MUBI – ARTYSTYCZNE KINO Z CAŁEGO ŚWIATA DOSTĘPNE DLA KAŻDEGO

W internecie jest dostępnych wiele serwisów VOD, ale ten, który chciałbym Wam dziś przybliżyć, jest wyjątkowy. Mubi, bo o nim mowa, skupia się na filmach artystycznych, a często również niezależnych i trudno dostępnych. […]

W internecie dostępnych jest wiele serwisów VOD, ale ten, który chciałbym Wam dziś przybliżyć, jest wyjątkowy. Mubi, bo o nim mowa, skupia się na filmach artystycznych, a często również niezależnych i trudno dostępnych. W jego ofercie znajdziemy zarówno dzieła wybitnych i uznanych twórców, jak i mało znane filmy z odległych zakątków świata.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mubi.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mubi, wszelkie prawa zastrzeżone.

O Mubi bardzo pozytywnie wypowiedział się między innymi Paul Thomas Anderson i Barry Jenkins, do tego istnieje sposób na uzyskanie dostępu do niego za darmo (więcej w dalszej części wpisu), a i tak słyszało o nim niewiele osób. Wiadomo – nie jest to produkt dla każdego (jak na przykład Netflix), ale też nawet wśród ludzi związanych z filmem wciąż spotykam osoby, które o tym serwisie nie słyszały. Ten wpis niestety nie jest sponsorowany, ale liczę, że dzięki niemu może pomogę komuś zobaczyć jakiś ambitny film, którego w innych okolicznościach by nie zobaczył. Dodatkowo podzielę się też z Wami linkiem, dzięki któremu otrzymacie miesiąc Mubi za darmo i również darmowy miesiąc podarujecie w ten sposób mojej osobie.

Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mubi.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mubi, wszelkie prawa zastrzeżone.

Zacznijmy od sprecyzowania czym jest opisywany serwis. Mubi powstał w 2007 roku i od początku miał służyć przede wszystkim miłośnikom kina. Szybko przerodził się z serwisu społecznościowego w abonamentowe VOD. Na tle innych tego typu platform wyróżnia się znacznie pod kilkoma względami:

  • znajdziecie w nim tylko filmy (brak na przykład seriali telewizyjnych), choć część z nich jest krótkometrażowa;
  • Mubi to wyłącznie kino artystyczne, niezależne, międzynarodowe, z dawnych lat i tak dalej – na próżno szukać tutaj najnowszych filmów Michaela Baya czy Rolanda Emmericha;
  • danego dnia dostępnych jest tylko trzydzieści filmów – codziennie pojawia się jeden nowy film, a najstarszy na liście znika z oferty;
  • oprócz powyższego modelu istnieje również w obrębie Mubi „klasyczna” wypożyczalnia filmów, w której można w dowolnej chwili zapłacić jednorazowo za możliwość obejrzenia jednego z kilkudziesięciu dostępnych tytułów;
  • istnieje sposób na cieszenie się z Mubi bez płacenia;
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mubi.
Fragment zrzutu ekranu ze strony internetowej Mubi, wszelkie prawa zastrzeżone.

W jaki sposób korzystać z Mubi za darmo? Pierwsze 7 dni możecie otrzymać gratis rejestrując się zwyczajnie przez stronę. Korzystając z mojego linku polecającego otrzymacie pełny miesiąc za darmo (link znajdziecie na samym końcu wpisu). Dodatkowo Mubi przy wsparciu Unii Europejskiej prowadzi program dla szkół filmowych. Objęci są nim zarówno uczniowie, jak i nauczyciele. Niestety brakuje informacji o tym, które szkoły i kierunki nauczania są objęte promocją, ale rejestracja wymaga podania tylko imienia, nazwiska, adresu mailowego szkoły i daty, po której ją ukończymy (uczeń), lub pozycji, którą w szkole zajmujemy (nauczyciel). W moim przypadku podałem swój adres mailowy w domenie Uniwersytetu Jagiellońskiego, a jako datę ukończenia szkoły podałem datę, która będzie dla mnie końcem pierwszego stopnia studiów. Wniosek został bardzo szybko zweryfikowany i od jakiegoś czasu korzystam z Mubi całkowicie bezpłatnie (przynajmniej przez jeszcze kilka najbliższych miesięcy). Uważam, że wysłanie prośby o darmowy dostęp jest tak mało zajmujące, że możecie spróbować nawet jeśli Wasza szkoła nie posiada statusu uniwersytetu albo Wasz kierunek nie jest stricte filmoznawczy czy filmowy. Wymagania nie są opublikowane, więc warto dać sobie szansę – może akurat się uda.

Fragment kadru z filmu "5x2" (2004).
Fragment kadru z filmu „5×2” (2004), wszelkie prawa należą do Mars Distribution.

Na koniec dodam jeszcze, że osobiście jestem zadowolony z tego, jak działa Mubi. Selekcja  filmów to rzecz kapitalna – żaden z dostępnych w danej chwili tytułów nie wydaje się być przypadkowy, a zdecydowana większość warta jest uwagi. Serwis posiada minimalistyczną oprawę, dzięki czemu posługiwanie się nim jest bardzo proste. Dostępne są aplikacje na rozmaite platformy, co umożliwia wygodne oglądanie nie tylko za pomocą komputera. W zasadzie jedyną wadą Mubi zdaje się być fakt, że niewiele filmów jest dostępnych z polskimi napisami (z angielskimi za to prawie każdy), z czego pewnie niektórzy mogą być niezadowoleni. Niemniej jednak filmy z polskimi napisami też się zdarzają, więc serwis polecam każdemu. W mojej ocenie to świetne źródło kina niedostępnego lub trudnodostępnego w innych miejscach i warto z Mubi się zaznajomić dokładnie z tego powodu.

Fragment kadru z filmu "Efekt wody" (2016).
Fragment kadru z filmu „Efekt wody” (2016), wszelkie prawa należą do Le Pacte.

Skorzystaj z linku i odbierz miesiąc Mubi za darmo:

https://mubi.com/pl/t/web/global/tzJhtMFQ

RECENZJE FILMÓW KRÓTKOMETRAŻOWYCH JEANA VIGO

Gdy poprzednim razem pisałem o twórczości Jeana Vigo, pomyślałem, że oprócz „Atalanty” (1934), chciałbym Wam przybliżyć również jego filmy krótkometrażowe. Takowe powstały „aż” trzy, więc całą filmografię tego przedwcześnie zmarłego reżysera można obejrzeć jednego wieczoru. Cóż jest lepszego na smutne jesienne wieczory, niż odrobina wartościowej klasyki kinematografii?

Gdy poprzednim razem pisałem o twórczości Jeana Vigo, pomyślałem, że oprócz „Atalanty (1934), chciałbym Wam przybliżyć również jego filmy krótkometrażowe. Takowe powstały „aż” trzy, więc całą filmografię tego przedwcześnie zmarłego reżysera, można obejrzeć jednego wieczoru, a cóż jest lepszego na smutne jesienne wieczory, niż odrobina klasyki kinematografii?

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pała ze sprawowania” (1933), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Nie chcę się powtarzać, więc jeśli ktoś nie zaznajomił się jeszcze z postacią Vigo, to polecam lekturę wpisu Recenzja filmu „Atalanta” (1934). Nie przedłużając, poniżej znajdziecie trzy krótkie recenzje filmów krótkometrażowych w reżyserii wybitnego Francuza.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „A propos Nicei” (1930).

A PROPOS NICEI (1930)

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „A propos Nicei” (1930).

Debiut Vigo to niemy dokument przedstawiające urywki „codziennego” życia Nicei, popularnego miejsca wypoczynku na Lazurowym Wybrzeżu. Reżyser zestawił w nim kilka obrazków z życia najniższej warstwy społecznej miasta w kontraście do tego, jak czas spędzają w nim bogacze. Samoloty, samochody, statki, nowoczesna architektura, kasyna, tańce, futra i lubieżność kontra bród, śmieci i bieda. Elitarne sporty, takie jak tenis, żeglowanie czy wyścigi samochodowe kontra rozrywki uliczne w postaci na przykład gry w karty. Pracujący ludzie ubodzy i wypoczywająca burżuazja. Nie da się ukryć, że jest to dość sarkastyczny portret miasta, ukazujący jego prawdziwe oblicze (albo przynajmniej oblicze, które widział Vigo).

Fragment kadru z filmu "A propos Nicei" (1930).
Fragment kadru z filmu „A propos Nicei” (1930).

Film jest arcydziełem od strony technicznej. Wraz z Borisem Kaufmanem, Vigo w 1930 roku dokonywał rzeczy niemal niemożliwych, a na pewno bardzo awangardowych. Zdjęcia z lotu ptaka, z żabiej i ptasiej perspektywy, różnego rodzaju ruchy kamerą, przyspieszone i zwolnione tempo, niesamowita rytmiczność montażu. Jeśli do tego dodamy, że przedmioty i ludzie w obiektywie są arcyciekawi, to z tego działania wyłania się dzieło unikatowe, które absolutnie trzeba znać.

Fragment kadru z filmu "A propos Nicei" (1930).
Fragment kadru z filmu „A propos Nicei” (1930).

Całość zamyka się w nieco ponad dwudziestu minutach i nawet jeśli kogoś nie przekonuje warstwa „fabularna”, to zdecydowanie warto zapoznać się z tym tytułem choćby dla samych zdjęć, które są zwyczajnie piękne i bardzo innowacyjne, jak na swoje czasy.

Ikona oceny 5.

TARIS, ROI DE L’EAU (1931)

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Taris, roi de l’eau” (1931), źródło: IMDb.

W 1931 roku nadeszła pora na kolejny film Vigo. Ponownie jest to dokument, choć tym razem trwający tylko około dziesięć minut. Jego tematem jest Jean Taris, urodzony w 1909 roku francuski pływak, który brał udział Letnich Igrzyskach Olimpijskich w latach 1928, 1932 i 1936. W trakcie tej drugiej imprezy, Tarisowi udało się zdobyć srebrny medal w pływaniu na 400 metrów stylem dowolnym. Co ciekawe, w finale uległ Busterowi Crabbe’owi, który oprócz pływania „uprawiał” również aktorstwo w Hollywood. Różnica w czasie pomiędzy tymi dwoma panami wyniosła – uwaga – 0,1 sekundy! Nawet nie chcę myśleć, jak taka porażka musiała zaboleć – z jednej strony tak blisko, a z drugiej tak daleko.

Fragment kadru z filmu "Taris, roi de l'eau" (1931).
Fragment kadru z filmu „Taris, roi de l’eau” (1931), źródło: IMDb.

W Taris, roi de l’eau reżyser (ponownie wraz z Borisem Kaufmanem) opowiada o pływaku i sztuce pływania w ogóle. Nie brzmi specjalnie porywająco i muszę przyznać, że rzeczywiście nie jest to zbyt interesujące, aczkolwiek ponownie mamy tu do czynienia z niezwykłą pracą operatorską. Twórcy zastosowali w tym filmie wiele innowacyjnych technik, z których na pierwszy plan wyłaniają się oczywiście zdjęcia podwodne. Była to swego rodzaju rozgrzewka przed najciekawszą chyba sceną Atalanty (ponownie odsyłam do wspomnianej na początku recenzji). Reasumując – ten dokument o Jeanie Tarisie może w XXI wieku nikogo nie powali na kolana, ale jest tak krótki, że warto go zobaczyć dla samych zdjęć, które są bardzo nietypowe i ten aspekt filmu wyróżnia się do dziś.

Ikona oceny 4.

PAŁA ZE SPRAWOWANIA (1933)

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pała ze sprawowania” (1933), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Ostatni film krótkometrażowy Vigo to rok 1933 i tym razem mamy do czynienia z dziełem fabularnym. Przenosimy się do francuskiej szkoły z internatem, której uczniowie postanawiają zbuntować się przeciwko swoim opresyjnym nauczycielom. Ten bunt prowadzi do rebelii, a ta z kolei – do przejęcia szkoły przez dzieciaki. Reżyser inspiracje dla tej historii czerpał z własnych doświadczeń. Sam bowiem nie wspominał zbyt dobrze swojej nauki w tego typu szkole. W związku z tym, tematyka podatności dzieci na bycie okrutnie traktowanym przez dorosłych jest potraktowana z dużą dozą powagi i współczucia. Cała reszta tego ponad czterdziestominutowego filmu już poważna nie jest, wręcz można powiedzieć, że Pała ze sprawowania jest uroczo pokręcona, zabawna, a momentami nawet dosyć wulgarna.

