RECENZJA FILMU „OSTATNIA GÓRA” (2019)

K2 jeszcze nikomu nie udało się zdobyć zimą. Sama próba wejścia na ten szczyt jest ekstremalnie trudna. W tym roku widzowie na całym świecie mogą towarzyszyć polskim wspinaczom w ich podejściu do ośmiotysięcznika i to nie ryzykując życiem, a co najwyżej upadkiem z fotela. Z wrażenia. […]

K2 jeszcze nikomu nie udało się zdobyć zimą. Sama próba wejścia na ten szczyt jest ekstremalnie trudna. W tym roku widzowie na całym świecie mogą towarzyszyć polskim wspinaczom w ich podejściu do ośmiotysięcznika i to nie ryzykując życiem, a co najwyżej upadkiem z fotela. Z wrażenia.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ostatnia góra” (2019), wszelkie prawa należą do Mayfly.

Dokument opowiada o losach wyprawy na drugą co do wysokości górę świata, która odbyła się pomiędzy rokiem 2017 a 2018. Kierował nią jeden z najbardziej wybitnych w historii wspinaczy, Krzysztof Wielicki, dla którego była to już kolejna próba zdobycia tego szczytu zimą. Jego ekipie udało się osiągnąć poziom około 7400 metrów nad poziomem morza. Z powodu przedłużającej się niekorzystnej sytuacji pogodowej i namnażających się problemów, po aż ponad dwóch miesiącach spędzonych na ośmiotysięczniku, wyprawa została zakończona.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ostatnia góra” (2019), wszelkie prawa należą do Mayfly.

Byłem przerażony oglądając po raz pierwszy Everest (2015). Film wprawdzie miał swoje problemy z warstwą narracyjną, ale same zdjęcia i świadomość, że to inscenizacja prawdziwych wydarzeń, przyprawiały o lekkie zawroty głowy. Ostatnia góra to zapis dokumentalny, więc odczucia podczas seansu są dodatkowo spotęgowane. Na ekranie widzimy niemałą część problemów, na jaki natknęli się wspinacze. Między innymi: rany, nieporozumienia, niemal cudowne uniknięcia śmierci, rozmowy z bliskimi czekającymi w domu oraz oczywiście próba ratowania Tomasza Mackiewicza i Elisabeth Revol, którą śledziły w mediach miliony, nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ostatnia góra” (2019), wszelkie prawa należą do Mayfly.

Reżyserem Ostatniej góry jest Dariusz Załuski, wspinacz, a przy tym filmowiec, który jest również odpowiedzialny za część wykonanych zdjęć. Wiadomo, w takich warunkach trudno wymagać czegokolwiek, nie można liczyć na dodatkowe oświetlenie czy powtórzenie nagrania. Często trzeba się zadowolić tym co jest, więc pozostałą część zdjęć wykonali inni członkowie ekipy Wielickiego. Złożenie wszystkich nagrań w jedną i spójną kompozycję na pewno było nie lada wyzwaniem. Reżyserowi jednak się to udało, a moim zdaniem efekt końcowy jest więcej niż zadowalający. Dokument od samego początku unika zbędnych wprowadzeń i rzuca widza prosto w wir wydarzeń. Tempo nigdy nie zwalnia, chociaż w rzeczywistości oczywiście wspinaczom zdarzały się „przestoje”, które tutaj zostały umiejętnie wycięte. Co więcej, całość jest zmontowana tak, by opowiadać pomniejsze historie z wyprawy, czerpiąc przy tym z rozmaitych gatunków i podgatunków filmowych. Mamy do czynienia na przykład z thrillerem, gdy wspinacze mierzą się uciekającym czasem, lawiną i spadającymi kamieniami. Jest oczywiście wątek dramatyczny w postaci konfliktu pomiędzy grupą a Denisem Urubko, który w pewnym momencie postanawia zdobyć szczyt samodzielnie i bez pozwolenia. Jest przygoda, dużo wątków komediowych i elementy komediodramatu. Przy akcji ratunkowej pojawiają się znamiona filmu katastroficznego i ponownie tragicznego dramatu (nawet psychologicznego) po odnalezieniu samej Revol. Taka mieszanina w przypadku dokumentów to rzadkość i element podkreślający wyjątkowość Ostatniej góry. Umiejętnie prowadzona „narracja”, piękne i przytłaczające zdjęcia, prawdziwy ludzki dramat, który angażuje widza – czegóż więcej można wymagać?

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ostatnia góra” (2019), wszelkie prawa należą do Mayfly.

Zdecydowanie jest to jeden z najwybitniejszych filmów nagranych kiedykolwiek na tak dużej wysokości. Nawet jeśli zdobywanie szczytów nie leży w kręgu zainteresowań potencjalnego widza, to nie wyobrażam sobie jak mógłby on oglądać Ostatnią górę i nie poczuć szybciej bijącego serca. To jeden z tych przypadków, w których rzeczywistość jest od fikcji bardziej przerażająca i ciekawa zarazem.

Ikona oceny 5.

UWIKŁANI W MAŁŻEŃSTWO, CZYLI TEORIA JUDITH BUTLER A FILM „ŻONA” (2017)

W 1990 roku amerykańska filozofka, Judith Butler, opublikowała książkę pod tytułem „Uwikłani w płeć”. Dość szybko okazało się, że był to przełom w ruchu feministycznym, a także podwalina teorii odmienności, zwanej z angielskiego queer theory. […]

W 1990 roku amerykańska filozofka, Judith Butler, opublikowała książkę pod tytułem „Uwikłani w płeć”. Dość szybko okazało się, że był to przełom w ruchu feministycznym, a także podwalina teorii odmienności, zwanej z angielskiego queer theory. W książce tej po raz pierwszy padło pojęcie performatywności płci. Butler stwierdziła, że płeć społeczno-kulturowa jest konstruktem, który ludzkość nieustannie odgrywa i powtarza. Poprzez używanie wypowiedzi perfomatywnych, jak na przykład słynne na porodówce „to chłopiec”, człowiek tworzy płcie, a przez przykładowo wypowiadane podczas zaślubin „ogłaszam was mężem i żoną” – role. Dziecko staje się chłopcem, osoba mężem lub żoną. Zdaniem Butler człowiek nie rodzi się kobietą lub mężczyzną w znaczeniu płci kulturowej, ale właśnie poprzez te performatywne zabiegi zostaje przystosowany do konkretnej roli. Filozofka wskazuje również, że poprzez tego typu kulturowe konstrukty, powtarzane od wieków w patriarchalnym społeczeństwie, rola kobiety znajduje się w gorszej pozycji od roli mężczyzny. Tożsamość kulturowa kobiet polega wręcz na podporządkowaniu się mężczyznom i stanowieniu swoistego tła w zdominowanej przez mężczyzn narracji. Powielanie tego typu relacji jest częste w kulturze popularnej, w tym także w filmie.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

W kinematografii przez wiele lat ukazywano kobietę jako rekwizyt w świecie mężczyzn. W dobie kina klasycznego kobieta bardzo rzadko była czymś więcej, niż postacią drugoplanową, damą w opałach, którą męski heros miał sposobność uratować, czy przedmiotem natury seksualnej pełniącym funkcję atrakcji wizualnej dla widza, oczywiście płci męskiej. Z czasem zaczęto eksperymentować i „dopuszczać” kobiety do czegoś więcej. Oczywiście z biegiem lat rola kobiety w filmie stawała się coraz ważniejsza, doczekaliśmy się emancypacji politycznej kobiet i w końcu także kina feministycznego, z silnymi, niezależnymi postaciami, które nie tylko nie pełnią funkcji breloczka, ale wręcz stanowią o istocie narracji. Niestety nawet dziś społeczeństwo wciąż jest mocno patriarchalne, co widzimy na przykład obserwując politykę czy rynek pracy, a w filmowych światach wciąż potrzebujemy więcej niezależności płciowej i mniej narzucania ról społecznych przez sam fakt urodzenia się z danym zestawem cech fizycznych.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

