RECENZJA GRY „THE GARDENS BETWEEN” (2018)

Czy w dzieciństwie zawarliście przyjaźń, która trwa do dziś? Jeśli tak, to pozostaje tylko pozazdrościć, bo większość tego typu znajomości ma nieco pod górkę wraz z upływem lat i o tym właśnie opowiada „The Gardens Between”. […]

Czy w dzieciństwie zawarliście przyjaźń, która trwa do dziś? Jeśli tak, to pozostaje tylko pozazdrościć, bo większość tego typu znajomości ma nieco pod górkę wraz z upływem lat i o tym właśnie opowiada „The Gardens Between”.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „The Gardens Between” (2018), wszelkie prawa należą do The Voxel Agents.

Dwójka nastolatków, Arina i Frendt, mieszkają obok siebie i spędzają wspólnie czas. Grają na konsoli, bawią się w deszczu, chowają w domku na drzewie i tak dalej. Chociaż niezupełnie są do siebie podobni (dziewczynka jest bardziej otwarta i przebojowa, a chłopiec przypomina podręcznikowego introwertyka), to łączy ich przyjaźń. Taka niewinna i dziecięca, pełna wygłupów, ale też małych gestów świadczących o tym, że dbają o siebie nawzajem. Ta sympatia zostanie wystawiona na próbę i tutaj właśnie pojawia się miejsce dla gracza, który powalczy o tę przyjaźń w metaforycznym świecie pełnym wspomnień.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „The Gardens Between” (2018), wszelkie prawa należą do The Voxel Agents.

Esencją rozgrywki są zagadki logiczne. Manipulujemy do pewnego stopnia czasem i otoczeniem. Jeśli jakiś przedmiot spadł z miejsca, w którym się znajdował, możemy cofnąć naszych bohaterów do tyłu i ten przedmiot powróci na swoje miejsce. Oczywiście to tylko najprostszy przykład mechaniki, którą można wykorzystywać na rozmaite, czasem abstrakcyjne niemal sposoby. Całość obsługujemy za pomocą zaledwie kilku przycisków, ale wcale nie oznacza to, że zagadki są łatwe do rozwiązania. Trzeba umieć myśleć nieszablonowo i przyznam, że niektóre poziomy pokonywałem bez większego zastanawiania się, aczkolwiek też było kilka takich, w których „utknąłem” na dłuższą chwilę (choć na marginesie trzeba zaznaczyć, że bardzo znikome objaśnienia podczas rozgrywki chwilami mnie dezorientowały). Na Xbox One X nie znalazłem za to ani jednego buga, co cieszy, bo nie jest to wcale tak częste doświadczenie w świecie gier.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „The Gardens Between” (2018), wszelkie prawa należą do The Voxel Agents.

Ambientowa muzyka i brak dialogów, w połączeniu z prostą, ale atrakcyjną dla oka grafiką, tworzą poniekąd relaksującą atmosferę. Poniekąd, ponieważ pomimo umiejętności manipulowania czasem, w trakcie gry czujemy jakby dzieciństwo bohaterów wymykało się przez nasze palce. Nie zdradzę zakończenia, ale w trakcie rozgrywki często zastanawiałem się czy jak śpiewał Freddie Mercury „friends will be friends”? Czy też może bliżej była Anna Jantar śpiewając, że „nic nie może przecież wiecznie trwać”? Na szczęście na odpowiedź nie trzeba czekać długo, ukończenie tego tytułu nie powinno zająć nikomu więcej niż kilka godzin.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „The Gardens Between” (2018), wszelkie prawa należą do The Voxel Agents.

Grę stworzyło australijskie studio The Voxel Agents, które do tej pory zajmowało się wyłącznie pozycjami na urządzenia mobilne. Mam nadzieję, że ten eksperyment okazał się być dla nich opłacalny i za jakiś czas zobaczymy kolejną grę z tej „stajni” wydaną na konsole stacjonarne. The Gardens Between to ciekawa i ładna gra logiczna, której warstwa fabularna stawia ważne pytania i skłania gracza do refleksji, a momentami jest w stanie nawet wydobyć z nas drobne wzruszenie. Pozycja zdecydowanie warta czasu (kalambur zamierzony).

Ikona oceny 4.

DRESZCZOWIEC DOSKONAŁY. ROLA NARRACJI SUBIEKTYWNEJ W BUDOWANIU SUSPENSU NA PRZYKŁADZIE FILMU „PARK JURAJSKI” (1993)

W języku angielskim funkcjonuje od przynajmniej trzech wieków idiom a perfect storm, który, choć została podjęta próba przeszczepienia go do języka polskiego jako „sztorm doskonały”, niestety się nie przyjął. Sformułowanie to oznacza zbieg najczęściej nieszczęśliwych i niezamierzonych wypadków, których połączenie prowadzi do bardzo mało prawdopodobnego w innych warunkach wydarzenia. […]

W języku angielskim funkcjonuje od przynajmniej trzech wieków idiom a perfect storm, który, choć została podjęta próba przeszczepienia go do języka polskiego jako „sztorm doskonały”, niestety się nie przyjął. Sformułowanie to oznacza zbieg najczęściej nieszczęśliwych i niezamierzonych wypadków, których połączenie prowadzi do bardzo mało prawdopodobnego w innych warunkach wydarzenia. Przykładem w znaczeniu dosłownym jest zdarzenie z 1991 roku, podczas którego trzy pozornie niegroźne zjawiska meteorologiczne „spotkały się” w tym samym miejscu i czasie, tworząc śmiertelnie groźny sztorm. Świetnym ilustracją sztormu doskonałego w znaczeniu metaforycznym są wydarzenia w filmie „Park Jurajski”. Bohaterowie znajdujący się na wyspie zostają odcięci od świata przez sztorm w znaczeniu dosłownym, ale to ludzka chciwość w połączniu ze słabo przetestowanym systemem zabezpieczeń skutkują awarią prądu, uwolnieniem krwiożerczych drapieżników i całkowitym chaosem pełnym ludzkich nieszczęść. W niniejszym tekście postaram się dokonać analizy dzieła Stevena Spielberga i na przykładach wybranych scen udowodnić, jak obrany przez niego subiektywny kierunek narracyjny przyczynia się istotnie do stopniowego budowania napięcia u widza, a w połączeniu z wykorzystanymi filmowymi środkami wyrazu tworzy prawdziwy dreszczowiec doskonały.

Marzec 1993 roku. Steven Spielberg wraca z planu zdjęciowego Listy Schindlera (1993) do wynajętego domu na Woli Justowskiej. Jego żona i dzieci nie mają łatwego zadania. Z dala od ojczyzny, wyczekują każdego dnia na reżysera, który wieczory, zamiast spędzać z rodziną, poświęca na telekonferencje z ekipą filmu, którego zdjęcia zostały zakończone w listopadzie. Spielberg, choć bardzo personalnie zaangażowany w dzieło o Holokauście, wciąż „dogląda”  prac postprodukcyjnych, które trwają nad Parkiem Jurajskim. Reżyser jeszcze nie wie, że ta pełna wyrzeczeń praca po pracy zaowocuje ponad miliardem dochodu osiągniętym przez jego dzieło, ustanowieniem nowego rekordu kasowości filmu, cały świat ogarnie „dinomania”, a Park Jurajski przyczyni się do „zasadniczego przełomu technologicznego w kulturze audiowizualnej końca XX wieku”[1], jak napisała Magdalena Kempna-Pieniążek. Wielu krytyków było i jest zdania, że to właśnie „kino nowych widzialności” stanowi o potędze tej produkcji i niewiele więcej można w nim znaleźć. W tej kwestii całkowicie zgadzam się z brytyjskim badaczem, Warrenem Bucklandem, który w swojej książce napisał:

„[…] zajmuję stanowisko, że nie tylko spektakularne obrazy dinozaurów uczyniły z Parku atrakcyjny i popularny film. Wprost przeciwnie, odpowiada za to sposób, w jaki Spielberg korzysta z narzędzi narracyjnych i scenariuszowych – takich jak logika przyczynowo-skutkowa, wyraźna zmiana bohatera, narracja paradygmatyczna, precyzyjne połączenie narracji ograniczonej i wszechwiedzącej, zapowiadanie przyszłych wypadków, zwroty akcji, opóźnianie rozwiązań oraz opowiadanie w długich ujęciach – by zbudować wciągającą historię z dinozaurami w tle”[2]

Przedstawianie świata z perspektywy bohatera nazywamy narracją subiektywną. Jeśli tę perspektywę potraktujemy dosłownie, to będziemy mieli do czynienia z tak zwanym POV, z angielskiego point of view. Widzimy w takim przypadku świat poniekąd oczami bohatera – kamera jest ustawiona tuż przy nim i skierowana jest na to, na co w danym momencie bohater patrzy. Przychodzi zatem na myśl określenie subiektywności kamery, ale należy pamiętać, że kamera w klasycznym POV zachowuje obiektywność, pozostając niemym świadkiem wydarzeń i jedynie ukazując perspektywę bohatera, w przeciwieństwie do tak zwanego subiektywizmu percepcyjnego, z którym eksperymentowano w kinie, ale który jest skrajnie niefilmowy (w efekcie końcowym przypomina grę wideo typu FPP). Narracja subiektywna może się również objawiać poprzez myśli postaci lub jako sposób ukazywania wydarzeń tak, że widz przygląda się im w sposób podobny do niej. Upraszczając – widzimy tyle, co bohater, a przez to uczestniczymy w wydarzeniach w podobny sposób. Narracja subiektywna bardzo często jest również ograniczona. W przeciwieństwie do wszechwiedzącej, odbiera widzowi wiedzę o wydarzeniach, poza tą, którą posiada bohater.