Fragment kadru z filmu "Pała ze sprawowania" (1933).
Fragment kadru z filmu „Pała ze sprawowania” (1933), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Nie każdemu taki zestaw cech może odpowiadać, ale tak samo, jak w przypadku A propos i Tarisa, tę pozycję również warto zobaczyć dla samych zdjęć (tak, w wykonaniu Borisa Kaufmana oczywiście). Podczas dziecięcej walki z establishmentem, zobaczymy kilka ujęć, które przeszły do historii kinematografii, jak na przykład kadry ze zwycięskimi chłopcami na dachu czy „uroczysty” przemarsz w zwolnionym tempie pomiędzy opadającym z rozerwanych poduszek puchem.

Fragment kadru z filmu "Pała ze sprawowania" (1933).
Fragment kadru z filmu „Pała ze sprawowania” (1933), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

Ideologiczny przekaz Pały ze sprawowania można odczytywać na symbolicznym poziomie. Mowa oczywiście o przebranej za uczniów i nauczycieli walce klas, którą Vigo poruszył w swoim debiucie i choć zdaję sobie sprawę, że nie każdego może zauroczyć taki lewicujący wydźwięk czy wspomniana wcześniej wulgarność, to nie da się ukryć, że ten utwór ma status kultowego i jeśli przykładowo chcecie obejrzeć wszystkie filmy z listy 1001 filmów, które musisz zobaczyć, to od razu uprzedzam, że Pały ze sprawowania nie ominiecie.

Ikona oceny 5.

Recenzowanie tak starych filmów nie należy do spraw ani łatwych, ani popularnych. Dlatego w najbliższej przyszłości nie planuję recenzować filmów innych, niż te, które obejrzę w kinie. Niemniej jednak cieszę się, że udało mi się niniejszym zrecenzować całą twórczość Jeana Vigo, którego zaliczam do grona moich ulubionych reżyserów. To taki mały ukłon ode mnie w jego stronę i choć Francuza od bardzo dawna nie ma już na tym świecie, to może chociaż w ten sposób zachęcę jakiegoś czytelnika (albo czytelniczkę) do sięgnięcia po jego dzieła. Bezwzględnie warto.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pała ze sprawowania” (1933), wszelkie prawa należą do Gaumont Film Company.

POLSKA KULTURA, CZYLI CO NAM ZOSTAŁO Z POCZĄTKÓW KINEMATOGRAFII NA ZIEMIACH POLSKICH

Pierwsze istotne daty w historii polskiego kina przypadają na lata 90. XIX wieku. Wtedy też działalność rozpoczęli filmowcy i wynalazcy tacy, jak Bolesław Matuszewski, Piotr Lebiedziński, Kazimierz Prószyński czy Jan Szczepanik. […]

Pierwsze istotne daty w historii polskiego kina przypadają na lata 90. XIX wieku. Wtedy też działalność rozpoczęli filmowcy i wynalazcy tacy, jak Bolesław Matuszewski, Piotr Lebiedziński, Kazimierz Prószyński czy Jan Szczepanik. Przy użyciu pleografu oraz różnych wersji kinematografu rejestrowano rozmaite utwory krótkometrażowe. W kolejnych latach otwarto pierwsze na ziemiach polskich kina i wytwórnie filmowe. Aż ciśnie się na usta pytanie – co możemy nazwać pierwszym polskim filmem? Ewentualnie pierwszym polskim filmem fabularnym, gdyż jak wiadomo, pierwsze filmy jakie w ogóle powstały (nawet na Zachodzie) sprowadzały się do (najczęściej kilkunastosekundowej) rejestracji rzeczywistości. Tadeusz Lubelski w „Historii kina polskiego 1895-2014 podaje, że Lebiedziński kręcił pierwsze dokumenty pomiędzy 1895 a 1896 rokiem, a Prószyński zaczął w 1895 roku właśnie[1]. Sprawa jest zatem dość prosta w przypadku filmu dokumentalnego, ale już z filmem fabularnym tak łatwo nie jest. Lubelski sugeruje, że w tym przypadku również pionierem był Prószyński, który nakręcił „[…] dwa krótkie dwuminutowe utwory, które można uznać za pierwsze – w ramach krajowej produkcji – próby kina fabularnego. Oba realizowane były zapewne razem, w tym samym 1902 roku, z tym samym – jeszcze wówczas początkującym – aktorem Kazimierzem Junoszą-Stępowskim”[2]. Chodzi o „Powrót birbanta (1902) i „Przygodę dorożkarza (1902), ale niestety te dzieła najprawdopodobniej nie zachowały się do dziś i znane nam są jedynie z relacji Bolesława Lewickiego i samego Prószyńskiego[3]. Najstarszy zachowany (a przynajmniej według informacji, które dziś posiadamy) film fabularny wyprodukowany na ziemiach polskich to „Pruska kultura (1908). Należy jednak zaznaczyć, że błędem jest podchwycone przez prasę podczas ponownej premiery tego dzieła w 2009 roku hasło „najstarszy polski film”.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pruska kultura” (1908), wszelkie prawa należą do Kantor Siła.

Przede wszystkim nie możemy mówić o polskim filmie w sytuacji, gdy kraju takiego jak Polska nie ma na mapach. Niepodległość Rzeczpospolita odzyskała dopiero dziesięć lat później, więc zdecydowanie mamy tutaj do czynienia z filmem stworzonym przez Polaków (choć nie tylko, bo operatorzy pochodzili z Francji), o Polakach i dla Polaków, ale nie polskim, lecz stworzonym na ziemiach polskich. Zrealizował go Kantor Siła, założony przez żydowskiego producenta Mordechaja Towbina. Wydawało się, że nie zachowała się żadna kopia Pruskiej kultury, ale jedną z nich udało się odnaleźć w paryskiej filmotece we wrześniu 2000 roku. Odkrycia dokonało para filmoznawców – Małgorzata i Marek Hendrykowscy z Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu.[4]

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pruska kultura” (1908), wszelkie prawa należą do Kantor Siła.

Około osiem minut nagrania można podzielić na trzy istotne sekwencje. Pierwsza opowiada o świętowaniu przez polską rodzinę chłopską, zakłóconą przez wniesienie do izby sztandaru z wyhaftowanym wizerunkiem Marii z Dzieciątkiem. Domownicy okazują szacunek sztandarowi, po czym zostaje on wyniesiony. W kolejnych ujęciach na teren gospodarstwa przybywają pruscy żołnierze. Świętowanie szybko zostaje przerwane sprzeczką i nadużyciem siły przez Prusaków. Druga sekwencja ukazuje szkołę, w której dzieci zmuszane są do nauki i modlitwy w języku niemieckim. Jedno z dzieci „protestuje”, umieszczając na tablicy napis po polsku. Zostaje za to zbite i wyrzucone ze szkoły. Interweniuje jego ojciec, co kończy się kolejną awanturą z pruskimi żołnierzami. Głowa rodziny zostaje aresztowana, a domownicy wygnani. Ostatnia sekwencja to ukazanie rodziny żyjącej na wygnaniu w drewnianym wozie cyrkowym. Z więzienia wraca ojciec i po chwili ponownie mamy do czynienia z pruskimi żołnierzami. Trzecia awantura kończy się śmiercią naszego protagonisty.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pruska kultura” (1908), wszelkie prawa należą do Kantor Siła.

Bardzo łatwo zauważyć, że dwie z tych sekwencji w sposób jawny odwołują się do ważnych wydarzeń z czasów zaborów. Pierwszym jest strajk dzieci wrzesińskich, a drugim protest Michała Drzymały (wóz cyrkowy rodziny z ostatniej sekwencji). Oba zdarzenia były niezwykle istotne dla polskich odbiorców filmu. Do dziś są symbolami germanizacji dokonywanej przez Prusaków, a także czynnego oporu stawianego przez Polaków w obronie własnej kultury i tożsamości narodowej. Stworzenie tego typu filmu politycznego było w tamtych czasach bardzo trudne i ryzykowne. Twórcy filmu liczyli, że poprzez ukazanie historii z Prus, uda im się uniknąć zakazu projekcji w zaborze rosyjskim, ale Pruska kultura nie umknęła uwadze carskich cenzorów. Pomimo tego, udało się dotrzeć do odbiorców za granicą, gdzie film krzewił patriotyczne wartości. We Francji wyświetlany był pod tytułem Les Martyrs de la Pologne, czyli Męczennicy z Polski (moje nieprofesjonalne tłumaczenie, więc ktoś władający francuskim może mnie poprawić, ale na pewno nie są to Cierpienia Polski, jak podają niektórzy). Znaleziona kopia Pruskiej kultury była bardzo mocno wyeksploatowana, co również świadczy o tym, jak znaczący dla ekspatriantów był ten kawałek taśmy. Jednocześnie pragnę podkreślić, że trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć czy to rzeczywiście najstarszy film „polski”. Być może za kolejne 92 lata odnajdzie się jeszcze starsza taśma. Póki co jednak, jest to bezsprzecznie najstarszy zachowany film fabularny wyprodukowany na ziemiach polskich. W dodatku jest to dzieło niezwykle ważne, zarówno w czasie jego powstawania, jak i obecnie.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pruska kultura” (1908), wszelkie prawa należą do Kantor Siła.

Historia dzieci wrzesińskich i protestu Drzymały do dziś wprawiają w zadumę. Pamiętający czasy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej na pewno są w stanie się do tych wydarzeń odnieść z dużą dozą empatii. Urodzeni w wolnej i suwerennej Polsce, mogą sobie tylko wyobrażać co oznacza narzucanie obcej woli, kultury i obyczajów. Pruska kultura, choć jest dziełem już wiekowym, wciąż jest na swój sposób aktualna. Po kilku latach starań, kopia filmu trafiła do Wrześni, gdzie dokładnie 100 lat po premierze została zaprezentowana ponownie mieszkańcom i burmistrzowi, przy akompaniamencie muzyki specjalnie skomponowanej przez Krzesimira Dębskiego. W ten sposób na dobre ponownie odnalazła się w panteonie polskiej sztuki patriotycznej. Zdaję sobie sprawę, że co by nie pisać o obecnej sytuacji w polskiej polityce, to jednak daleko nam do tamtych mrocznych czasów zaborów, jednak poprzez ignorancję i bierną postawę bardzo łatwo możemy stracić to, na co tak ciężko pracowali nasi przodkowie. Uważam, że o tym Pruska kultura powinna przypominać nam dziś. Zabory, okupacja, zdominowanie przez naszych wschodnich sąsiadów – to już wszystko za nami, a przed nami zdaje się być tylko świetlana przyszłość w europejskiej integracji. Jednak historia już nieraz pokazała, że przyszłe wydarzenia jest bardzo trudno przewidzieć, dlatego sądzę, że nawet jeśli za kilka lat znajdziemy film starszy od Pruskiej kultury, to nie możemy o tym dziele zapomnieć, a przede wszystkim – nie możemy zapomnieć o tym, co twórcy chcieli przez niego powiedzieć. Żeby Polska była Polską, a Pruska kultura, kulturą Polski.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pruska kultura” (1908), wszelkie prawa należą do Kantor Siła.

BIBLIOGRAFIA

Lubelski T., Historia kina polskiego 1895-2014, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych „Universitas”, Kraków 2015.

PRZYPISY

[1] T. Lubelski, Historia kina polskiego 1895-2014, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych „Universitas”, Kraków 2015, s. 30–31.

[2] Ibid., s. 31.

[3] Ibid., s. 31–32.

[4] Ibid., s. 38.