Oglądając Żonę Björna Runge, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że oto mam do czynienia z idealnym zobrazowaniem tego, jak płeć biologiczna definiuje role społeczno-kulturowe.  Struktura narracyjna tego obrazu jest  skonstruowana w ten sposób, że głównym wątkiem fabularnym jest historia starszego małżeństwa żyjącego w czasach nam współczesnych, a resztę historii poznajemy poprzez wspomnienia głównej bohaterki, którymi film jest poprzeplatany. Joan Castleman, grana przez Glenn Close, jest żoną Josepha Castlemana (w tej roli Jonathan Pryce), uznanego literata, ojca dwójki dzieci. Małżeństwo zdaje się być szczęśliwe, a para żyć „długo i szczęśliwie”. Wkrótce otrzymują telefon ze Sztokholmu – Joseph zostaje laureatem nagrody Nobla w dziedzinie literatury. W reakcji na tę informację oboje zaczynają skakać po łóżku i cieszyć się jak małe dzieci. Małżeństwo podróżuje do Szwecji, melduje się w hotelu i przygotowuje do ceremonii, a w międzyczasie widzimy poprzez wspomnienia Joan jak para poznała się pod koniec lat pięćdziesiątych. On był wówczas młodym, przystojnym i żonatym profesorem, a także świeżo upieczonym ojcem, ona jeszcze młodszą studentką, która razem z koleżanką spijała każde słowo z jego natchnionych ust. „Pisarz musi pisać” – mówi podniośle profesor Castleman. Joan jest oczarowana i szybko rozpoczyna romans z Josephem.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

Na tym etapie widzowi zapalają się pierwsze lampki ostrzegawcze, a kiedy obserwuje on później parę w Sztokholmie, na jaw powoli zaczynają wychodzić niewygodne prawdy. Joseph zachowuje się narcystycznie i flirtuje z młodą kobietą z Fundacji Nobla. Choć podkreśla jak bardzo kocha żonę, jeszcze mocniej akcentuje, że jest ona jego oparciem, a sama „nie pisze”. Widzimy jak Joan coraz bardziej oddala się od męża, a wizerunek udanego małżeństwa zmienia się w krajobraz po bitwie. W końcu mamy do czynienia z fabularnym twistem (jeśli jesteście przed seansem i chcecie uniknąć spoilerów, to skończcie czytać w tym miejscu), który z każdą kolejną odkrytą kartą staje się coraz bardziej nieuchronny. We wspomnieniach Joan, Joseph okazuje się być nie tym za kogo się podaje. Pomimo umiejętności konstruowania wzniosłych stwierdzeń, nie jest popularnym autorem i nikt nie zgłasza chęci publikacji jego dzieł. Joan po zapoznaniu się z jego twórczością dostrzega, że Joseph wielkim autorem nie jest i nie zostanie. Sama próbuje przebić się w literackim świecie, ale w bolesny sposób przekonuje się, że choć posiada odpowiednie predyspozycje, wydawcy nie są zainteresowani ambitnymi tekstami kobiety. Są lata sześćdziesiąte i kobieta mile widziana jest w kuchni, albo z dziećmi u boku męża, a nie jako głos literacki. W ten sposób dochodzi do „zbrodni” popełnionej przez małżeństwo – ona zaczyna pisać literackie arcydzieła, a on sygnuje je swoim męskim imieniem, jednocześnie spędzając czas w kuchni i z dziećmi. Para ściśle pilnuje tej tajemnicy i ukrywa prawdziwą tożsamość wybitnego autora nawet przed swoimi dziećmi. Znów przenosimy się w czasie do Sztokholmu. W Joan coś pęka. Kropla przepełnia czarę. Obserwując męża uświadamia sobie, że bez niej byłby nikim, że to jej należy się literacki Nobel. Zdaje się być zła na cały świat, przede wszystkim za to właśnie, w jaki sposób został urządzony.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

Nie zdradzając za bardzo finału, ostatecznie Joan staje się kimś więcej niż tylko tytułową żoną. Nie dlatego, że społeczne konstrukty nagle znikają, ale ponieważ sama bohaterka uświadamia sobie, że jest czymś więcej niż tym, co narzuciło jej społeczeństwo. Przeżywa prawdziwe katharsis, kiedy zdaje sobie sprawę, że choć całe jej życie kształtowane było przez performatywność płci, to nie musi tak pozostać. Nie musi być żoną. Nikt nie powinien zabraniać jej zostania autorką. Co najważniejsze, dzięki temu odkryciu chce ustrzec swoje dzieci przed podobnym losem. Postanawia opowiedzieć im całą prawdę o niej i ich ojcu, w nadziei na to, że dzięki temu sami będą w stanie definiować swoją płeć kulturową.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

Wydźwięk Żony jest w mojej opinii bardzo istotny w dzisiejszych czasach. Słodko-gorzkim potwierdzeniem tego jest fakt, że od pomysłu na film do jego zrealizowania minęło aż czternaście lat. Glenn Close, która za rolę Joan została nominowana do Oscara, otwarcie odpowiadała dlaczego musiało minąć tak dużo czasu. Scenariusz napisany przez Jane Anderson, wkrótce po opublikowaniu książki Meg Wolitzer, na której jest oparty, był regularnie odrzucany przez producentów (oczywiście w zdecydowanej większości mężczyzn). Obawiano się, że film pod takim tytułem, z kobiecą protagonistką, nie będzie w stanie na siebie zarobić. Padło nawet stwierdzenie, że scenariusz jest mizoandryczny. Na szczęście w końcu pojawiły się pieniądze (Close podkreślała w wywiadach, że pochodziły prawie w całości z Europy), znalazł się reżyser i jakoś udało się doprowadzić projekt do końca. Na fali ruchu „Me Too” z ubiegłego roku, film dostał nawet skrzydeł w wyścigu po najważniejszą nagrodę. Niestety udało się przeforsować tylko nominację za żeńską rolę pierwszoplanową i co gorsze, aktorka ten bój przegrała. Byłem gotów postawić na Close wszystkie pieniądze, biorąc pod uwagę, że pozostałe nominacje otrzymały Yalitza Aparicio (debiut na ekranie), Melissa McCarthy (rola chwalona, ale nie jako „oscarowa”), Lady Gaga („duże” nazwisko, ale niekoniecznie w tej branży) i Olivia Colman (na ekranie w „pierwszoplanowej” roli przez mniej niż połowę filmu). Statuetkę zgarnęła ta ostatnia i w swojej przemowie powiedziała, że Glenn Close jest od dawna jej źródłem inspiracji i nie tak tego chciała. O Żonie większość z nas zapomni, tak samo jak o tym nietypowym wyborze laureatki nagrody Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Szkoda, bo powinniśmy, jak Joan i aktorka, która powołała ją do życia, głośno mówić o tym, że płeć, to coś więcej niż narzucana nam z góry norma. Joan należał się Nobel, a Glenn – Oscar.

Fragment kadru z filmu „Żona” (2017), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics.

BIBLIOGRAFIA

Barker C., Studia kulturowe. Teoria i praktyka, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2005.