Zanim przejdę dalej, wypada również przybliżyć termin dreszczowca (angielski thriller) oraz suspensu. Definiowanie gatunku nie jest rzeczą łatwą, zwłaszcza w przypadku tak bogatego w podgatunki rodzaju filmu, jakim jest thriller. Pozwolę sobie zatem na kolejne uproszczenie – dreszczowiec z założenia, jak sama nazwa wskazuje, ma wywoływać u widza dreszcze emocji (analogicznie po angielsku – thrills). Zabiegów, które można użyć w tym celu, jest wiele, ale chyba żaden z nich nie jest dla gatunku tak charakterystyczny jak suspens (ponownie z angielskiego supsense). Mirosław Przylipiak celem zobrazowania posłużył się taką oto interpretacją Hitchcocka:

„[…] opowiadanie filmowe jest swoistą grą z widzem – grą w informacje. Niektóre podaje się od razu, inne zataja do pewnego momentu, jeszcze innymi zwodzi się widza, prowadząc go w określonym kierunku, by następnie rozbić jego hipotezy i oczekiwania

Alfred Hitchcock, mistrz w prowadzeniu tej gry, tłumacząc, na czym polega technika suspensu, posłużył się następującym przykładem. Wyobraźmy sobie, że bohater filmu siedzi przy stole, pod którym leży bomba. Scenę tę można zrealizować na dwa sposoby: (1) ani postać filmowa, ani widz nic nie wiedzą o bombie i oboje są równie zaskoczeni, gdy ta wybucha; (2) bohater filmu nie wie o bombie, a widz ma świadomość, że ta jest pod stołem”[3]

Hitchcock preferował ten drugi sposób, gdyż tak jest zdecydowanie łatwiej budować napięcie u widza, wynikające z faktu jego troski lub nienawiści do bohatera. Jeśli polubiliśmy postać i „kibicujemy” jej, to nie będziemy chcieli, aby bomba wybuchła, a więc będziemy w napięciu oglądać scenę przy stole. Jeśli postać jest antagonistą, którego śmierci wymaga powodzenie protagonisty, to również będziemy oglądać scenę w napięciu, trzymając kciuki, by nasze wcielenie zła nie odchodziło od stołu. Pierwszy sposób natomiast jest pozornie mniej interesujący. Skoro nie wiemy o bombie, podobnie jak bohater, to jak mamy oglądać scenę w napięciu? Odpowiedzią jest wymienione przez Bucklanda zapowiadanie przyszłych wypadków. Antycypacja sprawia, że widz, pomimo braku wszystkich informacji, oczekuje przyszłych wydarzeń z napięciem. W tym momencie również istnieje możliwość podziału antycypacji na dwa sposoby: (1) tylko widz otrzymuje informację wprowadzającą antycypację, np. kamera powoli przesuwa się w dół, by ukazać obrys czegoś pod stołem, znajdującego się w złowrogim cieniu; (2) widz oraz bohater otrzymują informację wprowadzającą antycypację. W drugim przypadku, na przykładzie Hitchcocka, wystarczy sobie wyobrazić, że siedząc przy stole bohater nagle słyszy wraz z nami tykanie minutnika dobiegające spod stołu. Ani widz, ani bohater na tym etapie jeszcze nie mają całej wiedzy, ale naturalną reakcją jest raczej skojarzenie z bombą, a nie myślenie o tym, że ktoś wcześniej zaczął pod stołem gotować jajka. Na marginesie dodam również, że reżyser zmierzył się później ze sceną o ukrytej bombie w filmie Monachium (2005), a efekt końcowy zasługuje na osobną analizę.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

Steven Spielberg w Parku Jurajskim stawia na pierwszy rodzaj hitchcockowskiego suspensu, wspomagany drugim rodzajem antycypacji. Jest to wybór nietypowy, niepopularny i trudniejszy, ale również mniej oczywisty i najlepiej pomagający widzowi „wejść w skórę” bohatera, co udowodnię na przykładzie trzech wybranych przeze mnie scen. Analizy dokonam w kolejności chronologicznej, według zdarzeń w filmie. Pierwsza z analizowanych scen jest również pierwszą sceną Parku Jurajskiego. Doskonale zobrazował ją Warren Buckland:

„Film zaczyna się w charakterystyczny dla Spielberga sposób: czarnym ekranem z podłożonymi złowrogimi dźwiękami. Wśród publiczności siedzącej w ciemnym kinie głośne dźwięki pozbawione wizualnego odnośnika wywołują uczucie napięcia i niepokoju. Pierwsze ujęcie, które pojawia się na ekranie kilka sekund później, wyjaśnia pochodzenie owych dźwięków – za drzewami i listowiem wypełniającymi kadr porusza się coś wielkiego, oświetlonego typową dla Spielberga rozproszoną kontrą, która tutaj sygnalizuje jakąś groźną obecność. Czy spomiędzy tych drzew za chwilę wynurzy się dinozaur? Cięcie do strażników parku (niektórzy są uzbrojeni) wpatrzonych w coś z napięciem. Widok drzew interpretujemy teraz jako punkt widzenia strażników. Oczekujący mężczyźni i kołyszące się drzewa są pokazane w sześciu ujęciach. W szóstym zwracamy baczniejszą uwagę na nadzorcę parku, Roberta Muldoona (Bob Peck), do którego kamera podjeżdża do półzbliżenia. W ujęciu 7 to, co słyszeliśmy w przestrzeni pozakadrowej powoli się wynurza zza drzew – duży wózek widłowy transportujący skrzynię. […] W ujęciu 9 strażnicy są obserwowani przez coś znajdującego się wewnątrz skrzyni, co jest początkiem serii kolejnych ujęć między wspomnianymi POV i ujęciami na strażników filmowanych przez kamerę znajdującą się na zewnątrz skrzyni. Ta wymiana ujęć tworzy opozycję między stworzeniem uwięzionym w skrzyni (znajdujące się w niej otwory ujawniają, że jest to welociraptor) i ludźmi. […] Welociraptor powoduje wypadek i zabija strażnika. Całość kończy się zbliżeniem dłoni mężczyzny wciąganego do skrzyni”[4]

Dalej badacz stwierdził jeszcze:

„Scena otwierająca dowodzi wysokiego poziomu świadomości reżysera co do oczekiwań publiczności. Pierwsze sześć ujęć wykorzystuje zabieg tworzenia fałszywego oczekiwania i wprowadzania widza w błąd. Z nisko ustawionej kamery widać jak coś porusza wielkie drzewa. Strażnicy parku sprawiają wrażenie zaniepokojonych, przez co wyciągamy wniosek, opierając się na wiedzy dotyczącej gatunku filmu, że zza drzew wyłoni się dinozaur, potencjalne zagrożenie. Jednak zamiast tego w kadr wjeżdża ogromny wózek widłowy transportujący skrzynię”[5]

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

W tej scenie to bohaterowie wiedzą więcej od widza, aczkolwiek suspens jest budowany konsekwentnie – dziwne dźwięki na czarnym tle, spodziewamy się dinozaura, widzimy strach strażników, ostatecznie rzeczywiście dinozaura, a z nim tragedię wiszącą w powietrzu od początku. Poprzez użycie POV (w tym również, co ciekawe, POV welociraptora, tutaj dwukrotnie, pojawiające się jeszcze później w filmie), narracji subiektywnej i głównie jednak ograniczonej, oraz umiejętne wykorzystanie antycypacji, Spielberg już na samym początku sprawia, że widz czuje się, jakby był na wyspie. Oddając głos Bucklandowi po raz ostatni:

„Ta otwierająca scena jest efektywna, gdyż angażuje widza w akcję, budując napięcie kontrolowanym przepływem informacji – nawet zanim pojawia się pierwsze ujęcie. Wyraźnie ustanawia niebezpieczną sytuację na wyspie i w działaniu określa postać Muldoona”[6]

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

Scena z zagrodą dilofozaurów jest bardzo krótka, składa się z zaledwie 12 ujęć i trwa dokładnie 49 sekund, co oznacza, że cięcia występują co około 4 sekundy. Jak na znanego z długich ujęć Spielberga to dość dynamicznie pocięta scena, a wynika to z jej treści. Po spotkaniu z pierwszym dinozaurem grupa wizytujących wyspę wyrusza na przejażdżkę elektrycznymi fordami poruszającymi się po szynach przez park. Wycieczka jest zaplanowana niczym współczesne nam safari. Lektor z interaktywnego przewodnika włączonego w samochodach opowiada o dinozaurach, które powinni widzieć bohaterowie.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

Bohaterowie gorączkowo kręcą się na siedzeniach, próbując dostrzec cokolwiek w zagrodzie (stąd dynamiczny montaż w połowie tej sceny). Z ujęcia POV sami mamy możliwość zobaczyć ich perspektywę (wszystkie ujęcia na samą zagrodę są ujęciami POV). Choć dinozaury były już wcześniej pokazane w filmie, to właśnie dilofozaury mają być według planu pierwszym okazem oglądanym przez gości. Zagroda okazuje się pusta. Spielberg wprowadza tutaj zatem antycypacje „w wykonaniu” zarówno bohatera jak i widza. Reżyser ogranicza naszą wiedzę i pole widzenia do tych, którymi dysponują bohaterowie i buduje napięcie, choć ostatecznie w tym przypadku nie jest ono zwieńczone zagrożeniem, bądź atrakcją.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

Podobnie zresztą jak goście, na końcu odczuwamy jedynie rozczarowanie. To wszystko otrzymujemy w mniej niż minutę, co dowodzi, że warsztat reżysera i zrozumienie reguł umiejętnego budowania napięcia pozwala Spielbergowi na osiągnięcie wielkiego efektu, nawet w tak bardzo niepozornej scenie. Od niej możemy płynnie przejść do sceny, która jest zawiązaniem akcji w filmie. Joanna Berry słusznie zauważyła, że do tego momentu kontakt z dinozaurami – ponownie zarówno widza, jak i bohaterów – był bardzo skromny:

„Spielberg sprytnie buduje nastrój – nie od razu pokazuje groźne potwory, zaczyna od milutkich, przyjaznych roślinożerców, których wizerunki dozuje przez niemal całą pierwszą połowę filmu, tak jak to robił ze straszliwymi rekinami w Szczękach (1975). Toteż gdy w końcu na ekranie pojawia się potężny tyranozaur, efekt jest piorunujący. To jedna z najlepszych scen filmu. Przerażeni przybysze nie mogą uciec samochodami, ponieważ do tego potrzeba elektryczności, a prąd został odcięty, dookoła szaleje burza, zapory elektryczne przestają działać i krwiożercze bestie wydostają się na wolność…”[7]

