PATRONITE, CZYLI JAK MOŻECIE POMÓC W ROZWOJU BLOGA

Od 24 września mój blog można wspierać przez Patronite. W niniejszym artykule postaram się przybliżyć czym jest ten serwis, dlaczego dołączyłem do jego grona autorów i jak Wy, Drodzy Czytelnicy, możecie mi dzięki Patronite pomóc w prowadzeniu bloga. […]

Od 24 września mój blog można wspierać przez Patronite. W niniejszym artykule postaram się przybliżyć czym jest ten serwis, dlaczego dołączyłem do jego grona autorów i jak Wy, Drodzy Czytelnicy, możecie mi dzięki Patronite pomóc w prowadzeniu bloga.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite, wszelkie prawa zastrzeżone.

Zacznijmy od tego czym w ogóle jest Patronite. Otóż jest to serwis crowdfundingowy, czyli promujący finansowanie społecznościowe. Brzmi może nieco groźnie, ale działa na bardzo prostej zasadzie – autor treści (na przykład bloger, albo streamer) rejestruje się i po otrzymaniu akceptacji profilu, każdy może go wesprzeć finansowo. Twórcy serwisu starają się by autorzy prezentowali możliwie wysoki poziom jakościowy, więc przyjęcie do tego grona traktuję jako kolejny mały sukces bloga. Patronite jest przyjazny w obsłudze, atrakcyjny graficznie i bardzo dobrze przemyślany jeśli chodzi o jego funkcjonalności. Wśród jego użytkowników znaleźć można tak znane nazwiska jak na przykład Tomasz Sekielski, Krzysztof Gonciarz, Adam Szustak, Katarzyna Czajka-Kominiarczuk czy Marcin Łukański.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite, wszelkie prawa zastrzeżone.

Profil w serwisie zdecydowałem się założyć już teraz, ponieważ chcę dać moim czytelnikom możliwość wsparcia bloga na różne sposoby i (prawie) od samego początku jego istnienia. Jak pisałem już wcześniej, każde polubienie, udostępnienie, komentarz i tak dalej, zbliża mnie do celu jakim jest dalsze rozwijanie moich pasji. Zakładając blog w obecnej formie, założyłem sobie, że nie będę go promował poprzez spamowanie, nie będę na nim zarabiał poprzez denerwujące reklamy i postaram się go prowadzić możliwie jak najbardziej profesjonalnie. Stąd też pomysł na udostępnienie możliwości wsparcia finansowego – profesjonalizm niestety kosztuje. Przykładowo samo utrzymanie bloga przez rok (domena, hosting, szablon, skrzynka mailowa i tym podobne) kosztuje około 695 złotych.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite, wszelkie prawa zastrzeżone.

Jeszcze bardziej od spamu nie lubię „żebractwa”, więc bardzo mi zależy, żebyście tego nie odebrali w ten sposób. Nikogo do niczego nie namawiam i nikogo o nic nawet nie proszę, ale za każdy (nawet nie wiążący się z pieniędzmi) sposób pomocy jestem Wam ogromnie wdzięczny i każda taka pomoc jest dla mnie niesamowitym źródłem motywacji do dalszej pracy. Jeśli chcielibyście wspomóc moją działalność finansowo, to patronem możecie zostać już od symbolicznych trzech złotych miesięcznie, a za większe kwoty można w zamian dostać coś więcej niż tylko podziękowania. Wszystkie „progi” wsparcia i „nagrody” w zamian, znajdziecie na moim profilu Patronite (wystarczy kliknąć w banner po lewej stronie, pod ikonami moich mediów społecznościowych).

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite, wszelkie prawa zastrzeżone.

W serwisie możecie też sprawdzić na co aktualnie zbieram środki. Jestem zwolennikiem transparentności i zamierzam moim patronom udowadniać, że ich środki zostały wydane zgodnie z celem. Oczywiście może się zdarzyć, że na przykład będę zbierał na grę do zrecenzowania, a dostanę ją od kogoś innego w prezencie – w takiej sytuacji cel będzie zaktualizowany, ale zebrane środki wydam w każdym przypadku na coś związanego z działalnością bloga. Mam nadzieję, że wspólnymi siłami zrealizujemy działania, które bez Waszej pomocy nie byłyby możliwe. danieljaszcz.blog nigdy nie będzie produktem komercyjnym. Chcę się tu dzielić z Wami moją wiedzą i moimi opiniami, a w Patronite upatruję sposobu na utrzymanie dynamicznego rozwoju tego projektu. Czuję, że razem stworzymy coś wyjątkowego.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Patronite, wszelkie prawa zastrzeżone.