RELACJA Z PIERWSZEGO DNIA BYTOM FILM FESTIVAL

W tym roku miałem możliwość po raz pierwszy odwiedzić Bytom Film Festival. […]

W tym roku miałem możliwość po raz pierwszy odwiedzić Bytom Film Festival. Mogłem być obecny tylko w pierwszym dniu, ale nawet ten krótki czas wystarczył mi, żeby się w tym wydarzeniu zakochać.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Bytom Film Festival.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Bytom Film Festival, wszelkie prawa zastrzeżone.

Bytomski festiwal pojawił się w kalendarzach pasjonatów kina po raz piąty. Jest on o tyle wyjątkowy, że popularyzuje nie tylko filmy, ale również krytykę filmową. To młoda impreza, tworzona również przez młodych ludzi, a przez to wolna od kłopotliwych naleciałości i dobrze zapowiadająca się na przyszłość. Filmowcy i widzowie, krytycy i blogerzy – wszyscy spotykają się przy okazji rozmaitych prelekcji, seansów, warsztatów czy dyskusji i tworzą absolutnie unikatową atmosferę.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Bytom Film Festival.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Bytom Film Festival, wszelkie prawa zastrzeżone.

Na autostradzie do Bytomia natrafiłem na problemy – stłuczka, do której doszło wcześniej gdzieś na horyzoncie, wymusiła na mnie i innych kierowcach awaryjne hamowanie. Mnie udało się ujść z tego cało, ale w lusterku wstecznym widziałem kolizję samochodów jadących bezpośrednio za mną. Zaowocowało to korkiem, przez co z kolei ja niestety spóźniłem się niecały kwadrans na pierwsze wydarzenie, którym były warsztaty pod tytułem „Czy blogerzy zastąpią krytyków filmowych?”. Byłem bardzo podekscytowany tym spotkaniem, ale szczerze muszę przyznać, że okazało się być rozczarowaniem. Prowadził je w Bytomskim Centrum Kultury Michał Hernes wraz z Mateuszem Rotem (obaj panowie z bloga Watching Closely) i żadnemu z nich nie odmówię doświadczenia, ani chęci do dzielenia się nim z innymi. Być może problemem była wyjątkowo niska średnia wieku wśród zgromadzonych gości festiwalu, ale nie nazwałbym tego wydarzenia warsztatami. Panowie opowiadali o swoich przygodach, o tym co dało im blogowanie i jak nie warto się poddawać, bo sukces może nadejść w każdej chwili. Do tego omówili krótko kilka slajdów o sporze krytyków z blogerami. Zdecydowanie zabrakło konkretnych i praktycznych wskazówek oraz ożywionej dyskusji na zadane w tytule pytanie. Spotkanie trwało też nieco krócej niż w programie, a dzięki temu mogłem udać się na spacer zapoznawczy po Bytomiu.

5. Bytom Film Festival.
5. Bytom Film Festival, wszelkie prawa zastrzeżone.

Wiele czasu na zwiedzanie nie miałem, ale miasto wydaje mi się być bardzo urokliwe. Byłem już wcześniej wiele razy na Śląsku i po tym krótkim spacerze jestem pewien, że to jedno z najciekawszych miejsc w okolicy. Wracając do „Beceku” na pokaz konkursowych krótkometrażowych filmów dokumentalnych, pomyślałem, że przy okazji kolejnego festiwalu wygospodaruję więcej czasu dla Bytomia. Powrót ze spaceru wynagrodził mnie bardzo ciekawymi filmami. Ze zgłoszonych obrazów wybrano do konkursu sześć. Fuck, it’s biology (2019), Gość (2018) i Zuzia (2019) to bardzo intymne dokumenty, odsłaniające dusze i serca swoich bohaterów. Dziwor (2019) i Połączeni (2018) są inne, odrobinę ekscentryczne jak ich tematy, ale również bardzo ciekawe. Jedynie Ul (2018) jakoś nie przypadł mi do gustu, ale wiadomo – gusta są rozmaite i może dla kogoś akurat to był najlepszy film.

5. Bytom Film Festival.
5. Bytom Film Festival, wszelkie prawa zastrzeżone.

Po przerwie obiadowej udałem się do pobliskiego Cinema City. Tam prezentowana była Z-boczona historia kina (2006). Poprzedzona została krótką prelekcją z ekranu, poprowadzoną przez Kubę Mikurdę, specjalistę od między innymi Slavoja Žižka, który jest z kolei głównym „bohaterem” filmu. Nie miałem wcześniej okazji obejrzeć tego dwuipółgodzinnego wykładu Słoweńca stworzonego wraz z Sophie Fiennes. Nie był to łatwy seans, ale na pewno pobudzający intelektualnie i dający ciekawą perspektywę na niektóre klasyki kina.

5. Bytom Film Festival.
5. Bytom Film Festival, wszelkie prawa zastrzeżone.

Ostatnie wydarzenie, w którym uczestniczyłem, to uroczysta inauguracja festiwalu, połączona z projekcją Ostatniej góry (2019) i dyskusją z jej reżyserem, Dariuszem Załuskim. W roli prowadzącego otwarcie i moderatora rozmowy z twórcą filmu, wystąpił Tomasz Pytko, którego jeśli się nie mylę, widziałem już trzykrotnie w podobnych okolicznościach, i który również tym razem wypadł bardzo dobrze. Przedstawiono twórców festiwalu i osoby, które w znamienny sposób przyczyniły się do zaistnienia jego kolejnej edycji. Następnie z entuzjazmem oficjalnie otwarto Bytom Film Festival i rozpoczęła się projekcja filmu. Ostatnia góra zdecydowanie zasługuje na osobny tekst, który postaram się niebawem przygotować, ale już teraz wyznam, że jest to dokument wyjątkowy. Ogląda się go jak połączenie dobrego thrillera z filmem katastroficznym i komediodramatem. Niesamowita mieszanka, którą już teraz polecam. Po seansie odbyła się dyskusja z reżyserem, a po niej udało mi się jeszcze z nim samemu krótko porozmawiać. Pan Dariusz, oprócz tego, że pisze scenariusze i kręci filmy, jest wybitnym wspinaczem i zdobywcą między innymi pięciu ośmiotysięczników. Możliwość zapytania go o pewne kulisy filmowania próby zdobycia K2 zimą (warto nadmienić, że jest to wciąż nieosiągnięty przez nikogo wyczyn), zdecydowanie była dla mnie najcenniejszą chwilą dnia. Udało mi się zorganizować wspólne zdjęcie, które znajdziecie na moim Instagramie. W końcu, zmęczony wsiadłem z powrotem do samochodu i jeszcze w pierwszej godzinie kolejnego już dnia dojechałem – tym razem bez przygód – do Krakowa. Ten jeden dzień będę jeszcze długo wspominać i już teraz odliczam dni i miesiące do kolejnej edycji Bytom Film Festival, co i Wam rekomenduję.

5. Bytom Film Festival.
5. Bytom Film Festival, wszelkie prawa zastrzeżone.

RECENZJA FILMU „PEŁZAJĄCA ŚMIERĆ” (2019)

Nie ukrywam, że animal attack to jeden z moich ulubionych rodzajów horrorów. Nie ukrywam też, że byłem podekscytowany zbliżającą się premierą „Pełzającej śmierci” po obejrzeniu zwiastuna. […]

Nie ukrywam, że animal attack to jeden z moich ulubionych rodzajów horrorów. Nie ukrywam też, że byłem podekscytowany zbliżającą się premierą „Pełzającej śmierci” po obejrzeniu zwiastuna. Huragan, aligatory, ograniczone przestrzenie, lubiana przeze mnie aktorka, reżyser i producent znający realia gatunku – czy coś mogło pójść nie tak?

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures, źródło: IMDb.