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

Nie ma w filmie lepszego przykładu na to, jak można budować napięcie. Scena wydostania się na wolność tyranozaura jest bardzo starannie wprowadzona. Bohaterowie (dwójka dzieci z prawnikiem Gennaro w jednym samochodzie, doktorzy Grant i Malcom, w drugim) oglądają kolejną pustą zagrodę, choć tym razem podjęta jest próba wywabienia tyranozaura za pomocą kozy. Drapieżnik chce polować, a nie być karmiony i dlatego próba spełza na niczym. Tymczasem z powodu sabotażu Dennisa Nedry’ego, którego celem jest dokonanie kradzieży cennych embrionów, kolejne systemy parku zaczynają szwankować. Zapada zmrok, a do wyspy dociera sztorm. Następuje awaria prądu i goście nie są w stanie ruszyć sprzed zagrody tyranozaura. Zarówno problemy z systemem, jak i zdrada Nedry’ego oraz nadchodzący sztorm były sygnalizowane w filmie już wcześniej. Z nich wszystkich tylko wątek Nedry’ego jest jedyną nieznaną bohaterom sytuacją, widz natomiast zapoznał się ze wszystkimi. Bohaterowie spodziewają się problemów, o czym wielokrotnie wspominają w rozmowach (zarówno kierujący wycieczką, jak i jej uczestnicy). Widz z kolei, wiedząc o sabotażu może zacząć przewidywać tragedię – jest to ostatni składnik potrzebny do sztormu doskonałego.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

Awaria oznacza również brak telefonów, więc goście parku postanawiają czekać na jej usunięcie w samochodach. Tim znajduje w samochodzie gogle noktowizyjne. Nagle bohaterowie odczuwają drgania ziemi. Widać, jak delikatnie trzęsie się lusterko wsteczne forda, a na powierzchni wody w plastikowych kubeczkach pojawiają się małe okręgi (na marginesie warto dodać, że uzyskanie tego efektu zajęło twórcom bardzo dużo czasu – wypróbowano wiele różnych przedmiotów i ostatecznie przez przypadek odkryto, że struny gitary są w stanie doprowadzić do tego typu drgań na wodzie). Tim używa swoich gogli i okazuje się, że po kozie został tylko zerwany łańcuch. Widzimy przerażenie na twarzy Lex i Gennaro, a po chwili ta pierwsza pyta – „Gdzie jest koza?”.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.
Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.
Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

Spielberg odpowiada bohaterce po około sekundzie ciszy – oto na dachu panoramicznym samochodu ląduje kozia noga, a my obserwujemy jeszcze większe przerażenie bohaterów. Następuje cięcie do detalu i po niecałych 3 minutach od rozpoczęcia sceny oraz ponad 63 minutach od początku filmu, widzimy w końcu fragment t-rexa – jego łapę ocierającą się o znak informujący, że płot jest pod wysokim napięciem. Jest to wizualny sposób prezentacji, że ta zagroda również uległa awarii i drapieżnik już o tym wie. W następnym ujęciu kamera powoli przesuwa się do góry, niczym wzrok znajdujących się w samochodzie bohaterów i przez szybę obserwujemy, jak oni, zajadającego się kozą dinozaura. Przez cały ten fragment widz, wraz z bohaterami, boi się tego, co dopiero nadchodzi, czego tak naprawdę jeszcze nie ma i co jeszcze realnym zagrożeniem nie jest. Mimo to dreszcze emocji można odczuwać wraz z filmowymi postaciami.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.
Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.
Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

W kolejnym ujęciu przerażony Gennaro ucieka z samochodu, pozostawiając dzieci same. Tyranozaur niszczy ogrodzenie i wydostaje się z zagrody. Grant przypomina nam informację, która pojawiła się już w jednej z pierwszych scen filmu – t-rex reaguje na ruch, więc najlepszą obroną jest zamarcie w bezruchu. Przestraszona ucieczką prawnika Lex znajduje w bagażniku latarkę, którą włącza, co przyciąga zainteresowanie tyranozaura. Informacja o wrażliwym na ruch wzroku drapieżnika nie została przekazana dzieciom, w związku z czym mamy tu do czynienia z drugim rodzajem suspensu według Hitchcocka. Ostatecznie dzieci wnioskują po zachowaniu tyranozaura, że latarkę należy zgasić, a drzwi otwarte przez Gennaro zamknąć. Jest już jednak za późno – po kilku ujęciach na strwożone dzieci, następuje atak. To kulminacyjny moment skrzętnie budowanego suspensu, jednak nawet w momencie samego ataku widzimy więcej dzieci niż dinozaura. Montaż jest oczywiście bardziej dynamiczny i przez moment mamy po raz kolejny do czynienia z POV drapieżnika, ale kluczowe są reakcje ludzi. Spielberg skupia się na ujęciach na twarze zlęknionych dzieci, ich POV ukazujące atakującego przez dach panoramiczny t-rexa, czy na reakcjach Granta i Malcoma, równie przerażonych, aczkolwiek niedysponujących zbytnio możliwością reakcji. Dzięki tym zabiegom można więc stwierdzić, że Spielberg w analizowanej scenie nie opowiada tyle o tyranozaurze, co o bohaterach reagujących na niego. Widz czuje to, co czują bohaterowie – ekstremalny strach i napięcie.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.
Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.
Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

Ostatecznie Grant wraz z Malcomem postanawiają jednak coś zrobić i za pomocą flar odwracają uwagę drapieżnika od dzieci. W tym momencie samochód tych ostatnich jest już odwrócony na to, co zostało z dachu, i mocno zniszczony. Spod niego Grant wydostaje Lex i Tima. Malcom, uciekając przed t-rexem, wpada na kryjówkę Gennaro, którego śmierć jest ukazana bardzo dosadnie nie bez powodu – zostawiając  dzieci na pożarcie, sam na siebie wydał wyrok. Wracając tyranozaur atakuje Granta i dzieci raz jeszcze, zrzucając resztki samochodu w przepaść. Grant ratuje Lex, a Timowi udaje się samemu ujść z życiem. Scena kończy się potężnym rykiem króla dinozaurów skierowanym prosto w kamerę – wiemy, kto tu rządzi. Po 9 minutach i 25 sekundach pełnych budowania napięcia, antycypacji, emocji i walki o przetrwanie bohaterów, widz zdecydowanie ma prawo czuć się, jakby sam uszedł z życiem.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Park Jurajski” (1993), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

W Parku Jurajskim można znaleźć o wiele więcej scen zasługujących na analizę pod kątem obranego przeze mnie tematu. Umyślnie pominąłem na przykład scenę pierwszego spotkania gości z dinozaurem, czy przerażającej śmierci Nedry’ego. Wszystkie te sceny łączy suspens budowany poprzez ukazywanie nam perspektywy bohatera. Dzięki ujęciom POV, ograniczeniu informacji i widoczności widza, a także zezwoleniu zarówno bohaterowi, jak i widzowi na antycypowanie wydarzeń, Spielberg konsekwentnie od pierwszej minuty tworzy dreszczowiec doskonały. Poprzez ten szczególny rodzaj narracji subiektywnej widz jest w stanie poczuć się, jak jeden z bohaterów Parku Jurajskiego. Ponad ćwierć wieku po pierwszej premierze filmu, wskrzeszone bestie sprzed wielu milionów lat wciąż zapewniają nam niesamowity zastrzyk adrenaliny, a osiągają to nie ilością zębów i szponów, ale poprzez ustąpienie miejsca filmowemu mistrzostwu.

BIBLIOGRAFIA

Berry J., Park Jurajski, [w:] 1001 filmów, które musisz zobaczyć, red. S.J. Schneider, Publicat, Poznań 2017, s. 818.

Buckland W., Reżyseria Steven Spielberg, Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2010.

Kempna-Pieniążek M., Między Sundance a Hollywood: kino amerykańskie epoki Clintona, [w:] Historia kina. Tom 4. Kino końca wieku, red. T. Lubelski, I. Sowińska, i R. Syska, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych „Universitas”, Kraków 2019.

Przylipiak M., Kino stylu zerowego. Dwadzieścia lat później, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot 2016.

PRZYPISY

[1] M. Kempna-Pieniążek, Między Sundance a Hollywood: kino amerykańskie epoki Clintona, [w:] Historia kina. Tom 4. Kino końca wieku, red. T. Lubelski, I. Sowińska, i R. Syska, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych „Universitas”, Kraków 2019, s. 175.

[2] W. Buckland, Reżyseria Steven Spielberg, Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2010, s. 231-232.

[3] M. Przylipiak, Kino stylu zerowego. Dwadzieścia lat później, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot 2016, s. 108.

[4] W. Buckland, Reżyseria Steven Spielberg…, op. cit., s. 234–235.

[5] Ibid., s. 242.

[6] Ibid., s. 235.

[7] J. Berry, Park Jurajski, [w:] 1001 filmów, które musisz zobaczyć, red. S.J. Schneider, Publicat, Poznań 2017, s. 818.

RECENZJA SERIALU „TUCA I BERTIE” (2019)

Kategorie przypisane do serialu „Tuca i Bertie” na Netflixie to: absurd, sprośne, dziwaczne. Zgadza się, serial jest absurdalny, sprośny i dziwaczny, ale momentami jest też sensowny, łagodny i całkiem niewymyślny. […]