10 NIEOCZYWISTYCH FILMÓW GROZY NA HALLOWEEN

Polubienie albo psikus! Oczywiście żartuję, ale dziś jest jeden z moich ulubionych dni w roku – Halloween. Z tej okazji przygotowałem listę 10 nieoczywistych filmów grozy, które idealnie sprawdzą się zarówno na wieczór ze znajomymi, jak i na samotny seans w środku nocy. Aż strach się bać… […]

Polubienie albo psikus! Oczywiście żartuję, ale dziś jest jeden z moich ulubionych dni w roku – Halloween. Z tej okazji przygotowałem listę 10 nieoczywistych filmów grozy, które idealnie sprawdzą się zarówno na wieczór ze znajomymi, jak i na samotny seans w środku nocy. Aż strach się bać…

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Coś” (1982), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

Lista składa się z moich wyborów, a biorąc pod uwagę ilość filmów, która do tej pory powstała, jestem pewien, że mogły się tu znaleźć również inne dzieła, ale wszystkiego w tej dziesiątce zmieścić się nie da. Być może coś umyślnie pominąłem, o czymś zapomniałem, albo preferowalibyście inne pozycje, więc zachęcam do podawania swoich propozycji w komentarzach. Tytuły ułożyłem w „autorskiej” kolejności, więc numeracja niekoniecznie oddaje moją ocenę i przykładowo nie oznacza, że film z drugiej pozycji jest dziełem ważniejszym od tego z siódmej. Innymi słowy – numeracja nie oznacza, że jest to lista „top 10”.

Fragment kadru z filmu "Lament" (2016).
Fragment kadru z filmu „Lament” (2016), wszelkie prawa należą do Twentieth Century Fox Film Corporations.

Listy horrorów z okazji Halloween pojawiają się w sieci co roku, natomiast zdecydowana większość z nich wykorzystuje filmy kultowe i znane przez prawie wszystkich. Moja propozycja jest bardziej oryginalna. Chcę przybliżyć Wam nietypowe filmy grozy. Nietypowe, bo w żadnym z tych tytułów nie znajdziecie więcej niż kilka jump scare’ów (w większości nowych horrorów jest ich od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu). Skupiłem się również na filmach, które zna stosunkowo mało osób (kilkukrotnie mniejsza ilość ocen w internecie, niż w przypadku klasyków gatunku), a jednocześnie starałem się wybrać możliwie najwięcej filmów z ostatnich kilku lat, bo zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma ochotę na starsze pozycje. Jak na ironię listę rozpoczyna właśnie dość stary, ale wciąż mało znany tytuł.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Coś” (1982), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

10 – LUDZIE-KOTY (1942)

Klasyk zwrócony nieco w stronę kina noir i klasy B. Nastrojowy film o żądzach, nieracjonalnym i racjonalnym strachu, a przede wszystkim o kobiecej seksualności. To wszystko jeszcze w czasach II wojny światowej! Zdecydowanie polecam zaznajomić się z tą historią Amerykanina, który poślubia Serbkę obawiającą się, że w intymnych chwilach z mężem zmieni się w potwora.

Fragment kadru z filmu "Ludzie-koty" (1942).
Fragment kadru z filmu „Ludzie-koty” (1942), wszelkie prawa należą do RKO Pictures, źródło: The Movie Database.

9 – ZABAWA W POCHOWANEGO (2019)

Rzecz bardzo świeża, bo jeszcze do złapania w kinach. Fantastyczna Samara Weaving jako panna młoda zmuszona by w swoją noc poślubną zagrać w całkowicie pokręconą grę, w której stawką jest jej życie. W rolach drugoplanowych między innymi Henry Czerny i Andie MacDowell. Całość jest elektryzująca, zabawna i chwilami wywołuje gęsią skórkę. Już teraz mogę w ciemno napisać, że ta pozycja przejdzie do historii komedii grozy. Dodatkowo jest to jeden z rzadkich przypadków, w którym polskie tłumaczenie tytułu filmu jest w zasadzie lepsze od tytułu oryginalnego.

Fragment kadru z filmu "Zabawa w pochowanego" (2019).
Fragment kadru z filmu „Zabawa w pochowanego” (2019), wszelkie prawa należą do Fox Searchlight Pictures, źródło: The Movie Database.

8 – NEON DEMON (2016)

Film w reżyserii Nocalasa Windinga Refna, nagradzany i wyróżniany nominacjami w Cannes, który otrzymał całą masę negatywnych recenzji, a ja wychodząc z kina byłem zwyczajnie oczarowany. Główna bohaterka (grana przez Elle Fanning) trafia do Los Angeles i tam aspiruje, by zostać modelką, ale miasto szybko weryfikuje jej pragnienia i odsłania swoją mroczną stronę. W rolach drugoplanowych między innymi Jena Malone, Christina Hendricks i Keanu Reeves. Zdaję sobie sprawę, że warstwa fabularna Neon Demon nieco kuleje, niemniej jest to dzieło tak fenomenalnie kolorowe, oryginalnie mroczne i kapitalnie ograne, że mnie osobiście hipnotyzuje w nim prawie każdy kadr.

Fragment kadru z filmu "Neon Demon" (2016).
Fragment kadru z filmu „Neon Demon” (2016), wszelkie prawa należą do Amazon Studios, źródło: The Movie Database.

7 – MIDSOMMAR. W BIAŁY DZIEŃ (2019)

Jeden z najgłośniejszych horrorów tego roku, którego akcja rozgrywa się głównie w biały dzień, co bardzo chciał podkreślić polski tłumacz (a może dystrybutor?). Reżyser, Ari Aster, przeszedł już chyba do historii gatunku za sprawą filmu Dziedzictwo. Hereditary (2018). Midsommar również jest horrorem psychologicznym i pokazuje, jak wywoływać strach u widza głównie za pomocą atmosfery. Sama scena otwierająca jest tak niesamowita, że film obejrzałbym ponownie tylko dla niej. W roli opłakującej rodzinną tragedię dziewczyny, która podróżuje na „nietypowy” festiwal do Szwecji, wystąpiła Florence Pugh znana na przykład z Lady M. (2016). To kolejna wspaniała rola w jej wykonaniu i pozycja obowiązkowa dla każdego zmęczonego jump scare’ami miłośnika grozy.

Fragment kadru z filmu "Midsommar. W biały dzień" (2019).
Fragment kadru z filmu „Midsommar. W biały dzień” (2019), wszelkie prawa należą do A24, źródło: The Movie Database.

6 – COŚ (1982)

Kolejny klasyk na liście, choć niezrozumiany w swoich czasach i w Polsce wciąż mało popularny (w Stanach już doczekał się statusu dzieła kultowego). John Carpenter stworzył remake filmu Howarda Hawksa z 1951 roku, który jest znacznie ciekawszy i bardziej przerażający od oryginału. Schemat fabuły jest elegancko prosty – na Antarktydzie rozbija się pojazd kosmiczny z obcą formą życia, która jest w stanie imitować wygląd innych organizmów, oczywiście mordując przy tym na potęgę. Najpierw pozbywa się załogi norweskiej stacji badawczej, a następnie trafia do amerykańskiej placówki, gdzie „coś” mierzy się z MacReadym granym przez Kurta Russella. Muzykę skomponował Ennio Morricone, a zdjęcia wykonał Dean Cundey, operator między innymi Parku Jurajskiego (1993). Należę do grona fanatyków tego filmu, a w tym gronie towarzyszy mi na przykład Quentin Tarantino, który Coś wykorzystał jako podwalinę Nienawistnej ósemki (2015).

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Coś” (1982), wszelkie prawa należą do Universal Pictures.

5 – TO MY (2019)

Póki co drugi najlepszy tytuł z 2019 roku jaki widziałem, w moim rankingu okupujący miejsce tuż za Parasite (2019). Kolejny hit Jordana Peele’a, zawierający w obsadzie między innymi Lupitę Nyong’o, Winstona Duke’a i Elisabeth Moss. Po pierwszym seansie byłem nieco rozczarowany, ale poszedłem do kina po raz kolejny i za drugim podejściem już się zakochałem. Tempo filmu jest z początku nieco ospałe, a sama historia dotyczy rodziny spędzającej wakacje w domku nad morzem. Całość nabiera rozpędu gdy w nocy zjawia się w tym miejscu inna rodzina, która jest łudząco podobna do naszych protagonistów i nie wydaje się mieć zbyt dobrych intencji. Ogrom nawiązań do innych filmów i popkultury w ogóle. Czekam na nominacje do Oscarów. Coś mi mówi, że będą liczne.

Fragment kadru z filmu "To my" (2019).
Fragment kadru z filmu „To my” (2019), wszelkie prawa należą do Universal Pictures, źródło: The Movie Database.

4 – LAMENT (2016)

Pora na nieco „mocniejsze” pozycje. Lament to historia koreańskiego policjanta próbującego rozwiązać zagadkę dziwnej choroby, która trapi okolicznych mieszkańców. Podobnie jak w poprzedniej pozycji, akcja początkowo toczy się niespiesznie, po czym zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, co dzieje się w tej małej społeczności i nagle wydaje się być już zbyt późno na jakikolwiek ratunek (i to zarówno dla bohaterów, jak i widzów). Mrok, mrok, mrok i jeszcze raz mrok. Tylko dla odważnych.

Fragment kadru z filmu "Lament" (2016).
Fragment kadru z filmu „Lament” (2016), wszelkie prawa należą do Twentieth Century Fox Film Corporations.

3 – ZŁO WE MNIE (2015)

Ten tytuł Oza Perkinsa z Emmą Roberts i Kiernan Shipką, umknęła większości widzów, a jest to jeden z najbardziej przerażających horrorów jakie widziałem w życiu. To opowieść o dwóch dziewczynach zostających na ferie zimowe w szkole z internatem, w której zdaje się rezydować jakieś pierwotne zło. Polski tytuł niestety trochę wyjawia główną problematykę utworu – psychologiczne starcie bohaterek z rzeczywistością. Czy zło rzeczywiście zamieszkuje w mrocznym budynku, czy też może jest nieodłącznym elementem ludzkiej duszy, albo wypadkową traumy, samotności i cierpienia? Obejrzyjcie i spróbujcie odpowiedzieć sami.

Fragment kadru z filmu "Zło we mnie" (2015).
Fragment kadru z filmu „Zło we mnie” (2015), wszelkie prawa należą do A24, źródło: The Movie Database.

2 – CZAROWNICA: BAJKA LUDOWA Z NOWEJ ANGLII (2015)

Kolejny film, w którym z pozoru prawie nic się nie dzieje, a po seansie trudno się otrząsnąć z tego co właśnie doświadczyliśmy. W siedemnastowiecznej Nowej Anglii rodzina zostaje wygnana z purytańskiej kolonii. Nowy start zaczynają na farmie nieopodal lasu i w tym upiornym otoczeniu zaczynają powoli popadać w obłęd. W rolach głównych wspaniała Anya Taylor-Joy i znani z Gry o tron (2011-2019) Ralp Ineson i Kate Dickie.

Fragment kadru z filmu "Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii" (2015).
Fragment kadru z filmu „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” (2015), wszelkie prawa należą do A24, źródło: The Movie Database.

1 – ODGŁOSY (1977)

Na koniec pozycja nieco lżejsza, żeby nie kończyć zbyt mrocznym akcentem. Odgłosy to kolejny kultowy klasyk, który w Polsce nie jest zbyt popularny. Niedawno w kinach gościł remake tego filmu, który obejrzeć można, ale z oryginałem ma bardzo niewiele wspólnego. Tutaj, podobnie jak w Neon Demon, mamy do czynienia z feerią barw, pulsującą muzyką (w wykonaniu zespołu rockowego Goblin) i hipnotyzującymi kadrami. Jeden z najważniejszych giallo w historii, wyreżyserowany przez Dario Argento, który dla horroru jest postacią taką jak Sergio Leone dla westernu. Trzeba znać!

Fragment kadru z filmu "Odgłosy" (1977).
Fragment kadru z filmu „Odgłosy” (1977), wszelkie prawa należą do Produzioni Atlas Consorziate, źródło: The Movie Database.