Kaya Scodelario gra Haley Keller, studentkę Uniwersytetu Florydy, która zdaje się aspirować do miana zawodowej pływaczki (ciekawostka – drużyna sportowa tego uniwersytetu nazywa się Florida Gators i wśród swoich wychowanków ma bardzo dużą ilość złotych medalistów olimpijskich). Jej siostra dzwoni do niej, bo oto do wybrzeża Florydy zbliża się huragan piątej kategorii. To jeden z największych grzechów fabularnych Pełzającej śmierci. W rzeczywistości ostatni tego typu huragan, Michael, uderzył we Florydę 10 października 2018 roku zostawiając ogromne zniszczenia. Miałem okazję śledzić towarzyszące tej tragedii wydarzenia w relacjach telewizyjnych amerykańskich stacji i nie daje mi spokoju jak lekceważąco podeszli do tej kwestii twórcy obrazu. Osoby znajdujące się na drodze Michaela były ewakuowane obowiązkowo. Niewątpliwie nie oznacza to, że nikomu się nie udało od tego uciec, ale uniwersytety były zamknięte dzień wcześniej, a sama ewakuacja zaczęła się na dwa dni przed uderzeniem. Ogromna ilość ludności w ogóle nie czekała na władze, tylko uciekała jak najdalej i jak najprędzej. Nie rozumiem zatem jak film próbuje przekonać widza, że w dniu uderzenia dziewczęta uczestniczą w zawodach, a główna bohaterka dopiero po telefonie siostry zaczyna zastanawiać się nad tym, czy mieszkający w pobliżu ojciec jest bezpieczny. Haley postanawia wyruszyć na poszukiwania ojca, który nie odbiera telefonów, oczywiście wbrew zaleceniom wszystkich dookoła. W jego mieszkaniu znajduje tylko psa (zapamiętajcie, w razie huraganu o ogromnej sile zniszczenia, zostawcie swoje zwierzaki na pewną śmierć) i rusza dalej, do starego domu rodzinnego, który podobno został sprzedany lata temu (logiczne, że najlepiej szukać zaginionych w miejscach, w których nie mają interesu się znajdować). Ojca – w tej roli nie byle kto, bo Barry Pepper znany między innymi z Szeregowca Ryana (1998), Zielonej Mili (1999), czy Prawdziwego męstwa (2010) – ostatecznie udaje się odnaleźć w piwnicy. Jest nieprzytomny, a do paska ma przytwierdzony zestaw małego budowlańca. Najwidoczniej domowe naprawy w piwnicy to najlepszy sposób na zabicie czasu w oczekiwaniu na niszczycielską siłę. Nasza protagonistka, próbując wyciągnąć ojca z piwnicy, cudem uchodzi z życiem swoim i rodzica, po spotkaniu z żądnym krwi aligatorem. Budowlaniec w końcu dochodzi do siebie i oboje muszą walczyć z powodzią i stadem olbrzymich gadów, podczas gdy widzowie zmuszeni są toczyć jeszcze bardziej wymagającą walkę z kiepskim scenariuszem.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures, źródło: IMDb.

Mam nadzieję, że nie zostanę źle zrozumiany, horror – zwłaszcza taki z atakującymi zwierzętami czy potworami – to jak najbardziej miejsce na pewne ustępstwa. Nie mam nic przeciwko zwierzętom zniekształconym, zmutowanym czy unikatowym, tak długo jak coś uzasadnia ich istnienie. Reżyser, Alexandre Aja, w wywiadach przyznał jednak, że nie chciał opowiadać o radioaktywnych potworach z chęcią zemsty, tylko pokazać gady takimi, jakie są w rzeczywistości, więc… oparł swoje badania na filmikach znalezionych w internecie. Ojciec Haley też zapewnia swoją córkę, że doskonale zna zachowania aligatorów, podrzucając widzom, od czasu do czasu, jakąś ciekawostkę. Cóż, obu poleciłbym zmianę źródeł wiedzy o tych gadach. Gatunek, z którym mamy tu do czynienia, to aligator amerykański (Alligator mississippiensis), rzeczywiście tak popularny na Florydzie, że można go spotkać przy większości zbiorników wodnych. Zgadzają się również jego gigantyczne rozmiary, samce mogą osiągnąć nawet niecałe pięć metrów i ważyć prawie pół tony. Podczas huraganu zwierzęta zdecydowanie mają też prawo być bardziej rozdrażnione niż w innych warunkach. Ale czy rzeczywiście to tak agresywne, polujące na ludzi bestie? Zdecydowanie nie. Według danych Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody, w latach 2000-2007, na Florydzie odnotowano średnio niecałe jedenaście ataków aligatorów na ludzi w skali roku. Poniżej 6% z tych ataków okazało się śmiertelne, czyli delikatnie upraszczając, można przyjąć, że w całym stanie Floryda z powodu ataku aligatorów zginęło około pięciu osób w ciągu tych siedmiu lat. Nie zdradzając szczegółów napiszę tylko, że Pełzająca śmierć nic sobie z tych statystyk nie robi. Podobnie jak z innych faktów zresztą. Przykładowo nasza pływaczka jest w stanie uciekać w wodzie aligatorom. Medaliści olimpijscy osiągają maksymalną prędkość w wodzie wynoszącą około 6-8 km/h, a aligatory amerykańskie około 30 km/h. Sytuacji nie poprawia też fakt, że niskobudżetowe efekty komputerowe wyglądają mizernie. Oczywiście wielokrotnie w kinie udowadniano, że widz nie musi widzieć potwora, żeby się go bać, ale tutaj twórcy postanowili jednak całkiem sporo pokazać i skutek jest marny.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures.

Skoro reżyser nie zna się na huraganach i drapieżnych gadach, to może chociaż zna się na ludziach? Śmiem twierdzić, że też nieszczególnie. W tle całej historii rozbrzmiewa smętny dramat rodzinny. Rodzice Haley się rozstali, ojciec od dziecka wmawiał jej, że jest stworzona do pływania, i że nie może się poddawać, bohaterka żyje z poczuciem winy i tak dalej. Te scenki z domowego życia przerywają co rusz akcję, dłużąc się niemiłosiernie. Oglądając je, przyszedł mi na myśl inny film o kobiecie walczącej z drapieżnikiem, 183 metry strachu (2016), ale tam, oprócz podobnej klasy motywów rodzinnych, przynajmniej mogliśmy przeżywać osamotnienie bohaterki. Tutaj mamy tylko usypiającą dyskusję córki z ojcem. Najlepszą recenzją tej części Pełzającej śmierci niech będzie fakt, że po około godzinie zaśmiałem się w kinie pod nosem, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że od jakiejś chwili kibicuję aligatorom.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures, źródło: IMDb.