MEDIAKRYTYK – POZYCJA OBOWIĄZKOWA KAŻDEGO MIŁOŚNIKA KINA I NIE TYLKO

Mediakrytyk to polski agregator recenzji filmów (a niebawem również seriali), który polecam w zasadzie każdemu, a szczególnie osobom lubiącym być na bieżąco z nowościami kinowymi. […]

Mediakrytyk to polski agregator recenzji filmów (a niebawem również seriali), który polecam w zasadzie każdemu, a szczególnie osobom lubiącym być na bieżąco z nowościami kinowymi. Jak informowałem wcześniej na Facebooku, od 1 września w serwisie będą pojawiać się wszystkie moje recenzje. Postanowiłem w ramach podziękowań za nawiązanie współpracy, napisać co nieco o tym jak działa Mediakrytyk. Nie jest to wpis sponsorowany, ani napisany na zlecenie, więc przeczytacie tu wyłącznie moją opinię o tej stronie i jej funkcjach.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk, wszelkie prawa zastrzeżone.

Muszę przyznać, że początkowo podchodziłem do tego serwisu z rezerwą. Od bardzo dawna korzystam z Rotten Tomatoes, więc gdy trafiłem na stronę Mediakrytyk zdawało mi się, że mam do czynienia z prostą kopią tego co na zachodzie istnieje już od lat. Szybko jednak przekonałem się, że jestem w błędzie. Polski agregator korzysta z bardzo ubogiej szaty graficznej, co na pierwszy rzut oka wygląda mało zachęcająco, ale po chwili spędzonej na stronie okazuje się, że to właśnie bardzo duży plus. Brak zbędnych upiększeń bardzo poprawia czytelność, a to jest przecież najważniejsze, gdy wyszukujemy… no właśnie, co dokładnie można wyszukiwać? Otóż opcji jest wiele, dlatego też polecam tę stronę nawet osobom nie zainteresowanym filmem w takim stopniu jak ja. Dla kogoś, kto w kinie jest okazjonalnym gościem, jest to okazja do sprawdzenia przed seansem z jaką prawdopodobnością dany utwór się spodoba. To projekt całkowicie polski i znajdziemy tu recenzje napisane wyłącznie przez naszych rodzimych krytyków. Filmy możemy segregować po dacie od premiery, albo dacie do premiery (niektóre udaje się krytykom obejrzeć wcześniej). Dostępny jest ranking według ocen i popularności, a na użytkowników czeka wiele filtrów zawężających wyszukiwania. Istnieje również możliwość przeglądania filmów według aktorów, reżyserów czy innego rodzaju twórców. Moim ulubionym sposobem przeglądania treści jest wyszukiwanie recenzji według krytyków, źródeł lub użytkowników. Źródło to nic innego jak miejsce, z którego pochodzi recenzja, na przykład danieljaszcz.blog. Zarejestrowani użytkownicy mają możliwość oceniania filmów, dodawania ich do różnego rodzaju list, obserwowania ich i tak dalej. Po spełnieniu ustalonych kryteriów i nawiązaniu współpracy można dodatkowo otrzymać status krytyka. Lista obecnych tu osób jest bardzo długa, więc wymienię tylko kilka popularnych nazwisk – Michał Oleszczyk, Tomasz Raczek, Michał Walkiewicz, Dawid Adamek czy Jakub Dębski. Warto zaznaczyć, że Mediakrytyk stawia na możliwie jak najlepsze teksty, ale jednocześnie nie wyklucza osób o mniejszym doświadczeniu czy dorobku.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk, wszelkie prawa zastrzeżone.