ZWIERZ ZIMANDA NA WOLNOŚCI, CZYLI CZYM JEST SJUŻET I JAK EWOLUOWAŁ PRZEZ LATA

Od czasów I wojny światowej do lat trzydziestych XX wieku grupa rosyjskich badaczy literatury konstruowała to, co dziś nazywamy rosyjską szkołą formalną. […]

Od czasów I wojny światowej do lat trzydziestych XX wieku grupa rosyjskich badaczy literatury konstruowała to, co dziś nazywamy rosyjską szkołą formalną. Założeniem tej grupy, w dużym uproszczeniu, było nakierowanie literaturoznawstwa z pozytywistycznej metodologii (uwarunkowania społeczne, historyczne czy psychologiczne) na badanie literackości tekstów. Dla formalistów każdy utwór literacki, oprócz wspomnianych zewnętrznych czynników, charakteryzował się również właściwościami wewnętrznymi i to one były najważniejsze. Ponownie upraszczając, literaturoznawstwo było dla nich ściśle powiązane z językoznawstwem, a forma samego dzieła służyła przekształceniu języka w sztukę. Analizując literackość utworów, tworzyli oni nowe teorie (jak na przykład teoria bajki Proppa) i nowe terminy związane z formami dzieł literackich. Wiele z tych osiągnięć było punktem wyjścia dla „powstałej” w 1969 roku narratologii, która do dziś w całości oddaje się badaniom nad strukturą narracyjną utworów.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Podziemny krąg” (1999), wszelkie prawa należą do Twentieth Century Fox Film Corporations.

Dla zainteresowanych filmem, serialami telewizyjnymi, grami wideo czy nawet teatrem, obok warstwy audiowizualnej najważniejsza jest właśnie warstwa narracyjna. Sytuacja gier jest o tyle szczególna, że istnieją takie, które bronią się z lichą, bądź niemal nieistniejącą narracją, ale w pozostałych mediach sposób opowiadania i ciąg wydarzeń przedstawionych jest wyjątkowo istotny. Dlatego też moim zdaniem na szczególną uwagę zasługują opracowane przez rosyjskich formalistów pojęcia fabuły i sjużetu, które w kręgach filmoznawczych są oczywiście bardzo dobrze znane, ale już do powszechnej wiedzy nie należą.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Podejrzani” (1995), wszelkie prawa należą do Gramercy Pictures.

„Sjużet” to słowo brzmiące w naszym kraju dość egzotycznie. Nieprzypadkowo, jest bowiem podwójnym zapożyczeniem – Rosjanie zapożyczyli francuskie słowo sujet, oznaczające temat, a Polacy zapożyczyli zapożyczenie Rosjan. W tym miejscu należałoby wytłumaczyć co to słowo oznacza. Nie wszyscy formaliści byli w tym temacie zgodni, więc w niektórych starszych opracowaniach można spotkać się z używaniem sjużetu i fabuły na zasadzie synonimów. Można znaleźć też teksty, w których te pojęcia były rozumiane odwrotnie niż ostatecznie zostało to przez następców formalistów przyjęte. Dziś chyba wszyscy są już zgodni, definiując fabułę jako ogół zdarzeń i informacji związanych z daną historią, a sjużet jako te zdarzenia i informacje, które zostały w utworze ukazane. Fabuła jest zatem schematem zdarzeń zawartych na przykład w filmie, a sjużet schematem samego (w tym przykładzie) filmu. Fabuła to „wszystko”, a sjużet jest tylko tym, z czym dane jest zapoznać się odbiorcy.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Podziemny krąg” (1999), wszelkie prawa należą do Twentieth Century Fox Film Corporations.

Idąc krok dalej, celem jeszcze dobitniejszego ukazania różnicy pomiędzy fabułą a sjużetem, posłużę się kolejnym przykładem. Załóżmy, że w filmie, który oglądamy protagonista zmierza samochodem na lotnisko w Los Angeles. Dojeżdża do niego, zatrzymuje się i spogląda w stronę wejścia. Następuje cięcie, po którym ten sam bohater spaceruje po Central Parku. Na podstawie sjużetu, czyli tego co właśnie zostało nam pokazane, dopowiadamy sobie fabułę. Dochodzimy do prostego wniosku – nasz bohater poleciał do Nowego Jorku. Jest to jednak tylko nasze założenie, gdyż bohater mógł zwyczajnie nigdy nie opuścić samochodu i do Nowego Jorku przyjechać, a nie przylecieć. Mirosław Przylipiak w książce Kinie stylu zerowego. Dwadzieścia lat później słusznie zwraca uwagę na to, że ze sprawnym opowiadaniem filmowym mamy do czynienia gdy widz z łatwością odczytuje fabułę ze sjużetu. Pozbawioną istotnych wydarzeń podróż, samolotem czy samochodem, można całkowicie pominąć i widz nie będzie na tym specjalnie stratny. Nieco bardziej skomplikowana sytuacja zachodzi w filmach o nielinearnej strukturze narracyjnej i w filmach będącymi swego rodzaju układankami (tak zwany mystery film), jak Podejrzani (1995) czy Podziemny krąg (1999). W tych ostatnich sjużet zbudowany jest umyślnie tak, aby widz na jego podstawie błędnie dopowiedział sobie fabułę. Dzięki takiemu zabiegowi łatwo jest wywrzeć wrażenie na widzu, ukazując, że jego obserwacje od początku były błędne i w rzeczywistości sprawy mają się inaczej, niż mogłoby się wydawać. Ciekawym przykładem tego rodzaju „żonglowania” fabułą i sjużetem jest film Memento (2000), którego struktura narracyjna jest ułożona nielinearnie w tak misterny sposób, że zasługuje na osobny tekst.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Memento” (2000), wszelkie prawa należą do Newmarket Films, źródło: The Movie Database.

W 1972 roku Roman Zimand, krytyk literacki, publicysta i historyk literatury, opublikował w czasopiśmie „Teksty: teoria literatury, krytyka, interpretacja” wywód pod tytułem „Siużet” – co to za zwierz?. Jest to najstarszy polski tekst o sjużecie jaki udało mi się odnaleźć. Autor wyraził w nim swoją niechęć do rusycyzmów w ogóle i do „sjużetu” w szczególności. Nazwał używanie tego słowa pomysłem niesmacznym i dodał, że jeśli już ktoś musi go używać, to nie powinien używać niepoprawnego spolszczenia „siużet”, tylko poprawnej transkrypcji z cyrylicy – „sjużiet”. Jak na ironię, Zimand również był w błędzie, co dekadę później potwierdził w swojej odpowiedzi do tego tekstu rusycysta i przekładoznawca, Piotr Fast. Zimand zaproponował zmianę „fabuły” na „schemat fabularny” i „sjużetu” na „fabułę”, pisząc jednocześnie, że z pewnością słowo „sjużet” żadnej magicznej siły nie posiada. W mojej opinii w tym miejscu Zimand również się pomylił. Jego propozycja nie została przyjęta, a pojęcie fabuły i sjużetu funkcjonuje do dziś w literaturoznawstwie, filmoznawstwie, a także rosnącym w siłę w Polsce nurcie groznawczym. Mam nadzieję, że udało mi się tym esejem chociaż trochę „uwolnić” zwierza Zimanda i nadać mu choć odrobiny magii. Chciałbym by więcej osób zapoznało się z tym znienawidzonym w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej słowem. W końcu jest to termin odnoszący się do większości utworów, z którymi każdy z nas ma do czynienia na co dzień i zamiast na siłę go unikać, możemy spróbować tego zwierza oswoić.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Memento” (2000), wszelkie prawa należą do Newmarket Films, źródło: The Movie Database.

BIBLIOGRAFIA

Fast P., Przeciwstawienie „fabuła-sjużet” w literaturoznawstwie rosyjskim, „Rusycystyczne Studia Literaturoznawcze”, 1982, nr 6.

Przylipiak M., Kino stylu zerowego. Dwadzieścia lat później, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot 2016.

Zimand R., „Siużet” – co to za zwierz?, „Teksty: teoria literatury, krytyka, interpretacja”, 1972, nr 6.

RECENZJA GRY „METAL SLUG X” (1999)

„Metal Slug X” to wydana na nowo, poprawiona wersja „Metal Slug 2” (1998). Gra ukazała się w 1999 roku i przez te dwadzieścia lat nie straciła nic na grywalności. […]

„Metal Slug X” to wydana na nowo, poprawiona wersja „Metal Slug 2” (1998). Gra ukazała się w 1999 roku i przez te dwadzieścia lat nie straciła nic na grywalności.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Metal Slug X” (1999), wszelkie prawa należą do SNK.

Podobnie jak w Metal Slagu z 1996 roku, tutaj również wcielamy się w jednego z wybranych przez nas żołnierzy do zadań specjalnych, a następnie biegniemy od lewej do prawej strony ekranu, po drodze siejąc zniszczenie na niewyobrażalną skalę. Świat trzeba uratować za wszelką cenę, więc do wrogów strzelamy i rzucamy czym popadnie i jak popadnie. Jest nawet mały fabularny twist (zwiastowany już w pierwszej misji) i nawiązanie do popularnego filmu w finale, tak więc szczypta kultury w tym olbrzymim kotle rozrywki też się znalazła.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Metal Slug X” (1999), wszelkie prawa należą do SNK.

Nigdy nie zapomnę jak wysokie mniemanie miałem o tej serii będąc dzieckiem. Czy to na „automatach”, czy też w domowo-konsolowym zaciszu – gry z tego uniwersum zawsze kojarzyły mi się z niesamowitą ilością dobrej zabawy, wieloma trudnymi do ukończenia poziomami i sporą dawką dobrego humoru. Gdy ukończyłem recenzowaną pozycję na Xboxie One X, moje przemyślenia były bardzo zbliżone do tych z dzieciństwa. Czar nie prysł, zabawy wciąż jest masa, humor też, jedynie poziom trudności przy standardowych ustawieniach okazał się nie być wyzwaniem.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Metal Slug X” (1999), wszelkie prawa należą do SNK.

Dla bardziej wymagających graczy znalazła się możliwość podniesienia poziomu trudności, jest też trochę osiągnięć do zdobycia. Całość nie powinna zająć nikomu więcej niż kilka godzin, więc grę można potraktować jako luźniejszą odskocznię od tytułów AAA. Względem części pierwszej twórcy dodali tu między innymi nowe pojazdy (moim faworytem jest uzbrojony wielbłąd), transformację bohaterów (można przytyć od zbyt dużej ilości jedzenia i w tej grubszej formie atakować wrogów widelcem w miejsce noża) czy nowe postaci. Natomiast Metal Slug X względem części drugiej to na przykład nowe bronie, przeciwnicy i sporo poprawionych błędów. W trakcie mojej rozgrywki, gdy na ekranie działo się wiele rzeczy naraz, grze zdarzało się tracić klatki i teraz pytanie – czy to efekt zamierzony, przypominający o dawnych czasach, czy też może jest to nienaprawiony błąd, prześladujący graczy dwadzieścia lat po premierze? Jeśli to drugie, to sam nie wiem czy śmiać się, czy uderzyć dłonią w czoło, więc wolę zostać przy myśleniu o tym na zasadzie – it’s not a bug, it’s a feature.

Fragment zrzutu ekranu z gry
Fragment zrzutu ekranu z gry „Metal Slug X” (1999), wszelkie prawa należą do SNK.

Oprawa wizualna i muzyczna oczywiście nieco trąci myszką, ale nawet dziś gra nie wygląda i nie brzmi źle. Poza tym w serii Metal Slug najważniejsza jest sama grywalność, a pod tym względem trudno mi napisać coś negatywnego. W dzieciństwie spędziłem sporo czasu na ten tytuł z kolegami, więc postanowiłem zrobić eksperyment i zaprosiłem do wspólnej gry moją żonę. Ku mojemu zaskoczeniu, jej brak doświadczenia w tego typu zabawie nie przeszkodził frajdzie i szybko ukończyliśmy wspólnie wszystkie poziomy. Czasem dobrze coś takiego odkurzyć i pokazać komuś, kto jeszcze nie miał przyjemności się z tym zapoznać. Niektóre pozycje bawią tak samo dobrze przez wiele, wiele lat.