Scenariusz zatem nie broni się pod żadnym względem. Za tę mało ambitną lekturę odpowiedzialni są bracia, Michael i Shawn Rasmussen, którzy wcześniej sami wyreżyserowali dwa, nieprzyjęte zbyt ciepło, horrory. Za ich największe osiągnięcie uznałbym współpracę z Johnem Carpenterem przy Oddziale (2010), aczkolwiek to dzieło również spotkało się z negatywną krytyką. Podobnie niezachwycające jest CV reżysera, którego życiowym osiągnięciem była nominacja do Złotej Palmy w Cannes, za najlepszy film krótkometrażowy w 1997 roku. Od tego wydarzenia francuski twórca kręcił co najwyżej przeciętnie oceniane horrory jak Wzgórza mają oczy (2006), Pirania (2010) czy Rogi (2013). Warto wywołać do tablicy jeszcze dwa nazwiska, które z pewnością wyróżniają się na plakatach i w zapowiedziach filmu. Pierwsze z nich należy do producenta, Sama Raimiego. Nazwisko rzeczywiście dość znaczące, ale nie należy zapominać, że jako producent ten pan już nie jedno fiasko widzom zaserwował i tak jest również w tym przypadku. Poniekąd nie ma co się dziwić, dla niego najważniejsze jest żeby film zarabiał, a z tym akurat jest dość łatwo w przypadku niskobudżetowych horrorów. Czy może więc chociaż ostatnie nazwisko uratuje honor Pełzającej śmierci? Niezupełnie, ale wspomniana już wcześniej Kaya Scodelario naprawdę dała popis solidnej gry aktorskiej i przynajmniej jej nie mam nic do zarzucenia. Na plus zaliczyłbym jeszcze ukłony składane w stronę klasyków gatunku takich jak Szczęki (1975) czy Park Jurajski (1993), ale wiele więcej walorów tego obrazu niestety nie znalazłem.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pełzająca śmierć” (2019), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures, źródło: IMDb.

Pojawiające się recenzje filmu są raczej pozytywne. Krytycy chwalą go za solidną porcję rozrywki przy wiaderku prażonej kukurydzy, a widzowie są zachwyceni intensywnością przeżyć podczas seansu. Może jeśli ktoś ma mgliste pojęcie o huraganach i aligatorach, nie przeszkadza mu sztuczność efektów z komputera, nielogiczne wybory bohaterów, oraz nudne i oklepane dramaty rodzinne, to znajdzie w tym horrorze coś dla siebie. Osobiście wolę popłynąć pod prąd i napisać, że Pełzająca śmierć jest znośna, ale na pewno nie dobra i postarać się o niej zapomnieć, przynajmniej do czasu premiery, zdaje się, że nieuchronnego już sequela.

Ikona oceny 3.

RECENZJA FILMU „ATALANTA” (1934)

Jean Vigo zmarł w wieku 29 lat, czyli dokładnie w takim wieku, w jakim jestem spisując te słowa. Ten francuski reżyser zrealizował zaledwie cztery filmy, w tym tylko jeden pełnometrażowy. Ostatni z nich okazał się być ukoronowaniem jego kariery i gwoździem do trumny jednocześnie. […]

Jean Vigo zmarł w wieku 29 lat, czyli dokładnie w takim wieku, w jakim jestem spisując te słowa. Ten francuski reżyser zrealizował zaledwie cztery filmy, w tym tylko jeden pełnometrażowy. Ostatni z nich okazał się być ukoronowaniem jego kariery i gwoździem do trumny jednocześnie. 85 lat później postanowiłem sprawdzić dlaczego do dziś budzi zarówno kontrowersje, jak i wywołuje okrzyki zachwytu.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Vigo urodził się w 1905 roku, w Paryżu. Jego ojciec, Eugène Bonaventure Jean-Baptiste Vigo, był dziennikarzem, anarchistą, socjalistą i wielkim przeciwnikiem wojny. Zmarł w więzieniu, w wieku 34 lat, najprawdopodobniej zamordowany. Jean był wtedy tylko chłopcem i dla bezpieczeństwa został wysłany pod fałszywym nazwiskiem do szkoły z internatem. Do matki wrócił u progu dorosłości, a naukę kontynuował w liceum i następnie na studiach. W 1929 roku, Vigo ożenił się z poznaną kilka lat wcześniej córką łódzkiego przemysłowca, Elżbietą Łozińską, co ciekawe ciotką innego reżysera, Marcela Łozińskiego. Na tym polskie akcenty się nie kończą. Dzięki teściowi Vigo wszedł w posiadanie swojej pierwszej kamery i zaczął pracę nad swoim debiutem reżyserskim. W tamtym czasie poznał też urodzonego w Białymstoku operatora Borisa Kaufmana, brata Dzigi Vertova (urodzonego jako Dawid Abelowicz Kaufman) i Michaiła Kaufmana. Ci ostatni dwaj znani byli i są nadal przede wszystkim z Człowieka z kamerą (1929), który był bardzo innowacyjny wizualnie jak na tamte czasy. Tym też filmem zainspirował się Vigo tworząc swoje pierwsze dzieło, A propos Nicei (1930). Razem z Borisem udowodnili, że są twórcami wyjątkowymi również w kolejnych dwóch krótkich metrażach, przy czym dla Atalanty ważniejszy jest ten drugi w dorobku reżysera, Taris, roi de l’eau (1931). To właśnie na planie tego około dziesięciominutowego dokumentu o francuskim pływaku olimpijskim, Vigo i Kaufman opanowali ujęcia podwodne, które zostały wykorzystane w najpiękniejszej, moim zdaniem, scenie Atalanty.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Tytułowa „L’Atalante” to nazwa barki, na której swój „miesiąc miodowy” zamierza spędzić jej kapitan, Jean (Jean Dasté), wraz z dopiero co poślubioną Juliette (Dita Parlo). Oprócz małżonków załogę statku stanowią jeszcze Jules (Michel Simon) i jego młodziutki pomocnik (Louis Lefebvre). Statek ma za zadanie dostarczyć towar do Paryża. Świeżo upieczona żona fantazjuje zaś o wielkomiejskim życiu. Sama wychowywała się na wsi, więc z zainteresowaniem słucha starego Julesa i ogląda niesamowite pamiątki w jego kabinie (między innymi dłonie starego przyjaciela zakonserwowane w słoiku). Marynarz jest dla niej czymś egzotycznym, choć idealnie wpisuje się w archetyp wilka morskiego – przesądny, wytatuowany od stóp do głów, posiadający całe stado kotów pokładowych i jeszcze więcej historii do opowiedzenia. To zafascynowanie kończy się niestety szybko. Jean nie jest zadowolony z tego, że jego żona spędza czas w kajucie Julesa. Szybko wpada w szał i swoim ekscesem traumatyzuje Juliette. Po dotarciu do Paryża, para udaje się na tańce. Tam kobieta trafia na zalotnika i dobra zabawa jest po raz kolejny zakończona przez zazdrosnego męża. Finał złości Jeana przypada na odkrycie, że jego żona wymknęła się z barki, by pozwiedzać miasto. Wściekły kapitan postanawia odpłynąć bez niej i para zostaje rozdzielona. Uczucie kończy się w tym momencie i w pewnym sensie dopiero zaczyna. Jean szybko zaczyna żałować swojej decyzji i wpada w depresję. Juliette wprawdzie postanawia kupić bilet na pociąg zmierzający do kolejnego celu podróży „Atalanty”, ale ktoś kradnie jej torebkę i tym samym skazuje ją na szukanie schronienia i pracy.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Rozłąka małżeństwa skutkuje też dwiema najbardziej fascynującymi scenami filmu. Najpierw zrozpaczony mężczyzna przypomina sobie ludowe wierzenie, o którym opowiedziała mu wcześniej żona – twarz prawdziwej miłości można ponoć zobaczyć w wodzie. Podczas gdy stary Jules naprawia chyba jeszcze starszy gramofon (celem pocieszenia szefa muzyką), Jean w pośpiechu zanurza głowę w wiaderku. Kiedy nie przynosi to oczekiwanego skutku, skacze za burtę. Tutaj wchodzi do gry kunszt Vigo i Kaufmana w postaci zjawiskowych zdjęć podwodnych pływającego kapitana. Próbę odnalezienia jego miłości przeplatają nałożone na taśmę kadry z Juliette w sukni ślubnej. Jean „dostrzega” ją w wodzie i w ten sposób zyskuje całkowitą pewność swojego uczucia. Scena zdaje się znajdować na pograniczu jawy i snu, jest poetycka, romantyczna i niesamowicie ciepła jednocześnie. Warto w tym miejscu wyróżnić jeszcze fenomenalną ścieżkę dźwiękową okraszającą tę i wiele innych scen. Człowiek za nią odpowiedzialny to Maurice Jaubert, kompozytor dla między innymi Renoira, Duviviera czy Carné. To kolejna wspaniała kariera filmowa przerwana w tragicznych okolicznościach, Jaubert zmarł na wojnie w wieku 40 lat.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Po wyjściu z wody Jean postanawia odnaleźć małżonkę. On szuka jej, ona szuka jego – taki romantyczny banał, Vigo przekuł na jedną z najciekawszych scen erotycznych w historii kina. Poszukujący się wzajemnie bohaterowie są zmuszeni do spędzenia kolejnej nocy w osobnych łóżkach, oddaleni od siebie. Śniąc, Jean przesuwa delikatnie ręką po swojej klatce piersiowej. Za pomocą montażu równoległego widzimy delikatnie wybudzającą się Juliette, która wsuwa swoją dłoń pod koszulę nocną i gładzi się po piersi. Zmęczeni i stęsknieni za sobą kochankowie ruszają się we śnie niczym pogrążeni w gorączce. Wcześniejsza wizja kapitana znajduje swoje potwierdzenie – małżeństwo w końcu ulega synchronizacji uczuć. Są razem, choć osobno. Połączeni, choć rozdzieleni. Po ich ciałach przesuwają się cienie i dłonie. Całość jest surowa, bezwstydna i bezwzględnie magiczna. Pożądanie, tęsknota, zwierzęca niemal seksualność i przede wszystkim – miłość.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Atalanta” (1934), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Tego typu opowiadanie obrazem wyprzedzało znacznie epokę Vigo. Peter Bradshaw, krytyk „The Guardian”, napisał: „Atalancie udaje się być bardziej nowoczesną, niż cokolwiek tworzonego współcześnie”[1]W pełni się z tym zgadzam. Vigo był prawdziwym wizjonerem i tym filmem zapoczątkował w kinie realizm poetycki, kierunek obierany przez reżyserów aż do wojny. Francuz wprowadził do kina ludzi, których sam obserwował w dzieciństwie – biednych, niezatrudnionych, zubożałych czy kryminalistów – i dał im taką samą szansę na miłość i nienawiść jaką mieli do tej pory przedstawiciele klas wyższych. Tym stylizowanym realizmem inspirowali się później włoscy neorealiści i francuscy nowofalowcy. W Atalancie zakochał się Truffaut, hołd oddał jej Bertolucci i Godard, a Jim Jarmusch wymienił ją w swoim top 10 ulubionych filmów. W rankingach wszech czasów „Sight & Sound” to dzieło pojawiała się wielokrotnie, znalazło się też w książce 1001 filmów, które musisz zobaczyć i jest jedną z nielicznych pozycji ze stuprocentowym wynikiem w agregatorze Rotten Tomatoes. Sam Vigo niestety tych wyróżnień nie doczekał. Zimno i wilgoć na planie Atalanty tylko pogarszały stan reżysera, który kilka lat wcześniej zaraził się gruźlicą. Chociaż sam się nigdy nie wycofał, w końcowych etapach produkcji był już przykuty do łóżka. W kwietniu 1934 roku odbyła się przedpremiera filmu, który spotkał się z bardzo negatywną krytyką. Producenci postanowili wykorzystać niezdolność Jeana do obrony swojego utworu. Znacznie skrócili Atalantę, zmienili jej tytuł na Le chaland qui passe (w moim nieprofesjonalnym przekładzie – Barka przepływa), dokładnie taki sam, jak wypuszczona rok wcześniej piosenka Lys Gauty, którą też zresztą umieścili w filmie. Wrześniowa premiera pokazała, że zabiegi producentów zdały się na nic – obraz po raz kolejny zebrał fatalne recenzje i stał się komercyjną porażką. Dopiero po wojnie Atalanta zaczęła być odkrywana na nowo. Do dziś zbiera wiele pozytywnych recenzji i co jakiś czas jest odnawiana przy wykorzystaniu nowych technologii i znajdowanych kopii filmu. Z całym przekonaniem uważam, że jest to absolutne arcydzieło kinematografii, utwór kultowy, przepiękny wizualnie i w swojej wymowie. Być może osoby, które dziś nie doceniają tego geniuszu, nie są w stanie dostrzec w wodzie prawdziwej miłości i zamiast tego widzą to, co 85 lat temu producenci i krytycy – nudną miłostkę z przepływającą barką w tle. Jean Vigo zmarł 5 października 1934 roku. U jego boku do końca była ukochana Elżbieta. Ostatnie tchnienie wydał podobno krótko po tym, jak uliczny artysta za oknem zaczął śpiewać Le chaland qui passe