Na stronie każdego filmu zobaczymy całą masę różnych ciekawych statystyk, ale najważniejsze są dwie ramki ze średnimi ocenami krytyków i użytkowników, które pozwalają jednym spojrzeniem dowiedzieć się z jakiego typu filmem mamy do czynienia. Kwadratowa ramka zawiera średnią ocen krytyków. Mediakrytyk korzysta ze skali dziesięciostopniowej, ale również korzysta z konwersji jeśli jakiś krytyk używa innej skali (na przykład moja, pięciostopniowa). Gdy takich ocen dla danego dzieła pojawi się więcej niż trzy, ramka otrzymuje kolor fioletowy (negatywna ocena, średnia poniżej lub równa 5,9) lub zielony (pozytywna ocena, średnia równa lub wyższa 6,0). Dodatkowo filmy, które zebrały co najmniej 20 recenzji ze średnią minimum 7,5, otrzymują zielone wypełnienie ramki – oznacza to film „uznany”, czyli poniekąd odpowiednik „Certyfikatu Świeżości” (Certified Fresh) na Rotten Tomatoes. Oprócz ocen, przy każdym odnośniku do recenzji znajdziemy jej krótki fragment będący jednocześnie swego rodzaju podsumowaniem – ponownie podobnie jak na amerykańskim odpowiedniku. Oceniać mogą również użytkownicy, a średnia ich ocen prezentowana jest w taki sam sposób, a jedynie w innej ramce.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk, wszelkie prawa zastrzeżone.

Ta ostatnia funkcja jest dostępna również na Rotten Tomatoes, więc nasuwa się pytanie – skoro tak wiele jest wspólnych cech, to dlaczego warto w ogóle korzystać z polskiego agregatora? Ważnym powodem jest wspomniana już wcześniej czytelność strony. Korzystanie z niej jest o wiele przyjemniejsze i łatwiejsze niż w przypadku Rotten Tomatoes. Dobre, bo nasze – to kolejny powód. Oczywiście warto czasem nabrać światowej perspektywy, ale w amerykańskim serwisie bardzo często brakuje recenzji filmów polskich czy europejskich, które są dystrybuowane w naszym kraju. Dodatkowo nie każdy przecież posługuje się językiem angielskim na tyle, by poradzić sobie z recenzją w tym języku. Trzeci powód jaki zaproponuję, to przyszłość. Na Rotten Tomatoes nie doczekaliśmy się zbyt wielu przeobrażeń w ostatnich latach, natomiast Mediakrytyk, choć sporo młodszy, wprowadził już wiele pozytywnych zmian i zdaje się słuchać swoich użytkowników znacznie bardziej. Ogromna jest też różnica w sposobie wyświetlania ocen. W przypadku amerykańskiego serwisu mamy procent świadczący o tym, ilu krytyków nagrodziło film pozytywną oceną, a w przypadku polskiego – jaka jest średnia ocen krytyków. Na Rotten Tomatoes tę ostatnią też można podejrzeć, ale wiąże się to z dodatkowym kliknięciem, o czym nie wszyscy niestety wiedzą. Czytelnicy na całym świecie nauczyli się traktować wynik procentowy opatrznie. Zamiast czytać go jako „procent z jakim jest szansa, że uznasz ten film za przynajmniej niezły”, upatrują się w nim oceny. Jest to błędne założenie, bo 100% uznania może mieć zarówno film oceniony przez wszystkich krytyków na 6 (w skali 1-10), jak i film oceniony przez wszystkich na 10. Łatwo w ten sposób pomylić przeciętny film z wybitnym. Od tego problemu na szczęście wolny jest Mediakrytyk. Ostatnią zaletą polskiego agregatora, na którą zwrócę uwagę, jest fakt, o którym już wcześniej napomknąłem. Oprócz krytyków „zawodowych”, znajdziemy tu wiele ciekawych opinii stworzonych przez blogerów, vlogerów i innych zaangażowanych osób, które niekoniecznie utrzymują się z pisania recenzji. Dodaje to niesamowicie ciekawej perspektywy, której w Rotten Tomatoes próżno szukać.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk, wszelkie prawa zastrzeżone.