Ikona oceny 5.

MIŁOŚĆ W CZASACH PARY I ELEKTRYCZNOŚCI, CZYLI RÓŻNE WYMIARY UCZUĆ W „LALCE” (1968)

Chyba najistotniejszy z wątków w „Lalce” Bolesława Prusa, to ten traktujący o miłości Stanisława Wokulskiego do Izabeli Łęckiej. […]

Chyba najistotniejszy z wątków w „Lalce” Bolesława Prusa, to ten traktujący o miłości Stanisława Wokulskiego do Izabeli Łęckiej. Człowiek zarówno romantyczny, jak i praktyczny, zabiegający usilnie o względy oziębłej femme fatale. Za jednego ze specjalistów od różnych wymiarów miłości w kinie polskim uważam Wojciecha Jerzego Hasa, a to właśnie jemu przypadła szansa wprowadzenia powieści Prusa na ekrany po raz pierwszy w historii.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Lalka” (1968), wszelkie prawa należą do Zespołu Realizatorów Filmowych „Kamera”.

Ekranizacja Lalki zdawała się być nieuchronna chyba odkąd tylko w Polsce pojawiły się filmy. Jak słusznie zauważyła Magdalena Podsiadło – „niesłabnąca popularność oraz potencjał wizualny powieści predestynowały ją do zabiegów adaptacyjnych. Skłaniała do tego także stereotypowo pojmowana »filmowość« tekstu: realistyczna konwencja, dominacja trzecioosobowej narracji wszechwiedzącej oraz przewaga akcji i opisu nad introspekcją”[1]. Tej ważnej premiery doczekano się w 1968 roku. Jak się okazało, była to bardziej adaptacja niż ekranizacja. Początkowo została przyjęta niezbyt pozytywnie, a najbardziej wypominano jej to, że miała zbyt mało wspólnych cech z pierwowzorem. Hasowi zarzucano, że jego wizja artystyczna skrzywdziła bogaty świat stworzony przez Prusa. Reżyser miał zawsze autorskie podejście do adaptowanych przez siebie dzieł. Marcin Maron tak pisał o jego preferencjach: „Has mówił, iż interesuje go głównie przeniesienie na ekran tej warstwy literatury, która »nie jest filmowa«. Chciał wydobyć z ulubionych książek coś więcej niż tylko fabułę. Interesował go człowiek – jego przeżycia, pamięć i wyobraźnia, inspirował nastrój związany z uczuciami bohaterów, lecz także filozoficzny podtekst adaptowanych utworów”[2]. Zostawiając to na ile twórcy udało się oddać treść książki, chciałbym podkreślić, że wspomniany na początku wątek miłosny podany po hasowsku jest nader wysmakowany. W powieści mamy do czynienia z trzema pokoleniami reprezentowanymi przez Rzeckiego, Wokulskiego i Ochockiego – romantycy oraz idealiści, pokolenie przejściowe łączące cechy tego poprzedniego z następnym i w końcu pozytywiści zakochani w wynalazkach, nauce czy pracy u podstaw. Przeszłość, teraźniejszość i głos przyszłości. W adaptacji reżyser zastosował podobne podejście do tematu miłości, przedstawiając jej trzy wymiary – erotyczno-romantyczną z dawnych czasów, praktyczną, którą zdają się posługiwać bohaterowie filmu i rzeczywistą, o której Wokulski (Mariusz Dmochowski) uczy się w ten najmniej przyjemny sposób.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Lalka” (1968), wszelkie prawa należą do Zespołu Realizatorów Filmowych „Kamera”.

Zarówno kupiec, jak i marząca mu się arystokratka zachowują przez większą część filmu bardzo wykalkulowane podejście do uczuć. Jak zaobserwowała Podsiadło: „Dramat filmowy panny Łęckiej – wolnej od kompromitującej ją w książce pogardy dla Wokulskiego – polega na tym, że na jej pięknych barkach spoczywa obowiązek ratowania majątku. Mimo że Wokulski bezustannie głosi pochwałę miłości idealnej, platonicznej, wzniosłej i pełnej oddania, próbuje ją uzyskać w drastycznie przyziemny sposób, przyjmując zasady gry społecznej. Has dokonuje selekcji materiału powieściowego, konsekwentnie wybierając sceny, w których miłość sprowadza się do transakcji”[3]. Trudno jest w filmowej Lalce znaleźć choćby scenę, w której byłoby inaczej. Autorka odnotowała dalej: „Pierwsza rozmowa bohaterów dotyczy sprzedaży sreber, kolejna, w kościele, zawiera znaczące zdanie Wokulskiego na temat jego filantropii, która ma inny »zysk na widoku«. Po spotkaniu z Wokulskim na przyjęciu u księcia Łęcka z myślą o nim puentuje: »przekona się, że jestem za droga«, a podczas wyścigów konnych oznajmia Wokulskiemu, że stał się powodem wygranego zakładu. Nawet w chwili intymnej rozmowy w domu Izabeli wyznaje ona, że chciałaby spłacić jeden dług, tymczasem Wokulski zachęca ją do zaciągnięcia kolejnego. Po przyjęciu zaręczyn panna Izabela oświadcza, że »będzie idealnym mężem, bogaty, nietuzinkowy, a nade wszystko człowiek gołębiego serca«. Na tym tle rozpad tego związku jest jak niesfinalizowana transakcja”[4]. Ten praktyczny wymiar miłości oddaje beznadziejność uczuciową pokolenia Wokulskiego.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Lalka” (1968), wszelkie prawa należą do Zespołu Realizatorów Filmowych „Kamera”.

Zdecydowanie najmniej w filmie jest uczuć nacechowanych erotyką. Podsiadło zaproponowała taki tego powód: „To, co popędowe i erotyczne, wydarza się bowiem w ciemności, na nizinach, gdzie Łęcka gości bardzo rzadko”[5]. Rzeczywiście, w całym filmie mamy do czynienia wyłącznie z dwiema scenami tego typu. Pierwsza ukazuje rozbierającą się przed Wokulskim „Magdalenkę” (Anna Seniuk). Nasz główny bohater spotyka ją w kościele, przy blasku świec, a następnie jest przez nią zwabiony do miejsca wykreowanego przez reżysera specjalnie na tę okazję. Podsiadło zaznaczyła: „Has poszerza jednak świat Prusa o jedną dodatkową przestrzeń, znajdującą się w biednej dzielnicy, czyli miejsce schadzek, w którym Wokulski odbywa rozmowę ze swoją »Magdalenką«. W ruderze tej działa osłabiona siła zakazów kultury, przez co nabiera ona charakteru erotycznego”[6]. Czym trudni się bohaterka grana przez Annę Seniuk nie trudno zgadnąć. Wokulski jest jednak skoncentrowany na Izabeli, którą zresztą traktuje ze sporym szacunkiem, i o której zdaje się nie myśleć w kategoriach cielesnych. „Magdalenka” nie wywiera zatem większego wrażenia na protagoniście. Druga ze scen o zabarwieniu erotycznym rozgrywa się pod koniec filmu. Pokazuje ona w niskim kluczu namiętność pomiędzy Łęcką, a jej kuzynem. Rzecz dzieje się w pociągu, a pan Stanisław obserwuje ją przez odbicie w szybie. Jest to cios w serce kupca i moment uświadomienia sobie rzeczywistej natury tej relacji.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Lalka” (1968), wszelkie prawa należą do Zespołu Realizatorów Filmowych „Kamera”.

Wokulski w scenie rozmowy z Wąsowską (Kalina Jędrusik) wyznaje, że dla niego miłość „przypomina kolej żelazną. Leci prędko i bierze pasażerów ilu się da”. Słowa te zdają się pobrzmiewać w uszach widza przypatrującemu się zdradzie Łęckiej. Miłość rzeczywista w wykonaniu Hasa jest tragiczna. W jednej chwili kupiec traci chęć do życia. Przy okazji dyskusji Wokulskiego z Ochockim o locie balonem, padają z ust tego pierwszego słowa jeszcze chyba lepiej opisujące to niepowodzenie: „Człowiek myśli, że uniesie się w górę i nagle widzi, że wcale nie on unosi się, lecz ziemia szybko zapada mu się pod nogami. Jest to zawód tak niespodziewany i przykry, że chciałoby się wyskoczyć”. Tylko czy da się wyskoczyć z miejsca, w którym znalazł się nasz bohater? Takie pytanie w mojej opinii zadał Wojciech Jerzy Has, a możliwość odpowiedzi – pozostawił widzom.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Lalka” (1968), wszelkie prawa należą do Zespołu Realizatorów Filmowych „Kamera”.

Miłość w trzech różnych wymiarach Hasa absolutnie przypadkiem nie jest. Ma charakter funkcyjny – służy ukazaniu kondycji uczuciowej bohaterów filmu, ale także jest komentarzem znacznie szerszym. Cytując raz jeszcze Marona: „Można zaryzykować stwierdzenie, że wątek miłości staje się u Hasa głównym czynnikiem w sposób negatywny diagnozującym moralny charakter czasu historycznego i los uwikłanego weń człowieka. A raczej, mówiąc wprost – to brak autentycznej miłości i jej pragnienie odsłania duchową pustkę tego czasu. Rzecz dotyczy zatem nie tylko romansu, ale czegoś znacznie głębszego, czegoś, co niewątpliwie trudno nazwać słowami”[7]. Na tym moim zdaniem polega geniusz Hasa i jego dzieła – zdaje się istnieć jeszcze jeden, czwarty wymiar miłości, nieosiągalny przez bohaterów niczym metal lżejszy od powietrza.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Lalka” (1968), wszelkie prawa należą do Zespołu Realizatorów Filmowych „Kamera”.

BIBLIOGRAFIA

Maron M., Dramat czasu i wyobraźni. Filmy Wojciecha J. Hasa, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych „Universitas”, Kraków 2010.

Maron M., Filmowy świat Hasa – czas, obraz, tekst, [w:] Filmowe ogrody Wojciecha Jerzego Hasa, red. M. Jakubowska, K. Żyto, i A.M. Zarychta, Wydawnictwo Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej, Łódź 2011.

Podsiadło M., Dalej aktualne. „Lalka” Wojciecha Jerzego Hasa według Bolesława Prusa, [w:] Od Mickiewicza do Masłowskiej. Adaptacje filmowe literatury polskiej, red. T. Lubelski, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych „Universitas”, Kraków 2014.

PRZYPISY

[1] M. Podsiadło, Dalej aktualne. „Lalka” Wojciecha Jerzego Hasa według Bolesława Prusa, [w:] Od Mickiewicza do Masłowskiej. Adaptacje filmowe literatury polskiej, red. T. Lubelski, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych „Universitas”, Kraków 2014, s. 44–45.

[2] M. Maron, Filmowy świat Hasa – czas, obraz, tekst, [w:] Filmowe ogrody Wojciecha Jerzego Hasa, red. M. Jakubowska, K. Żyto, i A.M. Zarychta, Wydawnictwo Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej, Łódź 2011, s. 335.

[3] M. Podsiadło, „Dalej aktualne. „Lalka” Wojciecha Jerzego Hasa według Bolesława Prusa”, op. cit., s. 62.

[4] Ibid., s. 62–63.

[5] Ibid., s. 65.

[6] Ibid.

[7] M. Maron, Dramat czasu i wyobraźni. Filmy Wojciecha J. Hasa, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych „Universitas”, Kraków 2010, s. 356.

10 PORUSZAJĄCYCH FILMÓW NA MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ WALKI Z UBÓSTWEM

Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Walki z Ubóstwem. Z tej okazji przygotowałem listę dziesięciu poruszających filmów, w których pojawia się wątek niedostatku. […]

Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Walki z Ubóstwem. Z tej okazji przygotowałem listę dziesięciu poruszających filmów, w których pojawia się wątek niedostatku. Obchodzący święto, wraz z Organizacją Narodów Zjednoczonych, co roku apelują o pomoc dla ofiar nędzy na całym świecie. Obejrzenie jednego z poniższych filmów może być dobrym pretekstem do refleksji na ten temat, a być może zachęci nawet kogoś do podjęcia konkretnych działań.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Projekt Floryda” (2017), wszelkie prawa należą do A24.