Kategorie przypisane do serialu „Tuca i Bertie” na Netflixie to: absurd, sprośne, dziwaczne. Zgadza się, serial jest absurdalny, sprośny i dziwaczny, ale momentami jest też sensowny, łagodny i całkiem niewymyślny.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Tytułowe bohaterki to mieszkające ze sobą antropomorficzne kobieto-ptaki, mające po około trzydzieści lat, ale przede wszystkim – przyjaciółki na śmierć i życie. Tuca jest beztroska, impulsywna i nieco zwariowana, w przeciwieństwie do Bertie, która jest znerwicowana, dość twardo stąpająca po ziemi i pełna różnych aspiracji. Razem tworzą wybuchową wprost mieszankę i przeżywają masę różnych przygód, które obserwujemy od momentu wyprowadzenia się Tuci, ustępującej miejsca chłopakowi przyjaciółki, Cętkowi.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Serial to dzieło Lisy Hanawalt, producentki i współtwórczyni BoJacka Horsemana (2014-dziś), z którego twórcą, Raphaelem Bobem-Waksbergiem przyjaźni się od czasów szkoły średniej. BoJack należy do ścisłej czołówki moich ulubionych utworów. Pomimo animowanej oprawy graficznej, jest to opowieść o głęboko tkwiącej traumie, depresji, autoagresji i wielu innych aspektach ludzkiej psychiki. Jeśli ktoś może powiedzieć, że z żadnym takim przykrym problemem nie utożsamia się choćby w niewielkim stopniu, to albo mamy do czynienia z represją, albo szczerą zazdrością takiej sytuacji ze strony chyba większości społeczeństwa. Tuca i Bertie to produkt określany przez marketingowców jako pochodzący „od twórców BoJacka”, więc pierwsza myśl jaka się nasuwa, to pytanie czy ten serial również będzie tak umiejętnie traktował o rzeczach ważnych i trudnych zarazem.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Wybiegnę nieco do przodu i od razu odpowiem – tak, tutaj również nie ma unikania niewygodnych zazwyczaj tematów. Wręcz można powiedzieć, że jest to przede wszystkim wnikliwa analiza przyjaźni. Obie protagonistki zdają się nie być gotowe na dorosłe życie i obie pragną być kochane, choć każda na specyficzny dla siebie sposób. Ich wspólne relacje są poddawane rozmaitym próbom. W otoczeniu tak „codziennych” rzeczy jak kariera, monotonia, choroby czy problemy finansowe, bohaterki mierzą się z kłopotami i jedyną recepturą na sukces zdaje się być wzajemne zrozumienie i wsparcie.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Osobny akapit należy się aktorom i aktorkom, którzy użyczyli swoich głosów postaciom. Pierwsze skrzypce to oczywiście Tiffany Haddish (Tuca) i Ali Wong (Bertie). Tworzone przez nie głosowe kreacje są bardzo charakterystyczne, a zarazem naturalne i pasujące do bohaterek. W drugim planie kapitalnie spisał się Reggie Watts (Ciastecki Pete) i Steven Yeun (Cętek) – oboje pojawili się w zdecydowanej większości odcinków. Do tego należy dołożyć jeszcze świetne głosy postaci pojawiających się jednorazowo lub epizodycznie. Wśród ich właścicieli znajdziemy takie sławy jak Isabella Rossellini, Jane Lynch, Richard E. Grant, Taraji P. Henson czy Awkwafina.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Humor Tuci i Bertie opiera się w dużej mierze na dwóch misternie wymieszanych składnikach – absurdzie i odniesieniach do codziennego życia. Te dwa elementy w pierwszej chwili zdają się wzajemnie wykluczać, ale wystarczy chwila i zdajemy sobie sprawę, że oglądamy serialowy ekwiwalent solonego karmelu. Cętek uwielbiający swój własny dziwaczny portret, kadrowa bardziej przejmująca się życiem w mediach społecznościowych niż dobrem pracowników, Tuca dosłownie wychodząca ze skóry przed potencjalnym chłopakiem i Bertie przyznająca się, że korzystając z toalety w krótkim kombinezonie tylko odchyla nogawkę. Wszystko to jest nieco szalone, ale jednocześnie odwołuje się do naszych codziennych doświadczeń i właśnie dlatego działa.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Warta uwagi jest również animacja. Cała masa narkotycznych wizji, feeria barw i ekscentryczne absurdy podane w niemiłosiernym tempie. Momentami serialowi zdarza się nawet zapomnieć, że jest animacją i otrzymujemy wtedy na przykład pokaz pacynek. Nigdy nie wiadomo co zobaczmy za chwilę i na tym polega nieodparty urok tej produkcji.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Tuca i Bertie jest stworzony przez kobiety i z myślą o kobietach (co absolutnie nie oznacza, że pozostałe osoby znajdą tu niewiele dla siebie). Bohaterki nie są tutaj obiektem wykorzystywanym przez mężczyzn, nie są też do nich dodatkiem, a o złym traktowaniu przez nich mówią głośno. Nie boją się również poruszać tematów związanych z seksualnością, a sposób w jakim ten wątek się przewija przez kolejne odcinki jest bardzo świadomy i zupełnie nie przypomina popularnego „męskiego” spojrzenia, upraszczającego intymność do potrzeby prokreacji. Bohaterki albo czują się komfortowo ze swoją seksualnością (jak Tuca), albo próbują się z nią oswoić (jak Bertie z Cętkiem). Żyjemy w czasach (wciąż!), w których męski sutek jest w porządku, ale kobiecy zakrawa o pornografię, więc cieszy mnie, że w serialu znalazło się na przykład miejsce na chodzenie topless bez wyraźnego powodu czy podtekstu. Emancypacja ciała i seksualności zdaje się przecież być naturalnym krokiem w naszej społecznej ewolucji.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

24 lipca, po zaledwie jednym sezonie, Netflix ogłosił, że nie będzie kontynuował prac nad serialem. Ta informacja spotkała się z bardzo negatywną reakcją w mediach (i to nie tylko społecznościowych). Fani i krytycy poczuli się rozczarowani – utwór tak unikalny umknął uwadze wielu osób, najprawdopodobniej przez niezbyt wprawny marketing w wykonaniu Netflixa właśnie. Wśród wielu specjalnych hashtagów i petycji, pojawiła się informacja od samej autorki serialu, która wyznała, że netflixowy algorytm nigdy nie zaproponował jej obejrzenia Tuci i Bertie. Być może jeszcze nie wszystko stracone, bo przecież nieraz zdarzała się w takiej sytuacji „przeprowadzka” do innej sieci. Autorzy i autorki są chętni na kontynuowanie dzieła, więc pozostaje trzymać kciuki, żeby się udało.

Fragment kadru z serialu
Fragment kadru z serialu „Tuca i Bertie” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Jeśli przyjąć, że BoJack Horseman to serial tworzony przez ludzi na antydepresantach, to Tuca i Bertie zdecydowanie musiał być tworzony z pomocą LSD. Z początku wraz z bohaterkami czujemy euforię, mamy kolorowe halucynacje, a z czasem dociera do nas rzeczywistość poruszanego tematu. Obawa przed życiem w samotności, lęki związane z dorosłością i samodzielnością, czy problemy z samorealizacją – to tylko niektóre z poruszanych tematów. Wystarczy do tego dodać humor, piękną animację i świetną grę aktorskich głosów, a otrzymamy kolejny kapitalny i bardzo odważny serial animowany dla dorosłych, który trzeba znać.

Ikona oceny 5.

PATRONITE, CZYLI JAK MOŻECIE POMÓC W ROZWOJU BLOGA

Od 24 września mój blog można wspierać przez Patronite. W niniejszym artykule postaram się przybliżyć czym jest ten serwis, dlaczego dołączyłem do jego grona autorów i jak Wy, Drodzy Czytelnicy, możecie mi dzięki Patronite pomóc w prowadzeniu bloga. […]

Od 24 września mój blog można wspierać przez Patronite. W niniejszym artykule postaram się przybliżyć czym jest ten serwis, dlaczego dołączyłem do jego grona autorów i jak Wy, Drodzy Czytelnicy, możecie mi dzięki Patronite pomóc w prowadzeniu bloga.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite, wszelkie prawa zastrzeżone.

Zacznijmy od tego czym w ogóle jest Patronite. Otóż jest to serwis crowdfundingowy, czyli promujący finansowanie społecznościowe. Brzmi może nieco groźnie, ale działa na bardzo prostej zasadzie – autor treści (na przykład bloger, albo streamer) rejestruje się i po otrzymaniu akceptacji profilu, każdy może go wesprzeć finansowo. Twórcy serwisu starają się by autorzy prezentowali możliwie wysoki poziom jakościowy, więc przyjęcie do tego grona traktuję jako kolejny mały sukces bloga. Patronite jest przyjazny w obsłudze, atrakcyjny graficznie i bardzo dobrze przemyślany jeśli chodzi o jego funkcjonalności. Wśród jego użytkowników znaleźć można tak znane nazwiska jak na przykład Tomasz Sekielski, Krzysztof Gonciarz, Adam Szustak, Katarzyna Czajka-Kominiarczuk czy Marcin Łukański.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite, wszelkie prawa zastrzeżone.

Profil w serwisie zdecydowałem się założyć już teraz, ponieważ chcę dać moim czytelnikom możliwość wsparcia bloga na różne sposoby i (prawie) od samego początku jego istnienia. Jak pisałem już wcześniej, każde polubienie, udostępnienie, komentarz i tak dalej, zbliża mnie do celu jakim jest dalsze rozwijanie moich pasji. Zakładając blog w obecnej formie, założyłem sobie, że nie będę go promował poprzez spamowanie, nie będę na nim zarabiał poprzez denerwujące reklamy i postaram się go prowadzić możliwie jak najbardziej profesjonalnie. Stąd też pomysł na udostępnienie możliwości wsparcia finansowego – profesjonalizm niestety kosztuje. Przykładowo samo utrzymanie bloga przez rok (domena, hosting, szablon, skrzynka mailowa i tym podobne) kosztuje około 695 złotych.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite, wszelkie prawa zastrzeżone.

Jeszcze bardziej od spamu nie lubię „żebractwa”, więc bardzo mi zależy, żebyście tego nie odebrali w ten sposób. Nikogo do niczego nie namawiam i nikogo o nic nawet nie proszę, ale za każdy (nawet nie wiążący się z pieniędzmi) sposób pomocy jestem Wam ogromnie wdzięczny i każda taka pomoc jest dla mnie niesamowitym źródłem motywacji do dalszej pracy. Jeśli chcielibyście wspomóc moją działalność finansowo, to patronem możecie zostać już od symbolicznych trzech złotych miesięcznie, a za większe kwoty można w zamian dostać coś więcej niż tylko podziękowania. Wszystkie „progi” wsparcia i „nagrody” w zamian, znajdziecie na moim profilu Patronite (wystarczy kliknąć w banner po lewej stronie, pod ikonami moich mediów społecznościowych).

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite, wszelkie prawa zastrzeżone.