Ikona oceny 5 z serduszkiem.

BIBLIOGRAFIA

Bradshaw P., L’Atalante – review, 2012, https://www.theguardian.com/film/2012/jan/19/l-atalante-review, 4.10.2019.

PRZYPISY

[1] P. Bradshaw, L’Atalante – review, 2012, https://www.theguardian.com/film/2012/jan/19/l-atalante-review, 4.10.2019.

RECENZJA FILMU „SZEŚCIORACZKI” (2019)

Prawdopodobieństwo urodzenia się pięcioraczków szacowane jest na 0,0000024%. Ciąże z większą ilością dzieci są jeszcze rzadsze, czego najlepszym przykładem jest to, że pierwsze polskie sześcioraczki przyszły na świat niecałe trzy miesiące przed premierą „Sześcioraczków”. […]

Prawdopodobieństwo urodzenia się pięcioraczków szacowane jest na 0,0000024%. Ciąże z większą ilością dzieci są jeszcze rzadsze, czego najlepszym przykładem jest to, że pierwsze polskie sześcioraczki przyszły na świat niecałe trzy miesiące przed premierą „Sześcioraczków”. Patrząc na opis i „okładkę” nowego filmu Michaela Tiddesa nie spodziewałem się jednak zobaczyć w nim niczego unikatowego czy zjawiskowego.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Sześcioraczki” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Ciekawe liczby stoją również za wspomnianym reżyserem – w agregatorze Rotten Tomatoes jego najlepszy film do tej pory zdobył „okazałe” 10% pozytywnych recenzji, a jego ostatni, również wyprodukowany dla Netflixa Nago, zdobył okrągłe 0% pozytywnych recenzji. Większość filmów Tiddesa posiada jeszcze jeden wspólny mianownik w postaci Marlona Wayansa, który te wątpliwe dzieła sponsoruje. Tym razem ten ostatni postanowił zaszaleć przywołując na myśl popisy Eddiego Murphy’ego z lat dziewięćdziesiątych, z czego z uwagi na wykorzystanie tak zwanego fatsuitu, najbardziej pasuje porównanie do Grubego i chudszego (1996). Podobnie też do tego przeboju, mamy tutaj odrobinę efektów z komputera i sporo charakteryzacji. Wayans dwoi się i troi (a może nawet sześciorzy?), ale daleko mu do filmu z Murphym, a jeszcze dalej do jego sukcesu kasowego i Oscara.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Sześcioraczki” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Zarys fabularny Sześcioraczków po raz pierwszy został zapewne zapisany na samoprzylepnej karteczce, a później było już tylko gorzej. Protagonistą (granym przez Wayansa) jest nie znający swojej rodziny Alan, który niedługo ma zostać ojcem. Za namową partnerki, postanawia wyruszyć na poszukiwania swojej biologicznej matki. Szybko odkrywa, że jest jednym z tytułowych sześcioraczków, które postanawia odnaleźć. Każdego innego „raczka” również gra nikt inny jak Wayans, a więc mamy do czynienia z siedmioma rolami jednego aktora (siedmioma, bo pojawia się w filmie jeszcze jedna postać powołana do życia przez Wayansa). Zamieszania i przygód po drodze jest sporo. Jakości nie ma wcale.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Sześcioraczki” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Z wyjątkiem „normalnego” Alana, każdy członek jego rodziny jest niemiłosiernie przerysowany. Jest niewychodzący z domu grubas, rudy szpieg o jasnej karnacji, oszust ubierający się jak sutener sprzed pół wieku, olbrzymia „tancerkę egzotyczną” prosto z więzienia i chory na polio, dla którego nie ma nadziei (o czym film pamięta może przez pięć minut). Na próżno szukać w jakiejś próby wytłumaczenia co sprawiło, że sześć osób urodzonych z tej samej ciąży jest tak kompletnie innych. Z podobnym powodzeniem skończyłyby się poszukiwania autentycznie zabawnej sceny, czy nawet gagu. W filmie jest natomiast cała masa stereotypów, niesmacznych żartów, krzyczenia i robienia głupich min.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Sześcioraczki” (2019), wszelkie prawa należą do Netflix.