Lista składa się z moich wyborów, a biorąc pod uwagę ilość filmów, która do tej pory powstała, jestem pewien, że mogły się tu znaleźć również inne dzieła, ale wszystkiego w tej dziesiątce zmieścić się nie da. Być może coś umyślnie pominąłem, o czymś zapomniałem, albo preferowalibyście inne pozycje, więc zachęcam do podawania swoich propozycji w komentarzach. Tytuły ułożyłem w „autorskiej” kolejności, więc numeracja niekoniecznie oddaje moją ocenę i przykładowo nie oznacza, że film z drugiej pozycji jest dziełem ważniejszym od tego z siódmej. Innymi słowy – numeracja nie oznacza, że jest to lista „top 10”.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Gorączka złota” (1925), wszelkie prawa należą do United Artists.

Ubóstwo nie jest modnym tematem w świecie filmów, więc i wybór dziesięciu tytułów o tej tematyce nie był łatwy. Skupiłem się na ostatniej dekadzie, żeby podkreślić sytuacje, z którymi aktualnie mierzą się ludzie na całym świecie, ale na liście nie zabrakło również kilku klasyków. Nie przedłużając, przejdźmy zatem do pozycji dziesiątej.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „W pogoni za szczęściem” (2006), wszelkie prawa należą do Columbia Pictures.

10 – GORĄCZKA ZŁOTA (1925)

Na rozgrzewkę film wyraźnie „lżejszy” od pozostałych. Podobnie jak w wielu dziełach Chaplina, w Gorączce złota pojawia się postać Trampa, dżentelmena-włóczęgi o dobrym sercu i pustych kieszeniach. W zasadzie prawie każdy film z tą postacią mógłby się znaleźć na tej pozycji, ale wybrałem Gorączkę złota, bo chociaż niezbyt poważnie, to porusza ona takie wątki jak głód, choroba czy samotność, a wszystko w mroźnych, górskich klimatach Klondike. Oczywiście, jak na komedię przystało, całość kończy się pozytywnie, a Tramp po raz kolejny staje się synonimem potęgi american dream. Dwie nominacje do Oscara, miejsce na listach najlepszych filmów wszechczasów – jeśli nie wiecie czym jest balet bułeczek, to czas najwyższy się dowiedzieć.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Gorączka złota” (1925), wszelkie prawa należą do United Artists.

9 – SLUMDOG. MILIONER Z ULICY (2008)

Ta pozycja zdobyła aż osiem Oscarów (w kategoriach: film, scenariusz adaptowany, reżyser, zdjęcia, muzyka, montaż, piosenka i dźwięk, a dodatkowo nominowana była jeszcze za montaż dźwięku i inną piosenkę), a także całą masę innych nagród. To historia Jamala Malika, Hindusa wychowanego w slumsach Bombaju, który po osiągnięciu pełnoletniości bierze udział w indyjskiej wersji Milionerów. Chłopak odpowiada dobrze na każde pytanie i zanim trafia do finału zostaje aresztowany przez policję. Wszyscy podejrzewają oszustwo, a Jamal opowiada na przesłuchaniu historię swojego życia w nędzy. Zapewne większość z Was już widziała Slumdoga, ale ten hit Danny’ego Boyle’a jest jednym z tych filmów, do których warto wracać.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Slumdog. Milioner z ulicy” (2008), wszelkie prawa należą do Warner Bros., źródło: The Movie Database.

8 – CO JEST GRANE, DAVIS (2013)

Dzieło braci Coen, które umknęło uwadze wielu widzów i krytyków, a które ja uważam za jedną z ich lepszych pozycji. Nagroda i nominacja w Cannes oraz dwie nominacje do Oscara – to tylko niektóre z wyróżnień zdobytych przez Co jest grane, Davis, który opowiada losy piosenkarza folkowego zmagającego się z problemami finansowymi i bezdomnością na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Melancholia, czarny humor i wiele scen, które chwytają za serce – jeśli ktoś jeszcze nie widział, polecam nadrobić zaległości.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Co jest grane, Davis” (2013), wszelkie prawa należą do CBS Films, źródło: The Movie Database.

7 – PARASITE (2019)

Komedia, dramat, horror, thriller, film kryminalny i katastroficzny – to wszystko i wiele więcej udało się zmieścić w tym koreańskim przeboju, który (przynajmniej do dziś) jest moim ulubionym filmem z bieżącego roku. Trudno o nim pisać unikając spoilerów, więc dodam tylko, że to niesamowita historia ubogiej koreańskiej rodziny, która w nędzy żyć nie chce i zrobi wszystko, aby stan rzeczy zmienić. Ten pierwszy koreański laureat Złotej Palmy w Cannes, pewnymi krokami maszeruje po Oscara. Absolutnie trzeba zobaczyć.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Parasite” (2019), wszelkie prawa należą do CJ Entertainment, źródło: The Movie Database.

6 – BEASTS OF NO NATION (2015)

Zbliżamy się do połowy listy, więc i ton kolejnych filmów będzie się powoli zmieniał na coraz bardziej ponury. W tym mamy do czynienia z wojną, która sprawia, że już żyjący w nędzy ludzie, pogrążają się w niej jeszcze bardziej. Całość opowiedziana jest z perspektywy, Agu, chłopca z małej afrykańskiej wioski, którego rodzina zostaje wymordowana przez okrutnych partyzantów. Agu udaje się uciec, ale wkrótce trafia w ręce oprawców swojej rodziny i zostaje wcielony w ich szeregi. Twórcy czerpali inspiracje z wydarzeń wojny domowej w Sierra Leone, która trwała prawie 11 lat. W Afryce do dziś tego typu historie dzieci-żołnierzy powtarzają się pośród głodu, nędzy i chorób. Nagradzany i nominowany na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, Beast of No Nation pozostaje z widzem jeszcze długo po seansie.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Beasts of No Nation” (2015), wszelkie prawa należą do Netflix.

5 – W POGONI ZA SZCZĘŚCIEM (2006)

Oparta na faktach opowieść o życiu Chrisa Gardnera, który szukając tytułowego szczęścia zmaga się z problemami. Jest inteligentny, pracowity i utalentowany, ale brak pieniędzy, problemy rodzinne i ustawiczny pech sprawiają, że wraz z kilkuletnim synkiem tuła się po schroniskach. W roli ojca i syna Will i Jaden Smith – ojciec i syn w rzeczywistości. Pomimo trudnej tematyki, film ma pozytywne przesłanie i świetnie nada się na rodzinny seans, na przykład w niedzielne popołudnie.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „W pogoni za szczęściem” (2006), wszelkie prawa należą do Columbia Pictures.

4 – PROJEKT FLORYDA (2017)

Był ojciec z synem, to teraz pora na matkę z córką. Twórcą tego nominowanego do Oscara dzieła jest Sean Baker znany szerzej z Mandarynki (2015). Tym razem budżet na film pozwolił na więcej niż kręcenie iPhone’em i otrzymaliśmy poruszającą historię ubogich, młodych ludzi żyjących w tanim motelu nieopodal Walt Disney World. Piękne kadry, jeszcze piękniejsze kolory i kapitalna gra aktorska. Film otrzymał tylko jedną nominację do Oscara (dla Willema Defoe) i widziało go stosunkowo mało osób, a naprawdę warto.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Projekt Floryda” (2017), wszelkie prawa należą do A24.

3 – JA, DANIEL BLAKE (2016)

Kolejny zdobywca Złotej Palmy na liście to krótka, ale absolutnie ujmująca opowieść o starszym człowieku walczącym z system opieki zdrowotnej w Wielkiej Brytanii, który na swojej drodze trafia na samotną matkę i decyduje się jej pomóc. Sama scena w banku żywności jest całkowicie wstrząsającym doświadczeniem, dla którego warto zobaczyć tę pozycję.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ja, Daniel Blake” (2016), wszelkie prawa należą do Entertainment One, źródło: The Movie Database.

2 – KAFARNAUM (2018)

Nominacja do Oscara, nagrody i nominacje w Cannes – na ekranach w Polsce przez krótką chwilę gościł film Kafarnaum, ale co to była za chwila! To historia dwunastoletniego chłopca, który pozywa swoich rodziców za zaniedbanie. Z retrospekcji wyłania się przerażający obraz dziecka zmagającego się z przemocą, niechęcią i głodem, a kiedy następuje zwrot w akcji i główny bohater sam musi zaopiekować się małym dzieckiem, to wręcz można zapomnieć o zeznaniach w sali sądowej i kompletnie zatracić się w ściskających serca i gardła emocjach.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Kafarnaum” (2018), wszelkie prawa należą do Sony Pictures Classics, źródło: The Movie Database.

1 – NOCNY KOWBOJ (1969)

Na koniec chyba mój ulubiony film z tej listy, zdecydowany klasyk w reżyserii Johna Schlesingera, z Jonem Voightem i Dustinem Hoffmanem w rolach głównych. Został nagrodzony trzema Oscarami, w tym za najlepszy film i wyróżniony na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie. Opowiada losy Joego Bucka, młodego chłopaka z Teksasu, który ubiera się jak kowboj i pewnego dnia postanawia rzucić swoją pracę i rozpocząć „karierę” dobrze opłacanego żigolo w Nowym Jorku. Na miejscu okazuje się, że to nie jest tak proste, jak naszemu bohaterowi się wydawało i obserwujemy pogarszającą się z dnia na dzień sytuację Bucka. Niebawem Joe zaprzyjaźnia się z lokalnym złodziejaszkiem i oboje przeżywają niedolę, marząc o lepszym życiu. Niesamowity dramat, który mnie prawie doprowadził do łez. Traktuje o nędzy, prostytucji, narkotykach, bezdomności, głodzie, ale chyba przede wszystkim – o przyjaźni, a wiadomo przecież, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Nocny kowboj” (1969), wszelkie prawa należą do United Artists, źródło: The Movie Database.

ANALIZA STRATEGII NARRACYJNYCH W GRZE „DEAD SPACE” (2008)

W 2008 roku EA Redwood Shores wydało na kilka platform grę pod tytułem „Dead Space”. O samym deweloperze zrobiło się ponownie głośno całkiem niedawno, gdyż jego właściciel, Electronic Arts, postanowił zakończyć istnienie studia. […]

W 2008 roku EA Redwood Shores wydało na kilka platform grę pod tytułem „Dead Space”. O samym deweloperze zrobiło się ponownie głośno całkiem niedawno, gdyż jego właściciel, Electronic Arts, postanowił zakończyć istnienie studia. Tym samym został zamknięty całkiem spory rozdział w historii gier – EA Redwood Shores (znane później jako Visceral Games) miało na koncie sporo tytułów, z czego większość zdobyła aprobatę krytyków na całym świecie.

Fragment zrzutu ekranu z gry "Dead Space" (2008).
Fragment zrzutu ekranu z gry „Dead Space” (2008), wszelkie prawa należą do EA Redwood Shores.

Najsłynniejszą ich produkcją była właśnie seria gier Dead Space, która doczekała się trzech części, trzech spin-offów, a także przerodziła się w opowieść transmedialną wraz z premierą dwóch filmów i pięciu komiksów. Bardzo dobre recenzje niestety nie pomogły serii wygenerować dostatecznych przychodów, by fani mogli doczekać się czwartej części. Dead Space to przede wszystkim horror i o ile ten gatunek w kinie jest bardzo niedrogi w produkcji, a przynoszący ogromne zyski (tzw. low risk, high reward), to w grach wideo już niestety jest to bardzo kosztowna sprawa, a odbiorców jest zdecydowanie mniej. Dlaczego? Cóż, ludzie boją się grać w survival horrory. Brzmi może nieco absurdalnie, ale gdy się nad tym zastanowić, to idąc na film grozy do kina jesteśmy biernymi obserwatorami wydarzeń na ekranie, w dodatku przez tylko około dwie godziny. Gdy gramy, to nie dość, że „wchodzimy w skórę” zagrożonej postaci, to jeszcze cała przygoda zajmuje nam przynajmniej kilka razy więcej godzin niż doświadczenie w kinie. Boimy się zatem bardziej i dłużej. Zostawiając jednak sukces komercyjny na boku, uważam, że Dead Space to pozycja fenomenalna nie tylko dla fanów gatunku, ale również wyjątkowy przykład świetnie poprowadzonej narracji, osiągniętej również dzięki ciekawym rozwiązaniom w mechanice gry.