W serwisie możecie też sprawdzić na co aktualnie zbieram środki. Jestem zwolennikiem transparentności i zamierzam moim patronom udowadniać, że ich środki zostały wydane zgodnie z celem. Oczywiście może się zdarzyć, że na przykład będę zbierał na grę do zrecenzowania, a dostanę ją od kogoś innego w prezencie – w takiej sytuacji cel będzie zaktualizowany, ale zebrane środki wydam w każdym przypadku na coś związanego z działalnością bloga. Mam nadzieję, że wspólnymi siłami zrealizujemy działania, które bez Waszej pomocy nie byłyby możliwe. danieljaszcz.blog nigdy nie będzie produktem komercyjnym. Chcę się tu dzielić z Wami moją wiedzą i moimi opiniami, a w Patronite upatruję sposobu na utrzymanie dynamicznego rozwoju tego projektu. Czuję, że razem stworzymy coś wyjątkowego.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite, wszelkie prawa zastrzeżone.

RELACJA Z WYSTAWY „WAJDA”

15 września zakończyła się trwająca od 6 kwietnia wystawa „Wajda” w krakowskim Muzeum Narodowym. Nie byłem w stanie pojawić się na wernisażu, ale za to byłem obecny w ostatnim dniu wystawy. […]

15 września zakończyła się trwająca od 6 kwietnia wystawa „Wajda” w krakowskim Muzeum Narodowym. Nie byłem w stanie pojawić się na wernisażu, ale za to byłem obecny w ostatnim dniu wystawy. Nie ukrywam, że bardzo spodobało mi się to co zobaczyłem i stąd pomysł na krótką relację z tamtego dnia.

Wystawa "Wajda".
Wystawa „Wajda”, wszelkie prawa zastrzeżone.

Mam wrażenie, że wizytę w Muzeum Narodowym nie tylko ja odkładałem do ostatniej chwili. Na miejscu trafiłem na sporą kolejkę i zwiedzanie z przewodnikiem (w cenie biletu, który w ostatnich dniach dla mieszkańców Krakowa kosztował symboliczną złotówkę) odbywało się przy chyba rekordowej frekwencji, a przynajmniej takie wrażenie odniosłem po słowach oprowadzającej nas pani. Tłoczno, duszno – warunki dalekie od optymalnych, ale nie zauważyłem, żeby kogokolwiek to zniechęciło do zwiedzania.

Wystawa "Wajda".
Wystawa „Wajda”, wszelkie prawa zastrzeżone.

Pierwsza rzecz, która zwróciła moją uwagę to imponująca ilość eksponatów. Już pierwsza sala była nimi przepełniona, a im dalej, tym sytuacja stawała się coraz ciekawsza. Listy, szkice, rysunki, notatki, kostiumy i rekwizyty to tylko część konwencjonalnych artefaktów, które można było oglądać na wystawie. Dodatkowo twórcy pokusili się o środki niekonwencjonalne w postaci multimediów. Fragmenty filmów Wajdy były wyświetlane na ścianach, a w jednym miejscu nawet na podłodze. Wszystko zostało podzielone na autorskie kategorie (filmy niekoniecznie prezentowane były w kolejności chronologicznej) oraz ukryte w wąskich i ciemnych korytarzach muzeum. Liczne odnogi i „ukryte” małe salki tylko potęgowały chęć eksploracji.

Wystawa "Wajda".
Wystawa „Wajda”, wszelkie prawa zastrzeżone.

Wystawa nie tylko informowała zwiedzających o życiu i pracy Andrzeja Wajdy, ale również o realiach w jakich przyszło mu tworzyć. Przykładowo obowiązująca przed latami cenzura (choć czasem się zastanawiam czy to rzeczywiście mamy już za sobą), to bardzo ważny kontekst, który na szczęście znalazł ważne miejsce pośród innych tematów. Często to właśnie omijanie niedogodności było w polskiej szkole filmowej powodem do realizowania projektów w sposób ciekawszy czy atrakcyjniejszy wizualnie, więc dobrze, że zostało to silnie zaznaczone.

Wystawa "Wajda".
Wystawa „Wajda”, wszelkie prawa zastrzeżone.

Co ciekawe, według przewodniczki jednym z najchętniej oglądanych eksponatów są sztuczne wąsy zakładane przez Roberta Więckiewicza na planie filmu Wałęsa. Człowiek z nadziei (2013). Ja odniosłem wrażenie, że większym zainteresowaniem cieszyło się ostatnie na trasie zwiedzania pomieszczenie, w którym eksponowane były nagrody Wajdy. Wśród nich oczywiście znalazła się statuetka Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej znana szerzej jako Oscar. Przedmiot, który mnie najbardziej zauroczył to list od fanki Wajdy z prośbą o angaż w filmie. Dziś może wydawać się całkiem zabawny, ale jednocześnie jest dokumentem innym niż wszystkie, bo świadczy o tym jakie emocje reżyser potrafił wyzwalać w swoich widzach.

Wystawa "Wajda".
Wystawa „Wajda”, wszelkie prawa zastrzeżone.

Wystawę zwiedzałem tego dnia aż do zamknięcia muzeum. Udało mi się jeszcze być ostatnim klientem na książkę wydaną przy okazji tego wydarzenia, również zatytułowaną krótko Wajda. Pozycja jest ładnie wydana i zdająca się zawierać dużo filmoznawczych „łakoci” (i to aż w dwóch językach!).

Wystawa "Wajda".
Wystawa „Wajda”, wszelkie prawa zastrzeżone.

Wydarzenie oceniam bardzo pozytywnie. Jedyna sprawa, którą bym zaliczył na minus to fakt, że w tych pokaźnych zbiorach nie znalazłem niczego co reprezentowałoby jakąś negatywną, słabą stronę reżysera, a tych przecież – jak u każdego zresztą – nie brakowało. W pewnym momencie przewodniczka zaznaczyła, że wspomniany film o Wałęsie był krytykowany za ukazanie swojego bohatera bez wad i niestety mam wrażenie, że ta sama krytyka należy się „Wajdzie”. Pomijając to jedno niedociągnięcie, autorom udało się stworzyć coś naprawdę niesamowitego. Była to pierwsza monograficzna wystawa o Wajdzie na świecie i jeśli ktoś ją przegapił, to pozostaje mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś powróci. Ja zdecydowanie taką nadzieję mam.

Wystawa "Wajda".
Wystawa „Wajda”, wszelkie prawa zastrzeżone.

RECENZJA GRY „ABZÛ” (2016)

Czy współczesne gry muszą być długie, trudne i stresujące? Niekoniecznie, czego dobrym przykładem jest recenzowany tytuł, który jest krótki, łatwy i relaksujący. Tak dla odmiany. […]

Czy współczesne gry muszą być długie, trudne i stresujące? Niekoniecznie, czego dobrym przykładem jest recenzowany tytuł, który jest krótki, łatwy i relaksujący. Tak dla odmiany.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Abzû” (2016), wszelkie prawa należą do Giant Squid Studios.

Abzû to gra z 2016 roku, która dotychczas została opublikowana na Xboxie One, Switchu, Playstation 4 i komputerach z systemem Windows. Produkowana była przez trzynastoosobowy zespół w ciągu trzech lat. Reżyser, Matt Nava, był jednym z artystów odpowiedzialnych za Journey (2012), do którego zresztą ta pozycja jest często porównywana. Nava jest miłośnikiem nurkowania, więc zamarzyła mu się gra o przemierzaniu podwodnych światów.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Abzû” (2016), wszelkie prawa należą do Giant Squid Studios.

Całość opowiedziana jest bez słów. Tylko obraz i dźwięki. Do minimum sprowadzona jest również historia – budzimy się jako nieokreślony bliżej nurek (w dziennikach deweloperów podobno był opisywany jako nurek płci żeńskiej) i eksplorujemy rozmaite warstwy oceanu. Z gry usunięte są również wszelkie aspekty survivalowe. Nie kończy się nam ani czas, ani tlen i nic nie próbuje nas zabić czy zjeść. Nawet menu i sterowanie są banalnie proste. Dodajmy do tego możliwość medytowania w dwunastu różnych obszarach i wychodzi nam absolutnie uspokajające doświadczenie.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Abzû” (2016), wszelkie prawa należą do Giant Squid Studios.

Niesamowity jest design, który garściami czerpie z mitologii sumeryjskiej i motywu cosmic ocean, przewijającego się przez rozmaite systemy wierzeń. Grafika w grze może nie powala na kolana pod względem, na przykład, detali, ale tworzy spójną kompozycję charakterystyczną dla niezależnych deweloperów i „małych” gier. W grze jest bardzo kolorowo, a każdy obszar różni się znacząco od poprzedniego. Każde napotkane w wodzie zwierzę posiada indywidualne AI, przez co wszystkie reagują na gracza i siebie nawzajem inaczej. Te wszystkie detale można i chce się chłonąć godzinami.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Abzû” (2016), wszelkie prawa należą do Giant Squid Studios.

Za muzykę odpowiedzialny jest Austin Wintory, autor ścieżki dźwiękowej do między innymi Journey czy Assassin’s Creed: Syndicate (2015), który pomimo młodego wieku, częstokroć był już nominowany (w tym do Grammy) i nagradzany w branży. Kompozytor sam wielokrotnie pokonywał kolejne poziomy Abzû, żeby lepiej dopasować muzykę do konkretnego momentu w grze i emocji, które ta chwila wywołuje u gracza. Efekt końcowy rzeczywiście sprawdza się wprost idealnie.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Abzû” (2016), wszelkie prawa należą do Giant Squid Studios.

Ukończenie gry i zdobycie wszystkich osiągnięć zajęło mi kilka godzin. W trakcie zabawy (Xbox One X) nie napotkałem się na żadne większe problemy, czy nawet jakieś rzucające się w oczy bugi (jeden achievement został zaliczony nieco później niż powinien, ale to wszystko). W zasadzie jedyny zarzut jaki jestem w stanie wyciągnąć przeciwko grze, to – jak na ironię – brak głębi. Abzû bardzo nie lubi odpowiadać na pytania, które pojawiają się w trakcie rozgrywki i nie psując nikomu zakończenia, pewne wątki pozostawia bez odpowiedzi. Mechaniki gry, choć proste, są prawie pozbawione tłumaczenia i mogą minimalnie poirytować ludzi, którzy nie przepadają za odkrywaniem samemu jak coś działa. Jest to jednak śmiesznie niewielka cena jaką przyjdzie nam zapłacić za eksplorowanie bogactwa wód Abzû, a to właśnie jest najważniejszy i najlepszy element gry. W połączniu z kojącą muzyką i prostotą, otrzymujemy kapitalne antidotum na „ciężkość” współczesnych gier i bardzo relaksujące doświadczenie, które polecam każdemu, nawet (a może zwłaszcza) tym niegrającym na co dzień.