Sytuacji nie ratuje przyzwoity drugi plan z Breshą Webb, Glynnem Turmanem i Molly Shannon na czele, ani nawet fakt, że za zdjęcia odpowiada nominowany do Oscara operator. Mowa tutaj o Donie Burgessie, wielokrotnym współpracowniku Roberta Zemeckisa i Jamesa Wana, który nominowany był za Forresta Gumpa (1994), a oprócz tego pracował między innymi przy Kontakcie (1997), Cast Away: Poza światem (2000), Obecności 2 (2016) i Aquamanie (2018). Parafrazując klasyka, zdjęcia w filmie są podobne zupełnie do niczego i nie wiem jak można od Forresta przejść do Sześcioraczków, ale wielka szkoda, że tak znane nazwisko dopisuje do swojego życiorysu takie artystyczne dno. Może więc chociaż trochę sytuację ratuje gra aktorska Wayansa? Odniosłem wrażenie, że chyba tylko on bawił się przy tej produkcji dobrze i będzie chciał ją zapamiętać. Na pewno nie można odmówić mu chęci, wszak tego typu role do łatwych nie należą. Niestety trudno o dobry efekt końcowy gdy komediant jest nieśmieszny, scenariusz nieciekawy, a oprawa wizualna mało atrakcyjna. Przykre, bo Wayans talent komiczny zdecydowanie posiada i jeszcze bardziej zdecydowanie go marnuje.

Ikona oceny 1.

RECENZJA FILMU „GRZECZNI CHŁOPCY” (2019)

Od momentu debiutu w „Pokoju” (2015), Jacob Tremblay wpisał do swojego CV już co najmniej kilka filmów i zarazem ról, którymi nie powstydziłby się chyba żaden starszy aktor. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ten kanadyjski Wonder Kid, dopiero za nieco ponad sześć tygodni od opublikowania tej recenzji, skończy trzynaście lat. […]

Od momentu debiutu w „Pokoju” (2015), Jacob Tremblay wpisał do swojego CV już co najmniej kilka filmów i zarazem ról, którymi nie powstydziłby się chyba żaden starszy aktor. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ten kanadyjski Wonder Kid, dopiero za nieco ponad sześć tygodni od opublikowania tej recenzji, skończy trzynaście lat. Podobnie fortuna stoi po stronie innego Kanadyjczyka, Setha Rogena, który posługując się stosunkowo niewielkimi budżetami, produkuje filmy, które zarabiają co najmniej dobrze, jeśli nie świetnie. Spotkanie tych dwóch rodaków ze złotym dotykiem wydawało się kwestią czasu i tak właśnie się stało.

Fragment kadru z filmu „Grzeczni chłopcy” (2019), wszelkie prawa należą do Universal Pictures, źródło: The Movie Database.

Chociaż Rogen wydaje się być „mózgiem” operacji Grzeczni chłopcy, to reżyserem filmu jest debiutant w tej roli i jednocześnie scenarzysta, Gene Stupnitsky. Do tej pory znany był głównie właśnie ze scenariuszy pisanych wraz z panem o nazwisku Lee Eisenberg. Ta dwójka wspólną karierę zaczęła od Biura (2005-2013), a później napisali między innymi Rok pierwszy (2009) i Złą kobietę (2011). Poziom tych dzieł jest zróżnicowany, ale istnieje jeden wspólny mianownik – wszystkie są, chociaż momentami, zabawne. Scenariusz Grzecznych chłopców również napisali we dwoje i pytanie o to jak wyjdzie tym razem, samo cisnęło się na usta przed seansem.

Fragment kadru z filmu „Grzeczni chłopcy” (2019), wszelkie prawa należą do Universal Pictures, źródło: Universal Pictures.

Pomysł na film zdaje się być skopiowany z innego filmu Rogena, Supersamca (2007). Tam mamy do czynienia z trzema chłopakami kończącymi liceum, którzy czując nadchodzący czas zmian i korzystając ze zbliżającej się imprezy, na której będzie „każdy”, zamierzają zaimponować rówieśnikom spożywaniem alkoholu i straceniem dziewictwa. W Grzecznych chłopcach jest prawie to samo – licealistów zamieniono tu na amerykańskich szóstoklasistów (11-12 lat), wódkę na trzy (maksymalnie cztery) łyki piwa, a utratę dziewictwa na pierwszy pocałunek. To co wyjątkowe w tej komedii, to próba nadania bohaterom, Maxowi, Lucasowi i Thorowi, nieco głębi. Max jako pierwszy z trójki czuje popęd seksualny i podkochuje się w jednej z dziewczyn. Rodzice Lucasa się rozwodzą, a sam chłopiec jest bardziej rozwinięty emocjonalnie od rówieśników. Thor natomiast, marzy o karierze piosenkarza i zawzięcie walczy o bycie zaakceptowanym przez innych.

Fragment kadru z filmu „Grzeczni chłopcy” (2019), wszelkie prawa należą do Universal Pictures, źródło: Universal Pictures.

Podobnie do bohaterów Supersamca, tutaj również mamy do czynienia z przeróżnymi przygodami po drodze na zapowiedzianą od początku imprezę. Jest jednak coś bardziej niewinnego i szczerego w tej trójce prawie nastolatków. Pomimo przeciwności, które skazują przyjaciół na kontakt między innymi z erotyką, przemocą, alkoholem i narkotykami – w głębi duszy rzeczywiście są oni grzecznymi chłopcami, którzy nie tyle chcą się dopasować do tych niegrzecznych, co nie widzą innego wyjścia. Do utrzymania tego wrażenia znacznie przyczyniają się aktorzy i aktorki, w tym również, a może nawet zwłaszcza, to ich młodsze pokolenie. Wspomniany Jacob Tremblay trzyma bardzo wysoki poziom, a Keith L. Williams i Brady Noon w rolach pozostałej dwójki, niewiele mu ustępują. Do tego otrzymaliśmy wspaniały drugi plan z tak wspaniałymi komikami jak Will Forte, Stephen Merchant czy Retta. Dzięki tym zabiegom scenariuszowym i aktorskim, film wypada dość świeżo i przez większość czasu jest naturalnie zabawny.

Fragment kadru z filmu „Grzeczni chłopcy” (2019), wszelkie prawa należą do Universal Pictures, źródło: Universal Pictures.