Na koniec wyznam jeszcze co marzy mi się zobaczyć pewnego dnia w serwisie Mediakrytyk. Pewnie nie trudno zgadnąć, że skoro filmy już są, a seriale będą niebawem, to w kwestii treści do pełni szczęścia brakuje mi tylko gier wideo. Mam nadzieję, że może kiedyś uda się zaimplementować taką funkcjonalność. Uważam, że znaleźliby się czytelnicy zainteresowani tą tematyką, a mnie nie udało się w polskiej części internetu znaleźć agregatora recenzji gier z prawdziwego zdarzenia. Przydałaby się również aplikacja mobilna, ale realia są takie, że pewnie już o tym pomyślano i jej publikacja jest tylko kwestią czasu. Mediakrytyk w lipcu skończył trzy lata i cieszy się tylko coraz większym zainteresowaniem. Serwis jest w pełni darmowy i nie wymaga rejestracji do przeglądania treści. Już dziś są zapowiadane nowe funkcje (w tym recenzje seriali) i duża rozbudowa. Mnie pozostaje tylko polecać, a Wam (jeśli jeszcze tego nie robicie) korzystać. Banner będący odnośnikiem znajdziecie w lewym dolnym rogu bloga.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mediakrytyk, wszelkie prawa zastrzeżone.

ZACZNIJMY OD KOŃCA, CZYLI MAKING OF BLOGA

Wiosną 2017 roku byłem już całkiem pewien, że w październiku zostanę studentem filmoznawstwa i wiedzy o nowych mediach. Po latach czytania i pisania różnych tekstów na temat audiowizualnej kultury i rozrywki (z których większość trafiła do „szuflady”), podjąłem decyzję o założeniu bloga, który mógłby być moją wizytówką w sieci, miejscem do publikacji moich tekstów i powolnego promowania swojego nazwiska w branży. Pomyślałem, że robiąc to na tak wczesnym etapie studiów, pewnie przegonię w tym moje koleżanki i moich kolegów. Pewnie by i tak było, gdyby nie fakt, że kiedy coś robię, to lubię się do tego przyłożyć. W ten sposób rozpocząłem proces, który okazał się być długi, męczący i kosztowny, a swój finał znalazł dopiero dziś, 15 sierpnia 2019 roku. W niniejszym wpisie inauguracyjnym postaram się nieco przybliżyć proces powstawania bloga. […]

Wiosną 2017 roku byłem już całkiem pewien, że w październiku zostanę studentem filmoznawstwa i wiedzy o nowych mediach. Po latach czytania i pisania różnych tekstów na temat audiowizualnej kultury i rozrywki (z których większość trafiła do „szuflady”), podjąłem decyzję o założeniu bloga, który mógłby być moją wizytówką w sieci, miejscem do publikacji moich tekstów i powolnego promowania swojego nazwiska w branży. Pomyślałem, że robiąc to na tak wczesnym etapie studiów, pewnie przegonię w tym moje koleżanki i moich kolegów. Pewnie by i tak było, gdyby nie fakt, że kiedy coś robię, to lubię się do tego przyłożyć. W ten sposób rozpocząłem proces, który okazał się być długi, męczący i kosztowny, a swój finał znalazł dopiero dziś, 15 sierpnia 2019 roku. W niniejszym wpisie inauguracyjnym postaram się nieco przybliżyć proces powstawania bloga.

SESJA PRZED PIERWSZĄ SESJĄ

Uznałem, że zanim bloga założę, postaram się o profesjonalne zdjęcia swojej osoby. Na udzielenie mi pomocy udało się namówić fotografkę, która była moim pierwszym wyborem, Sylwię Łęcką. Tą wspaniałą artystkę poznałem wiele lat temu i całe szczęście, bo sesja zdjęciowa wykonana przez kogoś, kto wielokrotnie publikował zdjęcia w prasie (w tym między innymi w tak legendarnym piśmie jak „Playboy”), była swego rodzaju zaszczytem. Dodam jeszcze, że w drobnych poprawkach przed korektą cyfrową, pomogła rewelacyjna makijażystka, którą znam chyba równie długo co Sylwię, ale którą dodatkowo gdzieś między pierwszym spotkaniem, a tą sesją, namówiłem również, by została moją żoną. Taki poziom profesjonalizmu sprawił, że sesji nie zepsuła ani moja aparycja, ani brak doświadczenia w modelingu. Kilka efektów tej pracy możecie obejrzeć na stronie O sobie, nieco dłużej i kontakt. Mnie pozostaje natomiast dziękować i polecić Wam komercyjną współpracę zarówno z Anią, jak i z Sylwią.