Ikona oceny 5.

RECENZJA FILMU „OSTATNIA GÓRA” (2019)

K2 jeszcze nikomu nie udało się zdobyć zimą. Sama próba wejścia na ten szczyt jest ekstremalnie trudna. W tym roku widzowie na całym świecie mogą towarzyszyć polskim wspinaczom w ich podejściu do ośmiotysięcznika i to nie ryzykując życiem, a co najwyżej upadkiem z fotela. Z wrażenia. […]

K2 jeszcze nikomu nie udało się zdobyć zimą. Sama próba wejścia na ten szczyt jest ekstremalnie trudna. W tym roku widzowie na całym świecie mogą towarzyszyć polskim wspinaczom w ich podejściu do ośmiotysięcznika i to nie ryzykując życiem, a co najwyżej upadkiem z fotela. Z wrażenia.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ostatnia góra” (2019), wszelkie prawa należą do Mayfly.

Dokument opowiada o losach wyprawy na drugą co do wysokości górę świata, która odbyła się pomiędzy rokiem 2017 a 2018. Kierował nią jeden z najbardziej wybitnych w historii wspinaczy, Krzysztof Wielicki, dla którego była to już kolejna próba zdobycia tego szczytu zimą. Jego ekipie udało się osiągnąć poziom około 7400 metrów nad poziomem morza. Z powodu przedłużającej się niekorzystnej sytuacji pogodowej i namnażających się problemów, po aż ponad dwóch miesiącach spędzonych na ośmiotysięczniku, wyprawa została zakończona.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ostatnia góra” (2019), wszelkie prawa należą do Mayfly.

Byłem przerażony oglądając po raz pierwszy Everest (2015). Film wprawdzie miał swoje problemy z warstwą narracyjną, ale same zdjęcia i świadomość, że to inscenizacja prawdziwych wydarzeń, przyprawiały o lekkie zawroty głowy. Ostatnia góra to zapis dokumentalny, więc odczucia podczas seansu są dodatkowo spotęgowane. Na ekranie widzimy niemałą część problemów, na jaki natknęli się wspinacze. Między innymi: rany, nieporozumienia, niemal cudowne uniknięcia śmierci, rozmowy z bliskimi czekającymi w domu oraz oczywiście próba ratowania Tomasza Mackiewicza i Elisabeth Revol, którą śledziły w mediach miliony, nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ostatnia góra” (2019), wszelkie prawa należą do Mayfly.

Reżyserem Ostatniej góry jest Dariusz Załuski, wspinacz, a przy tym filmowiec, który jest również odpowiedzialny za część wykonanych zdjęć. Wiadomo, w takich warunkach trudno wymagać czegokolwiek, nie można liczyć na dodatkowe oświetlenie czy powtórzenie nagrania. Często trzeba się zadowolić tym co jest, więc pozostałą część zdjęć wykonali inni członkowie ekipy Wielickiego. Złożenie wszystkich nagrań w jedną i spójną kompozycję na pewno było nie lada wyzwaniem. Reżyserowi jednak się to udało, a moim zdaniem efekt końcowy jest więcej niż zadowalający. Dokument od samego początku unika zbędnych wprowadzeń i rzuca widza prosto w wir wydarzeń. Tempo nigdy nie zwalnia, chociaż w rzeczywistości oczywiście wspinaczom zdarzały się „przestoje”, które tutaj zostały umiejętnie wycięte. Co więcej, całość jest zmontowana tak, by opowiadać pomniejsze historie z wyprawy, czerpiąc przy tym z rozmaitych gatunków i podgatunków filmowych. Mamy do czynienia na przykład z thrillerem, gdy wspinacze mierzą się uciekającym czasem, lawiną i spadającymi kamieniami. Jest oczywiście wątek dramatyczny w postaci konfliktu pomiędzy grupą a Denisem Urubko, który w pewnym momencie postanawia zdobyć szczyt samodzielnie i bez pozwolenia. Jest przygoda, dużo wątków komediowych i elementy komediodramatu. Przy akcji ratunkowej pojawiają się znamiona filmu katastroficznego i ponownie tragicznego dramatu (nawet psychologicznego) po odnalezieniu samej Revol. Taka mieszanina w przypadku dokumentów to rzadkość i element podkreślający wyjątkowość Ostatniej góry. Umiejętnie prowadzona „narracja”, piękne i przytłaczające zdjęcia, prawdziwy ludzki dramat, który angażuje widza – czegóż więcej można wymagać?

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ostatnia góra” (2019), wszelkie prawa należą do Mayfly.

Zdecydowanie jest to jeden z najwybitniejszych filmów nagranych kiedykolwiek na tak dużej wysokości. Nawet jeśli zdobywanie szczytów nie leży w kręgu zainteresowań potencjalnego widza, to nie wyobrażam sobie jak mógłby on oglądać Ostatnią górę i nie poczuć szybciej bijącego serca. To jeden z tych przypadków, w których rzeczywistość jest od fikcji bardziej przerażająca i ciekawa zarazem.

Ikona oceny 5.

UWIKŁANI W MAŁŻEŃSTWO, CZYLI TEORIA JUDITH BUTLER A FILM „ŻONA” (2017)

W 1990 roku amerykańska filozofka, Judith Butler, opublikowała książkę pod tytułem „Uwikłani w płeć”. Dość szybko okazało się, że był to przełom w ruchu feministycznym, a także podwalina teorii odmienności, zwanej z angielskiego queer theory. […]

W 1990 roku amerykańska filozofka, Judith Butler, opublikowała książkę pod tytułem „Uwikłani w płeć”. Dość szybko okazało się, że był to przełom w ruchu feministycznym, a także podwalina teorii odmienności, zwanej z angielskiego queer theory. W książce tej po raz pierwszy padło pojęcie performatywności płci. Butler stwierdziła, że płeć społeczno-kulturowa jest konstruktem, który ludzkość nieustannie odgrywa i powtarza. Poprzez używanie wypowiedzi perfomatywnych, jak na przykład słynne na porodówce „to chłopiec”, człowiek tworzy płcie, a przez przykładowo wypowiadane podczas zaślubin „ogłaszam was mężem i żoną” – role. Dziecko staje się chłopcem, osoba mężem lub żoną. Zdaniem Butler człowiek nie rodzi się kobietą lub mężczyzną w znaczeniu płci kulturowej, ale właśnie poprzez te performatywne zabiegi zostaje przystosowany do konkretnej roli. Filozofka wskazuje również, że poprzez tego typu kulturowe konstrukty, powtarzane od wieków w patriarchalnym społeczeństwie, rola kobiety znajduje się w gorszej pozycji od roli mężczyzny. Tożsamość kulturowa kobiet polega wręcz na podporządkowaniu się mężczyznom i stanowieniu swoistego tła w zdominowanej przez mężczyzn narracji. Powielanie tego typu relacji jest częste w kulturze popularnej, w tym także w filmie.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

W kinematografii przez wiele lat ukazywano kobietę jako rekwizyt w świecie mężczyzn. W dobie kina klasycznego kobieta bardzo rzadko była czymś więcej, niż postacią drugoplanową, damą w opałach, którą męski heros miał sposobność uratować, czy przedmiotem natury seksualnej pełniącym funkcję atrakcji wizualnej dla widza, oczywiście płci męskiej. Z czasem zaczęto eksperymentować i „dopuszczać” kobiety do czegoś więcej. Oczywiście z biegiem lat rola kobiety w filmie stawała się coraz ważniejsza, doczekaliśmy się emancypacji politycznej kobiet i w końcu także kina feministycznego, z silnymi, niezależnymi postaciami, które nie tylko nie pełnią funkcji breloczka, ale wręcz stanowią o istocie narracji. Niestety nawet dziś społeczeństwo wciąż jest mocno patriarchalne, co widzimy na przykład obserwując politykę czy rynek pracy, a w filmowych światach wciąż potrzebujemy więcej niezależności płciowej i mniej narzucania ról społecznych przez sam fakt urodzenia się z danym zestawem cech fizycznych.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

Oglądając Żonę Björna Runge, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że oto mam do czynienia z idealnym zobrazowaniem tego, jak płeć biologiczna definiuje role społeczno-kulturowe.  Struktura narracyjna tego obrazu jest  skonstruowana w ten sposób, że głównym wątkiem fabularnym jest historia starszego małżeństwa żyjącego w czasach nam współczesnych, a resztę historii poznajemy poprzez wspomnienia głównej bohaterki, którymi film jest poprzeplatany. Joan Castleman, grana przez Glenn Close, jest żoną Josepha Castlemana (w tej roli Jonathan Pryce), uznanego literata, ojca dwójki dzieci. Małżeństwo zdaje się być szczęśliwe, a para żyć „długo i szczęśliwie”. Wkrótce otrzymują telefon ze Sztokholmu – Joseph zostaje laureatem nagrody Nobla w dziedzinie literatury. W reakcji na tę informację oboje zaczynają skakać po łóżku i cieszyć się jak małe dzieci. Małżeństwo podróżuje do Szwecji, melduje się w hotelu i przygotowuje do ceremonii, a w międzyczasie widzimy poprzez wspomnienia Joan jak para poznała się pod koniec lat pięćdziesiątych. On był wówczas młodym, przystojnym i żonatym profesorem, a także świeżo upieczonym ojcem, ona jeszcze młodszą studentką, która razem z koleżanką spijała każde słowo z jego natchnionych ust. „Pisarz musi pisać” – mówi podniośle profesor Castleman. Joan jest oczarowana i szybko rozpoczyna romans z Josephem.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