Fragment zrzutu ekranu z gry "Dead Space" (2008).
Fragment zrzutu ekranu z gry „Dead Space” (2008), wszelkie prawa należą do EA Redwood Shores.

2508 rok, USG „Ishimura”, olbrzymi statek górniczy klasy „planetołamacz” pracujący nad planetą Aegis VII wysyła sygnał SOS. Na miejsce wysłany jest USG „Kellion”, przewożący niewielką załogę, która ma zbadać sprawę. Na pokładzie jest również nasz protagonista – Isaac Clarke, inżynier, który oprócz obowiązków zawodowych wiezie ze sobą również osobistą agendę. Gdy „Kellion” dociera na miejsce, okazuje się, że niewiele zostało z załogi „Ishimury”. Wcielając się w Clarke’a przyjdzie nam zmierzyć się z przypominającymi zombie nekromorfami i rozwiązać zagadkę wydarzeń poprzedzających przybycie inżyniera na miejsce, a ta wiąże się z konspiracją na większą skalę. Tak pokrótce wygląda zarys fabularny Dead Space.

Fragment zrzutu ekranu z gry "Dead Space" (2008).
Fragment zrzutu ekranu z gry „Dead Space” (2008), wszelkie prawa należą do EA Redwood Shores.

Wartym uwagi elementem rozgrywki jest ciągłość narracyjna. Już od pierwszych sekund, gdy jeszcze znajdujemy się na pokładzie „Kelliona”, możemy sterować postacią, choć w bardzo ograniczonym zakresie. Na ekranie pojawiają się nazwiska autorów gry, a załoga statku jest zajęta rozmową. Chłoniemy zatem aż trzy informacje jednocześnie – napisy początkowe niczym w filmie, dialog bohaterów znajdujących się obok naszej postaci, który przybliża nam detale historii i widok z „Kelliona” na „Ishimurę” i pobliską Aegis VII. Widok skądinąd pozaziemski, dosłownie i w przenośni. Następnie ten pierwszy statek „ląduje” na pokładzie tego drugiego i odtąd, aż do samego końca gry, mamy pełną kontrolę nad naszą postacią (jedynymi wyjątkami są krótkie podróże pomiędzy rozdziałami, podczas których nasz bohater korzysta z transportu na „Ishimurze”, a nam ładuje się kolejny poziom).

Fragment zrzutu ekranu z gry "Dead Space" (2008).
Fragment zrzutu ekranu z gry „Dead Space” (2008), wszelkie prawa należą do EA Redwood Shores.

Od strony stylistycznej i fabularnej Dead Space nawiązuje bardzo silnie do innych gier, takich jak na przykład System Shock (1994), Resident Evil 4 (2005) czy filmów – Coś (1982), Obcy – 8. pasażer Nostromo (1979), Obcy – decydujące starcie (1986), Ukryty wymiar (1997). O tym jak bardzo nieczułym miejscem jest „Ishimura” i cały kosmos w zasadzie, przypominają nam wizualne wskazówki poświadczające izolację protagonisty. Lokacje są bardzo niedoświetlone, puste i utrzymane w chłodnych odcieniach burawych barw. Otacza nas czerń, zgniła zieleń i brunatna, niemal brązowa czerwień, przypominająca zaschniętą krew. Posoki również nie brakuje. Na ścianach można dostrzec zarówno jej ślady, jak i całe wiadomości nią wymalowane, które zostały pozostawione przez załogę. W następstwie ataku nekromorfów ci ludzie tracili nie tylko życia, ale i rozum. Z niektórymi obłąkanymi przyjdzie Isaacowi się spotkać i krótkie “rozmowy” z nimi tym bardziej utwierdzą nas przekonaniu, że jesteśmy zdani tylko na siebie. Również warstwa audio zdaje się o tym przypominać na każdym kroku. Kompozytor ścieżki dźwiękowej, który doświadczenie zdobyte przy tej pozycji wykorzystał później m. in. w Until Dawn (2015), jest prawdziwym specjalistą od komponowania muzyki przy pomocy niekonwencjonalnych instrumentów. Według niego najstraszniejsze są dźwięki, których nie znamy, a nie standardowa orkiestra wykorzystywana niemal wszędzie. Dźwięk w Dead Space to kolejna perełka – pobrzmiewające echem pomieszczenia, przedmioty wydające puste dźwięki przy przewróceniu, odgłosy przemieszczających się w kanałach wentylacyjnych nekromorfów, czy słyszalne po wyjściu w próżnię oddech i bicie serca bohatera w otoczeniu kompletnej ciszy. Najwidoczniej w kosmosie rzeczywiście nikt nie usłyszy naszego krzyku…

Fragment zrzutu ekranu z gry "Dead Space" (2008).
Fragment zrzutu ekranu z gry „Dead Space” (2008), wszelkie prawa należą do EA Redwood Shores.

Kolejnym unikatowym elementem gry są zastosowane w niej mechaniki, które również opowiadają pewne historie. Przykładem może być interfejs gracza, który w pewnym sensie nie istnieje. Isaac od początku nosi na sobie zaawansowany kombinezon ochronny pełen dodatkowych funkcji (między innymi opcja monitorowania stanu zdrowia czy wyświetlania mapy). Taka cyborgizacja jest tu narracyjnym strzałem w dziesiątkę. Informacje o poziomie zdrowia, amunicji czy dokąd powinniśmy się udać, są zawarte w diegezie – na kombinezonie, lub w postaci wyświetlanych z niego hologramów. Wpływa to znacznie na poziom immersyjności. Kolejnym przykładem jest wprowadzanie informowanie o wcześniejszych wydarzeniach za pomocą wspomnianych wiadomości na ścianach oraz artefaktów, które gracz znajduje po drodze. Za najciekawsze z nich uważam dźwiękowe zapiski załogi, które możemy odtwarzać nie przerywając rozgrywki. Napotkane po drodze „oazy”, w których możemy kupić dodatkowe przedmioty (niczym w automacie z kawą) są równie ciekawe. Korzystając z nich wprawdzie na chwilę odrywamy się od rozgrywki, ale sama gra nigdy się nie zatrzymuje. To oznacza, że jeśli przykładowo w pomieszczeniu z maszyną znajduje się przeciwnik, to może on zrobić nam krzywdę podczas gdy my wpatrujemy się w ekran wyboru amunicji. Tak naprawdę w Dead Space nigdy nie można być całkowicie spokojnym. Uczucie niepokoju, izolacji i nieokiełznana chęć przeżycia są podtrzymywane przez fabułę, narrację, „scenografię”, muzykę, dźwięk i poszczególne mechaniki gry. Nie gramy postacią Isaaca, my jesteśmy Isaaciem.

Fragment zrzutu ekranu z gry "Dead Space" (2008).
Fragment zrzutu ekranu z gry „Dead Space” (2008), wszelkie prawa należą do EA Redwood Shores.

O Dead Space, jego estetyce, narracji i mechanikach, można pisać jeszcze długo. Nie jest to gra znana przez każdego i zapewne nie jest to gra dla każdego, ale jestem przekonany, że świat w niej wykreowany pozostanie ze mną jeszcze na długo. Być może jeszcze kiedyś zobaczymy, czy może raczej przeżyjemy, kolejny pojedynek człowieka z nekromorfami. Od lat mówi się o potencjalnej ekranizacji gry (tym razem live action), a zainteresowanie krzesłem reżysera otwarcie wyraził jeden z ojców filmowego horroru, John Carpenter. Czy uda się zrealizować ten projekt? Czas pokaże, ale w każdym przypadku na szczęście zawsze pozostaje powrót do tej kultowej gry, co gorąco polecam każdemu.

Fragment zrzutu ekranu z gry "Dead Space" (2008).
Fragment zrzutu ekranu z gry „Dead Space” (2008), wszelkie prawa należą do EA Redwood Shores.

MYSZKA WYCHODZI Z SZAFY W BÓLACH, CZYLI FILMY DISNEYA A MOC PERFORMATYWNOŚCI W KSZTAŁTOWANIU STEREOTYPÓW

O Judith Butler pisałem już w eseju „Uwikłani w małżeństwo, czyli teoria Judith Butler a film »Żona« (2017)”. Badaczka jest prawdziwą ikoną gender studies. Za jej najważniejsze osiągnięcia uznałbym ukucie terminu „performatywność płci” oraz rozpoczęty z kilkoma innymi badaczkami dyskurs queer (queer theory). W niniejszym tekście chciałbym ponownie przyjrzeć się performatywności płci, jak również poruszyć wątek teorii odmienności – wszystko w kontekście, wydawałoby się całkiem niewinnych, filmów animowanych Disneya. […]

O Judith Butler pisałem już w eseju „Uwikłani w małżeństwo, czyli teoria Judith Butler a film »Żona« (2017)”. Badaczka jest prawdziwą ikoną gender studies. Za jej najważniejsze osiągnięcia uznałbym ukucie terminu „performatywność płci” oraz rozpoczęty z kilkoma innymi badaczkami dyskurs queer (queer theory). W niniejszym tekście chciałbym ponownie przyjrzeć się performatywności płci, jak również poruszyć wątek teorii odmienności – wszystko w kontekście, wydawałoby się całkiem niewinnych, filmów animowanych Disneya.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Król Lew” (1994), wszelkie prawa należą do Walt Disney Studios Motion Pictures.

W Krytycznie queer, Butler zauważa, że słowo „queer” nabrało nowej funkcji. Ta funkcja to zawstydzenie podmiotu, który nazywa, a jej moc pochodzi z wielokrotnego powtarzania słowa w tym właśnie znaczeniu. Tego rodzaju moc performatywną filozofka porównuje do „władzy” sędziego: „[…] sędzia, który uprawomacnia i tworzy sytuację, nazywając ją, niezmiennie cytuje prawo, które sam stosuje, i to właśnie władza cytatu daje performatywowi jego prawomocność lub moc sprawczą”[1]. Poprzez tego rodzaju „cytowanie”, które czerpie z utrwalonych konwencji, performatyw „działa”, czego przykładem są takie wypowiedzi kształtujące rzeczywistość, jak kapłańskie lub urzędnicze „Ogłaszam was mężem i żoną!”, czy określenie płci przy narodzinach – „To chłopiec!” lub „To dziewczynka!”. Zwłaszcza ten ostatni przykład zbliża nas do performatywności płci. Butler zgadza się z przekonaniem wielu kulturoznawców, że oprócz płci biologicznej wyróżnić możemy również płeć kulturową. Tę ostatnią kształtują właśnie performatywne wypowiedzi i powtarzanie ról często wpisujących się w stereotypy. Nieustanne powtarzanie takich aktów performatywnych tworzy z czasem tożsamość płciową i jej rolę w społeczeństwie. Niezależnie od tego, jaka rzeczywiście jest nasza tożsamość płciowa, „kodujemy” w sobie i innych zestawy cech na wzór heteroseksualnego i binarnego ideału podziału płci. Następnie każdy z nas zmuszony jest do próby odgrywania tych zakodowanych standardów, co bardzo często jest niemożliwe i kończy się wykluczeniem osoby, której to odgrywanie nie wychodzi lub takiej, która po prostu nie chce grać żadnej roli. To zjawisko możemy zaobserwować nawet w pozornie niegroźnych wypowiedziach, przykładowo mężczyzna niepotrafiący wymienić koła w samochodzie jest uznawany za niemęskiego („Co z ciebie za mężczyzna, skoro nie potrafisz tego zrobić?”). Medium jakim jest film, od wielu lat koduje w tworzonych przez siebie postaciach zestawy cech, które często nie są niczym więcej niż krzywdzącymi stereotypami. Jak „czytać” płeć zaczynamy się uczyć już we wczesnym dzieciństwie, a ponieważ „wychowujemy się” najczęściej na filmach animowanych, uważam, że trudno o lepszy przykład niż postacie z uniwersum Disneya.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Byczek Fernando” (1938), wszelkie prawa należą do RKO Pictures, źródło: IMDb.