PIERWSZA PRÓBA I NIEPOWODZENIE

Kolejnym krokiem było podjęcie decyzji o tym, jak będzie się blog nazywał i jak go stworzyć od strony, nazwijmy to, technicznej. Pierwszy zamysł był taki, aby blog miał możliwie neutralną nazwę związaną z jego tematyką. Taki wybór sprawiłby, że blog byłby „otwarty” dla ewentualnych współautorów i był czymś więcej niż tylko blogiem osobistym. Pozwolę sobie nie wymieniać tutaj nazw, nad którymi myślałem, a napiszę tylko, że dwie różne domeny zarejestrowałem idąc za tym pomysłem (pierwsza była darmowa przez jakiś czas, za drugą zapłaciłem niewielką kwotę). Drugą z tych domen zarejestrowałem przez komercyjną wersję WordPressa, którą uznałem za najlepszą metodę prowadzenia bloga ze względu na sporą prostotę obsługi, mnogość szablonów i domenę .blog, która wyjątkowo przypadła mi do gustu. Wybrałem jeden z bezpłatnych szablonów, opublikowałem pierwszy wpis i… w zasadzie na tym skończyła się moja praca. Prosty, darmowy szablon nie pozwalał na zbyt wiele, nie miałem pomysłu na to jak graficznie można byłoby wzbogacić bloga, a ilość niezbędnej pracy okazała się zbyt duża w perspektywie codziennej pracy, studiowania i pozostałych zajęć. Po roku domena wygasła, a ja zdecydowałem o podjęciu próby jeszcze raz, po uprzednim doinwestowaniu w projekt.

DRUGA PRÓBA…

Od początku bieżącego roku powoli pracowałem nad blogiem. Zmieniłem koncept i postanowiłem, że będzie to blog osobisty, na którym będę publikował tylko ja, ewentualnie ktoś inny gościnnie. Zdecydowałem się też poprosić o pomoc w tworzeniu oprawy wizualnej kogoś, kto zna się na rzeczy, bo ja w tej kwestii posiadam jedynie podstawowe umiejętności. Znalezienie odpowiedniej osoby było poważnym wyzwaniem. Bardzo nie lubię szukać tego typu współpracy „w ciemno”, więc zacząłem wypytywać znajomych, ale chętnych nie znalazłem. Dopiero w czerwcu, użalając się nad moim losem kolejnej znajomej, Majce Jankowskiej, dowiedziałem się o kimś, kto miałby odpowiednie umiejętności i chciałby za odpowiednią opłatą pomóc mi z warstwą wizualną bloga. Majka poznała nas ze sobą i z drobnymi przerwami, pracowałem wraz z Bartkiem Żuberem (odnośnik do jego profilu na Instagramie znajdziecie również w lewym dolnym rogu) nad grafikami na bloga aż do dziesiątego dnia sierpnia, a efekty tej współpracy możecie zobaczyć dookoła. W tym miejscu czas na kolejną reklamę dwójki wspaniałych ludzi. Majka, specjalistka nie tylko od filmów, ale i prawa, zgodziła się pomóc mi w kwestii praw autorskich. Bartek natomiast jest bardzo zdolnym artystą, z którym współpraca była czystą przyjemnością – grafiki powstawały w terminie, a Bartek był bardzo otwarty na wszelkiego rodzaju sugestie i pomysły. Nie wiem czego więcej można oczekiwać od grafika. Również dziękuję i również polecam każdej zainteresowanej współpracą osobie.

…I (MAM NADZIEJĘ) SUKCES

Nie przeciągając już więcej, dodam jeszcze, że pewien etap, który znacznie się przeciągnął, udało mi się tym wpisem zamknąć. Ze swojej strony na pewno dołożę wszelkich starań, by nie powtórzyć porażki pierwszej próby. Mam jednak przeczucie, że tym razem będzie inaczej. Parafrazując klasyka – myślę, że to początek przepięknej przygody.

Fragment kadru z filmu „Casablanca” (1942), wszelkie prawa należą do Warner Bros., źródło: IMDb.