Na tym etapie widzowi zapalają się pierwsze lampki ostrzegawcze, a kiedy obserwuje on później parę w Sztokholmie, na jaw powoli zaczynają wychodzić niewygodne prawdy. Joseph zachowuje się narcystycznie i flirtuje z młodą kobietą z Fundacji Nobla. Choć podkreśla jak bardzo kocha żonę, jeszcze mocniej akcentuje, że jest ona jego oparciem, a sama „nie pisze”. Widzimy jak Joan coraz bardziej oddala się od męża, a wizerunek udanego małżeństwa zmienia się w krajobraz po bitwie. W końcu mamy do czynienia z fabularnym twistem (jeśli jesteście przed seansem i chcecie uniknąć spoilerów, to skończcie czytać w tym miejscu), który z każdą kolejną odkrytą kartą staje się coraz bardziej nieuchronny. We wspomnieniach Joan, Joseph okazuje się być nie tym za kogo się podaje. Pomimo umiejętności konstruowania wzniosłych stwierdzeń, nie jest popularnym autorem i nikt nie zgłasza chęci publikacji jego dzieł. Joan po zapoznaniu się z jego twórczością dostrzega, że Joseph wielkim autorem nie jest i nie zostanie. Sama próbuje przebić się w literackim świecie, ale w bolesny sposób przekonuje się, że choć posiada odpowiednie predyspozycje, wydawcy nie są zainteresowani ambitnymi tekstami kobiety. Są lata sześćdziesiąte i kobieta mile widziana jest w kuchni, albo z dziećmi u boku męża, a nie jako głos literacki. W ten sposób dochodzi do „zbrodni” popełnionej przez małżeństwo – ona zaczyna pisać literackie arcydzieła, a on sygnuje je swoim męskim imieniem, jednocześnie spędzając czas w kuchni i z dziećmi. Para ściśle pilnuje tej tajemnicy i ukrywa prawdziwą tożsamość wybitnego autora nawet przed swoimi dziećmi. Znów przenosimy się w czasie do Sztokholmu. W Joan coś pęka. Kropla przepełnia czarę. Obserwując męża uświadamia sobie, że bez niej byłby nikim, że to jej należy się literacki Nobel. Zdaje się być zła na cały świat, przede wszystkim za to właśnie, w jaki sposób został urządzony.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

Nie zdradzając za bardzo finału, ostatecznie Joan staje się kimś więcej niż tylko tytułową żoną. Nie dlatego, że społeczne konstrukty nagle znikają, ale ponieważ sama bohaterka uświadamia sobie, że jest czymś więcej niż tym, co narzuciło jej społeczeństwo. Przeżywa prawdziwe katharsis, kiedy zdaje sobie sprawę, że choć całe jej życie kształtowane było przez performatywność płci, to nie musi tak pozostać. Nie musi być żoną. Nikt nie powinien zabraniać jej zostania autorką. Co najważniejsze, dzięki temu odkryciu chce ustrzec swoje dzieci przed podobnym losem. Postanawia opowiedzieć im całą prawdę o niej i ich ojcu, w nadziei na to, że dzięki temu sami będą w stanie definiować swoją płeć kulturową.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

Wydźwięk Żony jest w mojej opinii bardzo istotny w dzisiejszych czasach. Słodko-gorzkim potwierdzeniem tego jest fakt, że od pomysłu na film do jego zrealizowania minęło aż czternaście lat. Glenn Close, która za rolę Joan została nominowana do Oscara, otwarcie odpowiadała dlaczego musiało minąć tak dużo czasu. Scenariusz napisany przez Jane Anderson, wkrótce po opublikowaniu książki Meg Wolitzer, na której jest oparty, był regularnie odrzucany przez producentów (oczywiście w zdecydowanej większości mężczyzn). Obawiano się, że film pod takim tytułem, z kobiecą protagonistką, nie będzie w stanie na siebie zarobić. Padło nawet stwierdzenie, że scenariusz jest mizoandryczny. Na szczęście w końcu pojawiły się pieniądze (Close podkreślała w wywiadach, że pochodziły prawie w całości z Europy), znalazł się reżyser i jakoś udało się doprowadzić projekt do końca. Na fali ruchu „Me Too” z ubiegłego roku, film dostał nawet skrzydeł w wyścigu po najważniejszą nagrodę. Niestety udało się przeforsować tylko nominację za żeńską rolę pierwszoplanową i co gorsze, aktorka ten bój przegrała. Byłem gotów postawić na Close wszystkie pieniądze, biorąc pod uwagę, że pozostałe nominacje otrzymały Yalitza Aparicio (debiut na ekranie), Melissa McCarthy (rola chwalona, ale nie jako „oscarowa”), Lady Gaga („duże” nazwisko, ale niekoniecznie w tej branży) i Olivia Colman (na ekranie w „pierwszoplanowej” roli przez mniej niż połowę filmu). Statuetkę zgarnęła ta ostatnia i w swojej przemowie powiedziała, że Glenn Close jest od dawna jej źródłem inspiracji i nie tak tego chciała. O Żonie większość z nas zapomni, tak samo jak o tym nietypowym wyborze laureatki nagrody Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Szkoda, bo powinniśmy, jak Joan i aktorka, która powołała ją do życia, głośno mówić o tym, że płeć, to coś więcej niż narzucana nam z góry norma. Joan należał się Nobel, a Glenn – Oscar.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

BIBLIOGRAFIA

Barker C., Studia kulturowe. Teoria i praktyka, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2005.

RELACJA Z PIERWSZEGO DNIA BYTOM FILM FESTIVAL

W tym roku miałem możliwość po raz pierwszy odwiedzić Bytom Film Festival. […]

W tym roku miałem możliwość po raz pierwszy odwiedzić Bytom Film Festival. Mogłem być obecny tylko w pierwszym dniu, ale nawet ten krótki czas wystarczył mi, żeby się w tym wydarzeniu zakochać.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Bytom Film Festival.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Bytom Film Festival, wszelkie prawa zastrzeżone.

Bytomski festiwal pojawił się w kalendarzach pasjonatów kina po raz piąty. Jest on o tyle wyjątkowy, że popularyzuje nie tylko filmy, ale również krytykę filmową. To młoda impreza, tworzona również przez młodych ludzi, a przez to wolna od kłopotliwych naleciałości i dobrze zapowiadająca się na przyszłość. Filmowcy i widzowie, krytycy i blogerzy – wszyscy spotykają się przy okazji rozmaitych prelekcji, seansów, warsztatów czy dyskusji i tworzą absolutnie unikatową atmosferę.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Bytom Film Festival.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Bytom Film Festival, wszelkie prawa zastrzeżone.

Na autostradzie do Bytomia natrafiłem na problemy – stłuczka, do której doszło wcześniej gdzieś na horyzoncie, wymusiła na mnie i innych kierowcach awaryjne hamowanie. Mnie udało się ujść z tego cało, ale w lusterku wstecznym widziałem kolizję samochodów jadących bezpośrednio za mną. Zaowocowało to korkiem, przez co z kolei ja niestety spóźniłem się niecały kwadrans na pierwsze wydarzenie, którym były warsztaty pod tytułem „Czy blogerzy zastąpią krytyków filmowych?”. Byłem bardzo podekscytowany tym spotkaniem, ale szczerze muszę przyznać, że okazało się być rozczarowaniem. Prowadził je w Bytomskim Centrum Kultury Michał Hernes wraz z Mateuszem Rotem (obaj panowie z bloga Watching Closely) i żadnemu z nich nie odmówię doświadczenia, ani chęci do dzielenia się nim z innymi. Być może problemem była wyjątkowo niska średnia wieku wśród zgromadzonych gości festiwalu, ale nie nazwałbym tego wydarzenia warsztatami. Panowie opowiadali o swoich przygodach, o tym co dało im blogowanie i jak nie warto się poddawać, bo sukces może nadejść w każdej chwili. Do tego omówili krótko kilka slajdów o sporze krytyków z blogerami. Zdecydowanie zabrakło konkretnych i praktycznych wskazówek oraz ożywionej dyskusji na zadane w tytule pytanie. Spotkanie trwało też nieco krócej niż w programie, a dzięki temu mogłem udać się na spacer zapoznawczy po Bytomiu.

5. Bytom Film Festival.
5. Bytom Film Festival, wszelkie prawa zastrzeżone.

Wiele czasu na zwiedzanie nie miałem, ale miasto wydaje mi się być bardzo urokliwe. Byłem już wcześniej wiele razy na Śląsku i po tym krótkim spacerze jestem pewien, że to jedno z najciekawszych miejsc w okolicy. Wracając do „Beceku” na pokaz konkursowych krótkometrażowych filmów dokumentalnych, pomyślałem, że przy okazji kolejnego festiwalu wygospodaruję więcej czasu dla Bytomia. Powrót ze spaceru wynagrodził mnie bardzo ciekawymi filmami. Ze zgłoszonych obrazów wybrano do konkursu sześć. Fuck, it’s biology (2019), Gość (2018) i Zuzia (2019) to bardzo intymne dokumenty, odsłaniające dusze i serca swoich bohaterów. Dziwor (2019) i Połączeni (2018) są inne, odrobinę ekscentryczne jak ich tematy, ale również bardzo ciekawe. Jedynie Ul (2018) jakoś nie przypadł mi do gustu, ale wiadomo – gusta są rozmaite i może dla kogoś akurat to był najlepszy film.

5. Bytom Film Festival.
5. Bytom Film Festival, wszelkie prawa zastrzeżone.

Po przerwie obiadowej udałem się do pobliskiego Cinema City. Tam prezentowana była Z-boczona historia kina (2006). Poprzedzona została krótką prelekcją z ekranu, poprowadzoną przez Kubę Mikurdę, specjalistę od między innymi Slavoja Žižka, który jest z kolei głównym „bohaterem” filmu. Nie miałem wcześniej okazji obejrzeć tego dwuipółgodzinnego wykładu Słoweńca stworzonego wraz z Sophie Fiennes. Nie był to łatwy seans, ale na pewno pobudzający intelektualnie i dający ciekawą perspektywę na niektóre klasyki kina.