Urodziłem się na początku tak zwanego „Renesansu Disneya”, czyli w okresie, w którym firma The Walt Disney Company powróciła zarówno do rentowności, jak i uznania w oczach krytyków. Filmy z tamtego okresu, a także starsze, bardzo często gościły w moim magnetowidzie, a wyjścia do kina na nowe filmy Disneya były ogromnym wydarzeniem. W chwili gdy publikuję ten tekst, The Walt Disney Company jest prawie stuletnią (i jedną z największych na świecie) firmą, a w kinach dopiero co wyświetlane były remaki Aladyna (1992) i Króla Lwa (1994). Jestem pewien, że to nie koniec czasów świetności Disneya, ale czy przez te wszystkie lata udało się temu gigantowi uniknąć cytowania stereotypów i kształtowania dzieci poprzez nieosiągalne wzorce? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie, posługując się przykładami z początków wytwórni Disneya, z czasów przypadających na moje dzieciństwo i z ostatnich kilku lat.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „O smoku, który nie chciał walczyć” (1941), wszelkie prawa należą do RKO Pictures, źródło: IMDb.

Pierwszym filmem, w którym można doszukiwać się „narracji queer” jest Byczek Fernando (1938), który otrzymał Oscara za najlepszy krótkometrażowy film animowany (a ściślej kreskówkę – cartoon). Jest to historia młodego byka, który nie wpisuje się w klasyczne wzorce byczej „męskości” – zamiast walczyć z innymi bykami i aspirować do wyjazdu na korridę, Fernando woli siedzieć spokojnie pod drzewem i wąchać kwiaty, trzepocąc długimi rzęsami. Co ciekawe, filmowi udało się uchronić przed kodeksem Haysa i byczek nie staje się ofiarą swojej odmienności, historia ma szczęśliwe zakończenie, a morał z niej wypływa taki, że można być innym. Analogicznie pozytywną postacią queerową jest tytułowy bohater krótkometrażowego filmu O smoku, który nie chciał walczyć (1941). Smok (jak i byk) w wielu kulturach łączony jest z siłą, nieustraszonością i potęgą. Tutaj również mamy do czynienia z postacią trzepocącą długimi rzęsami, a do tego obdarzoną piskliwym głosem, która poruszając się podskakuje radośnie lub „drobi” nogami, a także kocha poezję i taniec. Chłopiec, który odnajduje smoka, porównuje go z wizerunkiem niebezpiecznego potwora z książki i zauważa, że smok ma problem, bo jest „wrogiem ludzkiej rasy” w jej wyobrażeniach i przy ewentualnej konfrontacji jego prawdziwa tożsamość nie będzie miała znaczenia. Chłopiec w swoim rodzinnym miasteczku natrafia na gloryfikowanego przez wszystkich rycerza, któremu opowiada o smoku-poecie. Rycerz również nie wpisuje się w znane stereotypy – jest stary, fizycznie nieatrakcyjny, ubiera się w rajtuzy i czerwone spodenki, a także, podobnie jak smok, jest poetą. Ten wizerunek chłopiec również porównuje z książkowym. Ostatecznie jednak wszystko kończy się dobrze, zarówno dla rycerza, jak i dla smoka. Umawiają się na wspólne udawanie zaciętego pojedynku w jaskini, ku uciesze gawiedzi, podczas gdy w rzeczywistości popijają herbatę z różowego serwisu i tańczą razem walca. Wspólnie również pozorują śmierć smoka, a w epilogu dowiadujemy się, że udało się go „zreformować” i może żyć wspólnie z ludźmi w miasteczku, uznawany za jednego z nich. Oczywiście postać smoka składa się z jeszcze większej ilości stereotypów niż Fernando, ale to nie przypadek, że nazwałem ją postacią pozytywną – przed tym filmem postaci queerowe były ukazywane jako zabawne lub głupiutkie, natomiast po tym filmie kodeks Haysa dał się Disneyowi bardziej we znaki i wraz z kolejnymi filmami queer zaczynał się stawać synonimem zła.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Mała Syrenka” (1989), wszelkie prawa należą do Walt Disney Studios Motion Pictures, źródło: IMDb.

Przejdźmy zatem do ery Renesansu Disneya, podczas której niemal każdy szwarccharakter był queerowy. Pierwszym filmem tej dekady była Mała Syrenka (1989). Jego antagonistką jest wiedźma Urszula – ekstrawagancka, zawadiacka i otyła matrona. Twórcy filmu nie kryją, że rysując postać wzorowali się na chyba najsłynniejszej, kto wie czy nie do dziś, drag queen, Divine. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że Harris Glen Milstead, bo tak w rzeczywistości nazywał się Divine, sam podłożyłby głos pod Urszulę, gdyby nie zmarł przed premierą filmu. Warto dodać, że Urszula zazdrości Ariel, czyli tytułowej syrence, urody i niewinnego głosu, a pod koniec filmu ucieka się do czarów, żeby nabrać pewnego księcia co do swojego wyglądu. W ten sposób Mała Syrenka nie tylko cytuje dragowe i queerowe cechy oraz stereotypy w kontekście postaci antagonistycznej, ale wręcz wprost przekazuje, że nie można osiągnąć szczęścia, będąc sobą.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Piękna i Bestia” (1991), wszelkie prawa należą do Walt Disney Studios Motion Pictures, źródło: The Movie Database.

W Pięknej i Bestii (1991) antagonista Gaston jest próżny, narcystyczny, do bólu przystojny, wysportowany i silny. Ten przerysowany samiec alfa to prawdziwa karykatura męskości, która może w pierwszej chwili nie kojarzyć się z niczym queerowym, ale to kochanie samego siebie odczytywane bywa jako ukryte pragnienie homoseksualne. Gaston to pierwszy antagonista powołany do życia przez Andreasa Deję, urodzonego w Polsce animatora Disneya, który nie ukrywa, że jest homoseksualny. W 1992 roku Deja odpowiadał za stworzenie kolejnego antagonisty, Dżafara z filmu Aladyn. Noszący cień na powiekach, długą szatę i pelerynę elegant, nie lubiący brudzić sobie rąk – tak po krótce można go opisać. Kolejnym filmem Disneya był wspomniany już wcześniej Król Lew i po raz kolejny za animację antagonisty odpowiadał Deja. Skaza, bo takie imię nosi ten szwarccharakter, został obdarzony zniewieściałą gestykulacją, brakiem fizycznej siły i specyficzną manierą wypowiedzi. Jest kompletnym przeciwieństwem swojego brata, Mufasy, potężnie zbudowanego i obdarzonego bardzo niskim głosem.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Aladyn” (1992), wszelkie prawa należą do Walt Disney Studios Motion Pictures, źródło: The Movie Database.

Zarówno Gaston, Dżafar, jak i Skaza odwołują się swoim wyglądem i zachowaniem do powielanych przez Disneya stereotypów i sprawiają, że te zestawy cech kojarzą się negatywnie. Podobnie jest z noszącym warkoczyki z kokardkami, ubierającym się w rajtuzy i fioletowy kostium z peleryną oraz falbankami Ratcliffem z Pocahontas (1995). Razem ze swoim wybrednym mopsem i jeszcze mniej męskim od siebie służącym, Wigginsem, stanowią kompletne przeciwieństwo podróżujących z nimi marynarzy, na czele z księciem z tej bajki o nazwisku John Smith. Wszystkie te postacie stanowią hiperbolę queeru – postać jest zła nie tylko z powodu dokonywanych czynów, ale również dlatego, że nie wpisuje się w kulturowe normy płci.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Pocahontas” (1995), wszelkie prawa należą do Walt Disney Studios Motion Pictures, źródło: The Movie Database.

Ostatnie lata przyniosły nam wiele filmów Disneya, które osiągnęły spektakularny sukces kasowy i uznanie krytyków. Przyniosły też jedną spektakularną kompromitację w postaci Króla Karmela z Ralpha Demolki (2012). Ubrany w jaskrawy strój z wielkim kołnierzem i muchą, został obdarzony głosem ze specyficzną sepleniąca manierą i nader ekspresywną gestykulacją. Protagonista zauważa, że król mieszka w różowym pałacu i zwraca na to uwagę w taki sposób, jakby sam kolor różowy był uosobieniem zła. Karmel broni się – to kolor łososiowy, nie różowy. Niestety to nie koniec filmowych wpadek wytwórni Disneya, Ralph nazywa Karmela nelly wafer (mowa oczywiście o oryginalnej wersji językowej), co jest nawiązaniem do ciastek marki Nilla, ale samo nelly to slangowa obelga stosowana wobec homoseksualnego mężczyzny. Tak, w filmie animowanym Disneya, w XXI wieku, mamy do czynienia z homofobicznym protagonistą i całkowicie przerysowanym Karmelem, który pod koniec filmu wyrasta z antagonisty na superantagonistę z powodu odkrycia jego prawdziwej tożsamości.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Ralph Demolka” (2012), wszelkie prawa należą do Walt Disney Studios Motion Pictures, źródło: The Movie Database.

Remake Pięknej i Bestii (2017) wywołał spore kontrowersje i został zakazany w kilku miejscach na świecie (a w niektórych miał zmienioną kategorię wiekową albo treść). Powód został zapowiedziany przez Disneya przed premierą – na ekranie miała się pojawić po raz pierwszy w historii firmy postać otwarcie homoseksualna. Zabrzmiało „groźnie”, ale ostatecznie okazało się, że ta postać, LeFou, sidekick Gastona, w takcie filmu jedynie dyskretnie się w nim podkochuje, a w ostatniej scenie tańczy na balu z innym mężczyzną przez – uwaga – niecałe trzy sekundy. Oprócz środowisk konserwatywnych i homofobicznych oburzone były również środowiska LGBTQ+. Ta postać również została zbudowana w oparciu o stereotypy, a na dodatek zapowiedziana rewolucja w pokazywaniu na ekranie postaci homoseksualnych trwała raptem kilka sekund. Czy Disney w ten sposób zamierzał sprawdzić publiczność i jej reakcje na tego typu „postęp”? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, ale biorąc pod uwagę to, że od 1938 roku aż do dziś otrzymaliśmy całą masę zakodowanych w postaciach stereotypów, z czego większość to antagoniści utrwalający powiązanie queeru ze złem, można chyba stwierdzić, że Disney nigdy nie porzucił tego, co Judith Butler określa mianem „łańcucha obowiązujących konwencji”[2]. Poniekąd można to łatwo zrozumieć, wszak boimy się tego co nieznajome, dziwne, nietypowe, więc w procesie tworzenia postaci nie ma nic prostszego niż uosobienie queeru z antagonistą. Czy jednak powinniśmy akceptować coś, tylko dlatego, że tak jest łatwo? Tak jak termin queer wciąż jest kłopotliwy i środowisko LGBTQ+ nadal walczy o jego „uwolnienie”, tak samo my, widzowie, musimy walczyć o uczciwą reprezentację queeru w filmie. Biorąc pod uwagę to, jak wiele Disney znaczył i znaczy dla dzieci na całym świecie, uważam, że to odpowiedni podmiot, od którego taką walkę warto rozpocząć.

Fragment kadru z filmu
Fragment kadru z filmu „Król Lew” (1994), wszelkie prawa należą do Walt Disney Studios Motion Pictures.

BIBLIOGRAFIA

Butler J., Krytycznie queer, [w:] Teorie literatury XX wieku. Antologia, red. A. Burzyńska i M.P. Markowski, Społeczny Instytut Wydawniczy „Znak”, Kraków 2006, s. 530–550.

PRZYPISY

[1] J. Butler, Krytycznie queer, [w:] Teorie literatury XX wieku. Antologia, red. A. Burzyńska i M.P. Markowski, Społeczny Instytut Wydawniczy „Znak”, Kraków 2006, s. 533.

[2] Ibid.