolejnej znajomej, Majce Jankowskiej, dowiedziałem się o kimś, kto miałby odpowiednie umiejętności i chciałby za odpowiednią opłatą pomóc mi z warstwą wizualną bloga. Majka poznała nas ze sobą i z drobnymi przerwami, pracowałem wraz z Bartkiem Żuberem (odnośnik do jego profilu na Instagramie znajdziecie również w lewym dolnym rogu) nad grafikami na bloga aż do dziesiątego dnia sierpnia, a efekty tej współpracy możecie zobaczyć dookoła. W tym miejscu czas na kolejną reklamę dwójki wspaniałych ludzi. Majka, specjalistka nie tylko od filmów, ale i prawa, zgodziła się pomóc mi w kwestii praw autorskich. Bartek natomiast jest bardzo zdolnym artystą, z którym współpraca była czystą przyjemnością – grafiki powstawały w terminie, a Bartek był bardzo otwarty na wszelkiego rodzaju sugestie i pomysły. Nie wiem czego więcej można oczekiwać od grafika. Również dziękuję i również polecam każdej zainteresowanej współpracą osobie.

…I (MAM NADZIEJĘ) SUKCES

Nie przeciągając już więcej, dodam jeszcze, że pewien etap, który znacznie się przeciągnął, udało mi się tym wpisem zamknąć. Ze swojej strony na pewno dołożę wszelkich starań, by nie powtórzyć porażki pierwszej próby. Mam jednak przeczucie, że tym razem będzie inaczej. Parafrazując klasyka – myślę, że to początek przepięknej przygody.

Fragment kadru z filmu „Casablanca” (1942), wszelkie prawa należą do Warner Bros., źródło: IMDb.