Jak na złość, pomimo elementów wyjątkowych, na całość składa się również całkiem sporo niezbyt ciekawych rozwiązań. Największym grzechem filmu jest powtarzanie gagów. Przykładowo nieświadomość z jaką chłopcy podchodzą do gadżetów erotycznych znalezionych w sypialniach rodziców jest urocza i zabawna… za pierwszym, drugim i może trzecim razem, ale nawet najlepszy dowcip powtarzany w nieskończoność przestaje być śmieszny, a komedia powtarzająca się, to komedia, która się tylko dłuży. Podobnie jest z przeklinaniem, które w ustach jedenastolatka za pierwszym razem brzmi szokująco komicznie, ale po kilkunastu razach zdaje się być odrobinę niesmaczne. Przez tego typu podejście, film traci szansę na bycie komedią dla osób w każdym wieku – tych, którzy problemy bohaterów właśnie przeżywają, oraz tych, którzy te problemy już przeżyli. Końcowy produkt jest godny polecenia, ale tylko niektórym. Wymaga nieco dystansu i niespecjalnie nadaje się jako źródło inspiracji dla dzieci. Szkoda. Mogła być rewelacja, a wyszła nienajgorsza komedyjka o dzieciakach, którą większość z nas zapomni równie szybko, jak pierwsze wagary.

Ikona oceny 3.

RECENZJA FILMU „CICHE MIEJSCE” (2018)

W postapokaliptycznej scenerii, rodzice wraz z trójką dzieci robią „zakupy”, zabierając z niegdyś sklepu tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Porozumiewają się między sobą za pomocą języka migowego i wyraźnie starają się nie hałasować.
[…]

W postapokaliptycznej scenerii, rodzice wraz z trójką dzieci robią „zakupy”, zabierając z niegdyś sklepu tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Porozumiewają się między sobą za pomocą języka migowego i wyraźnie starają się nie hałasować. Najmłodszemu chłopcu, marzącemu o podróży w kosmos, zostaje odmówiony zabawkowy prom kosmiczny. W tym świecie dźwięk to niebezpieczeństwo, a zabawka to niepotrzebne ryzyko. Sposobem na przetrwanie w nowej rzeczywistości jest zachowanie ciszy, gdyż polujące na ludzi potwory korzystają z wyjątkowo czułej echolokacji. Wracając do domu, boso i po ułożonej z piasku ścieżce, rodzina odkrywa przerażający fakt. Chłopczyk, ulegając dziecięcej pokusie, zabrał zabawkę ze sobą. Jego niesłysząca siostra niczym sparaliżowana obserwuje ojca zrywającego się do biegu w stronę brata i matkę, która w ciągu sekundy wpada w skrajną rozpacz. Moment, w którym do dziewczynki dociera pełen obraz sytuacji, uderza również w widza, któremu w podobnej bezsilności pozostaje obserwować jak tragiczne w skutkach może być wydawanie dźwięku w tym świecie.

Fragment kadru z filmu „Ciche miejsce” (2018), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures.

Reżyser Cichego miejsca, John Krasinski, kojarzony jest raczej z roli poczciwego Jima Halperta w Biurze (2005-2013), niż z kręcenia horrorów. Przeznaczenie zapukało do drzwi, gdy w lipcu 2016 roku trafił do niego zarys scenariusza napisany przez Bryana Woodsa i Scotta Becka. Oto ojciec dwóch córek, z których młodsza dopiero co się urodziła, otrzymał materiał o rodzicach gotowych poświęcić wszystko, by ratować swoje dzieci. Do zrealizowania filmu zachęcała reżysera żona, również parająca się aktorstwem, Emily Blunt. Krasinski pomógł ukończyć scenariusz, a Blunt po jego przeczytaniu zdecydowała, że musi zagrać w filmie męża. Ostatecznie oboje zostali obsadzeni w rolach rodziców i choć prawdziwe pary na ekranie już się w przeszłości zdarzały, to trudno mi sobie przypomnieć kiedy ostatnio oglądałem dwójkę tak naturalnie czułych, dbających o siebie ludzi. W jednej ze scen małżeństwo bardzo cicho i powoli tańczy, słuchając muzyki na jednej parze słuchawek. On odgarnia delikatnie jej włosy, ona kładzie jego rękę na swoim brzuchu, w którym rośnie ich kolejne dziecko. Nie widzą poza sobą i swoimi dziećmi świata. Świata, którego w istocie poniekąd już przecież nie ma.

Fragment kadru z filmu „Ciche miejsce” (2018), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures.

Na uwagę zasługuje również młodziutka Millicent Simmonds grająca córkę pary. Reżyser uparł się, by obsadzić w tej roli niesłyszącą aktorkę. Chciał dzięki temu mieć cały czas na planie kogoś, kto pomagałby mu rozumieć życie bez dźwięku. W scenie, w której dziewczyna buntuje się przed ojcem i oboje kłócą się w języku migowym, jesteśmy świadkami tego jak długą drogę razem przebyła ze sobą zarówno dwójka bohaterów, jak i aktorów.

Fragment kadru z filmu „Ciche miejsce” (2018), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures.

Posługując się tak niewielką ilością dialogów, to na warstwie wizualnej spoczywa ciężar opowiadania historii. Również na tym polu udało się twórcom odnieść niemały sukces. Zdjęcia Charlotte Bruus Christensen, nagrodzonej w Cannes za Polowanie (2012), są zarówno piękne, jak i funkcjonalne. Operatorka umiejętnie bawi się zarówno sztucznym i naturalnym światłem, nadając filmowi nieco westernowego charakteru. Całość, nagrana na taśmie 35 mm, została również bardzo umiejętnie pocięta i zmontowana (Chistopher Tellefsen). Ani jedna klatka nie wydaje się być zbędna. Równie starannie została wykonana scenografia, za którą odpowiada Jeffrey Beecroft, nominowany wcześniej do Oscara za Tańczącego z Wilkami (1990). Dekoracje na planie, zwłaszcza wystrój rodzinnej farmy, również rozwijają fabułę. Regał pełen ziół, które hoduje matka, powieszone na ścianach zdjęcia, czy snopki pokryte kocami snopki służące za łóżka, sprawiają, że dom wydaje się rzeczywiście być zamieszkały. Tylko kilka scen zostało nagranych w studiu, reszta to wyszukane lokacje zaadaptowane na potrzeby filmu, łącznie z ogromnym polem kukurydzy wyhodowanym specjalnie przez lokalnych rolników. Tego rodzaju praktyczne podejście to – w dobie generowania wszystkiego w komputerze – prawdziwa rzadkość.

Fragment kadru z filmu „Ciche miejsce” (2018), wszelkie prawa należą do Paramount Pictures.

Ciche miejsce jest też filmem wyjątkowym na tle wielu horrorów, których twórcy rozleniwili się i uzależnili swoje dzieła od prawie nieobecnego tutaj dźwięku. To, że mniej często znaczy więcej, brzmi trochę banalnie, ale należy pamiętać, że wiele niemych filmów grozy z początku XX wieku radziło sobie wyśmienicie bez ciągłych jump scare’ów i hektolitrów krwi na ekranie. Cisza, w połączeniu z małymi, czułymi scenami rodzinnymi, nadaje Cichemu miejscu tak intymnego charakteru, iż momentami możemy zapomnieć, że oglądamy film i mieć wrażenie jakbyśmy sami byli uczestnikami ukazywanych wydarzeń. Zamiast bać się dźwięków, boimy się wydać dźwięk, a zamiast bać się tego co nęka naszych bohaterów, boimy się o nich.

Ikona oceny 4.