5. Bytom Film Festival.
5. Bytom Film Festival, wszelkie prawa zastrzeżone.

Ostatnie wydarzenie, w którym uczestniczyłem, to uroczysta inauguracja festiwalu, połączona z projekcją Ostatniej góry (2019) i dyskusją z jej reżyserem, Dariuszem Załuskim. W roli prowadzącego otwarcie i moderatora rozmowy z twórcą filmu, wystąpił Tomasz Pytko, którego jeśli się nie mylę, widziałem już trzykrotnie w podobnych okolicznościach, i który również tym razem wypadł bardzo dobrze. Przedstawiono twórców festiwalu i osoby, które w znamienny sposób przyczyniły się do zaistnienia jego kolejnej edycji. Następnie z entuzjazmem oficjalnie otwarto Bytom Film Festival i rozpoczęła się projekcja filmu. Ostatnia góra zdecydowanie zasługuje na osobny tekst, który postaram się niebawem przygotować, ale już teraz wyznam, że jest to dokument wyjątkowy. Ogląda się go jak połączenie dobrego thrillera z filmem katastroficznym i komediodramatem. Niesamowita mieszanka, którą już teraz polecam. Po seansie odbyła się dyskusja z reżyserem, a po niej udało mi się jeszcze z nim samemu krótko porozmawiać. Pan Dariusz, oprócz tego, że pisze scenariusze i kręci filmy, jest wybitnym wspinaczem i zdobywcą między innymi pięciu ośmiotysięczników. Możliwość zapytania go o pewne kulisy filmowania próby zdobycia K2 zimą (warto nadmienić, że jest to wciąż nieosiągnięty przez nikogo wyczyn), zdecydowanie była dla mnie najcenniejszą chwilą dnia. Udało mi się zorganizować wspólne zdjęcie, które znajdziecie na moim Instagramie. W końcu, zmęczony wsiadłem z powrotem do samochodu i jeszcze w pierwszej godzinie kolejnego już dnia dojechałem – tym razem bez przygód – do Krakowa. Ten jeden dzień będę jeszcze długo wspominać i już teraz odliczam dni i miesiące do kolejnej edycji Bytom Film Festival, co i Wam rekomenduję.

5. Bytom Film Festival.
5. Bytom Film Festival, wszelkie prawa zastrzeżone.

MEDIAKRYTYK – POZYCJA OBOWIĄZKOWA KAŻDEGO MIŁOŚNIKA KINA I NIE TYLKO

Mediakrytyk to polski agregator recenzji filmów (a niebawem również seriali), który polecam w zasadzie każdemu, a szczególnie osobom lubiącym być na bieżąco z nowościami kinowymi. […]

Mediakrytyk to polski agregator recenzji filmów (a niebawem również seriali), który polecam w zasadzie każdemu, a szczególnie osobom lubiącym być na bieżąco z nowościami kinowymi. Jak informowałem wcześniej na Facebooku, od 1 września w serwisie będą pojawiać się wszystkie moje recenzje. Postanowiłem w ramach podziękowań za nawiązanie współpracy, napisać co nieco o tym jak działa Mediakrytyk. Nie jest to wpis sponsorowany, ani napisany na zlecenie, więc przeczytacie tu wyłącznie moją opinię o tej stronie i jej funkcjach.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk, wszelkie prawa zastrzeżone.

Muszę przyznać, że początkowo podchodziłem do tego serwisu z rezerwą. Od bardzo dawna korzystam z Rotten Tomatoes, więc gdy trafiłem na stronę Mediakrytyk zdawało mi się, że mam do czynienia z prostą kopią tego co na zachodzie istnieje już od lat. Szybko jednak przekonałem się, że jestem w błędzie. Polski agregator korzysta z bardzo ubogiej szaty graficznej, co na pierwszy rzut oka wygląda mało zachęcająco, ale po chwili spędzonej na stronie okazuje się, że to właśnie bardzo duży plus. Brak zbędnych upiększeń bardzo poprawia czytelność, a to jest przecież najważniejsze, gdy wyszukujemy… no właśnie, co dokładnie można wyszukiwać? Otóż opcji jest wiele, dlatego też polecam tę stronę nawet osobom nie zainteresowanym filmem w takim stopniu jak ja. Dla kogoś, kto w kinie jest okazjonalnym gościem, jest to okazja do sprawdzenia przed seansem z jaką prawdopodobnością dany utwór się spodoba. To projekt całkowicie polski i znajdziemy tu recenzje napisane wyłącznie przez naszych rodzimych krytyków. Filmy możemy segregować po dacie od premiery, albo dacie do premiery (niektóre udaje się krytykom obejrzeć wcześniej). Dostępny jest ranking według ocen i popularności, a na użytkowników czeka wiele filtrów zawężających wyszukiwania. Istnieje również możliwość przeglądania filmów według aktorów, reżyserów czy innego rodzaju twórców. Moim ulubionym sposobem przeglądania treści jest wyszukiwanie recenzji według krytyków, źródeł lub użytkowników. Źródło to nic innego jak miejsce, z którego pochodzi recenzja, na przykład danieljaszcz.blog. Zarejestrowani użytkownicy mają możliwość oceniania filmów, dodawania ich do różnego rodzaju list, obserwowania ich i tak dalej. Po spełnieniu ustalonych kryteriów i nawiązaniu współpracy można dodatkowo otrzymać status krytyka. Lista obecnych tu osób jest bardzo długa, więc wymienię tylko kilka popularnych nazwisk – Michał Oleszczyk, Tomasz Raczek, Michał Walkiewicz, Dawid Adamek czy Jakub Dębski. Warto zaznaczyć, że Mediakrytyk stawia na możliwie jak najlepsze teksty, ale jednocześnie nie wyklucza osób o mniejszym doświadczeniu czy dorobku.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk, wszelkie prawa zastrzeżone.

Na stronie każdego filmu zobaczymy całą masę różnych ciekawych statystyk, ale najważniejsze są dwie ramki ze średnimi ocenami krytyków i użytkowników, które pozwalają jednym spojrzeniem dowiedzieć się z jakiego typu filmem mamy do czynienia. Kwadratowa ramka zawiera średnią ocen krytyków. Mediakrytyk korzysta ze skali dziesięciostopniowej, ale również korzysta z konwersji jeśli jakiś krytyk używa innej skali (na przykład moja, pięciostopniowa). Gdy takich ocen dla danego dzieła pojawi się więcej niż trzy, ramka otrzymuje kolor fioletowy (negatywna ocena, średnia poniżej lub równa 5,9) lub zielony (pozytywna ocena, średnia równa lub wyższa 6,0). Dodatkowo filmy, które zebrały co najmniej 20 recenzji ze średnią minimum 7,5, otrzymują zielone wypełnienie ramki – oznacza to film „uznany”, czyli poniekąd odpowiednik „Certyfikatu Świeżości” (Certified Fresh) na Rotten Tomatoes. Oprócz ocen, przy każdym odnośniku do recenzji znajdziemy jej krótki fragment będący jednocześnie swego rodzaju podsumowaniem – ponownie podobnie jak na amerykańskim odpowiedniku. Oceniać mogą również użytkownicy, a średnia ich ocen prezentowana jest w taki sam sposób, a jedynie w innej ramce.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk, wszelkie prawa zastrzeżone.

Ta ostatnia funkcja jest dostępna również na Rotten Tomatoes, więc nasuwa się pytanie – skoro tak wiele jest wspólnych cech, to dlaczego warto w ogóle korzystać z polskiego agregatora? Ważnym powodem jest wspomniana już wcześniej czytelność strony. Korzystanie z niej jest o wiele przyjemniejsze i łatwiejsze niż w przypadku Rotten Tomatoes. Dobre, bo nasze – to kolejny powód. Oczywiście warto czasem nabrać światowej perspektywy, ale w amerykańskim serwisie bardzo często brakuje recenzji filmów polskich czy europejskich, które są dystrybuowane w naszym kraju. Dodatkowo nie każdy przecież posługuje się językiem angielskim na tyle, by poradzić sobie z recenzją w tym języku. Trzeci powód jaki zaproponuję, to przyszłość. Na Rotten Tomatoes nie doczekaliśmy się zbyt wielu przeobrażeń w ostatnich latach, natomiast Mediakrytyk, choć sporo młodszy, wprowadził już wiele pozytywnych zmian i zdaje się słuchać swoich użytkowników znacznie bardziej. Ogromna jest też różnica w sposobie wyświetlania ocen. W przypadku amerykańskiego serwisu mamy procent świadczący o tym, ilu krytyków nagrodziło film pozytywną oceną, a w przypadku polskiego – jaka jest średnia ocen krytyków. Na Rotten Tomatoes tę ostatnią też można podejrzeć, ale wiąże się to z dodatkowym kliknięciem, o czym nie wszyscy niestety wiedzą. Czytelnicy na całym świecie nauczyli się traktować wynik procentowy opatrznie. Zamiast czytać go jako „procent z jakim jest szansa, że uznasz ten film za przynajmniej niezły”, upatrują się w nim oceny. Jest to błędne założenie, bo 100% uznania może mieć zarówno film oceniony przez wszystkich krytyków na 6 (w skali 1-10), jak i film oceniony przez wszystkich na 10. Łatwo w ten sposób pomylić przeciętny film z wybitnym. Od tego problemu na szczęście wolny jest Mediakrytyk. Ostatnią zaletą polskiego agregatora, na którą zwrócę uwagę, jest fakt, o którym już wcześniej napomknąłem. Oprócz krytyków „zawodowych”, znajdziemy tu wiele ciekawych opinii stworzonych przez blogerów, vlogerów i innych zaangażowanych osób, które niekoniecznie utrzymują się z pisania recenzji. Dodaje to niesamowicie ciekawej perspektywy, której w Rotten Tomatoes próżno szukać.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk, wszelkie prawa zastrzeżone.

Na koniec wyznam jeszcze co marzy mi się zobaczyć pewnego dnia w serwisie Mediakrytyk. Pewnie nie trudno zgadnąć, że skoro filmy już są, a seriale będą niebawem, to w kwestii treści do pełni szczęścia brakuje mi tylko gier wideo. Mam nadzieję, że może kiedyś uda się zaimplementować taką funkcjonalność. Uważam, że znaleźliby się czytelnicy zainteresowani tą tematyką, a mnie nie udało się w polskiej części internetu znaleźć agregatora recenzji gier z prawdziwego zdarzenia. Przydałaby się również aplikacja mobilna, ale realia są takie, że pewnie już o tym pomyślano i jej publikacja jest tylko kwestią czasu. Mediakrytyk w lipcu skończył trzy lata i cieszy się tylko coraz większym zainteresowaniem. Serwis jest w pełni darmowy i nie wymaga rejestracji do przeglądania treści. Już dziś są zapowiadane nowe funkcje (w tym recenzje seriali) i duża rozbudowa. Mnie pozostaje tylko polecać, a Wam (jeśli jeszcze tego nie robicie) korzystać. Banner będący odnośnikiem znajdziecie w lewym dolnym rogu bloga.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk, wszelkie prawa zastrzeżone.